mario2
14.11.02, 08:21
Jak władza ludowa jedna się z Kościołem, zawsze płaci za to Polska cała.
Kultowy na różne sposoby gdański prałat, Henryk od św. Brygidy, miał do tej
pory w zwyczaju gromić z ambony wszystko, co się rusza, a w szczególności
czerwone pająki, komunistów, sługusów Moskwy niegdyś, a kapciowych Unii
Europejskiej obecnie. W niedzielę 27 października zaszła w nim jednak
przemiana.
Podczas mszy, w dodatku świętej, poinformował Jankowski swoje owce i swoje
baranki, że premier Leszek Miller jest the best, cool i w ogóle zajebisty. I
wyrzekł Jankowski do ludu te dobre słowa o czerwonym premierze w dodatku w
niedzielę wyborczą, kiedy do rad, sejmików i na fotele burmistrzów przeciwko
kochanym Platformersom, PiSuarom i Ligusom w szranki stawało także mniej
kochane przez prałata SLD.
Czy to Duch Św. na niego zstąpił? Czy może do wina mszalnego obce, złe siły
czegoś mu dosypały? Czy też prawdziwy prałat porwany został, a na jego
miejscu na ambonie sobowtór stanął jakiś? Nieeeeee... Na szczęście w duchy
dalej można nie wierzyć, a obce wywiady dalej nie mogą się na dobre u nas
zadomowić i akcji przeciwko najwierniejszemu z wiernych porządnie
przygotować. Wszystko jest w najnormalniejszym porządku. Chodzi o szmal,
kasę, forsę. Jak to u czarnych zwykle, a u gdańskiego prałata w szczególności
bywa.
Premier Leszek Miller wraz z małżonką przyjechali do Trójmiasta w piątek, 25
października. Żona Leszka, Aleksandra, chrzciła bowiem w Gdyni nowy polski
okręt, amerykański dar, dając mu imię Gen. Tadeusz Kościuszko. Okręt to stary
szrot, ale walenie w burtę butelką w żaden sposób mu jednak nie zaszkodziło.
Potem pojechali do Gdańska, aby premier swoją obecnością w mieście
Płażyńskiego i Tuska mógł przy okazji wspomóc moralnie lokalnych działaczy
SLD na dwa dni przed wyborami. Czym specjalnie im też nie pomógł, co się
okazało już po wyborach. Na zakończenie wizyty razem z całą świtą zajechali
do kościoła i na plebanię św. Brygidy (sic!).
Miller zwiedzał, podziwiał, prawił komplementy, pił szampana. Jankowski
oprowadzał, tłumaczył, prawił komplementy, pił szampana. Nic nie wiadomo
natomiast o tym, aby się Miller spowiadał, Jankowski go rozgrzeszał albo by
obaj się modlili. Rezultatem spotkania i wzajemnych duserów była jedynie
prośba premiera do podległego mu wojewody pomorskiego Ryszarda Kurylczyka,
aby się już nie ociągał i dał prałatowi koncesję na wydobycie zastygłej przez
wiekami żywicy, aby sobie ksiądz w końcu ten wymarzony bursztynowy ołtarz
wybudował i na nowo świat zadziwił.
I co miał wojewoda powiedzieć? Że nie da koncesji księdzu? W Urzędzie
Wojewódzkim ruszyły przygotowania do tego, ledwo ślad na niebie po samolocie
z Millerem zniknął.
O wystąpieniu ks. Jankowskiego do wojewody po koncesję na wydobycie bursztynu
już pisaliśmy ("NIE"
nr 16/2002). Prałat chce wybudować z bursztynu ołtarz na 12 metrów wysoki i
na 7 metrów szeroki. W jego
kościele stoi metalowa konstrukcja, która czeka, aż na niej zamontują
wykonane z "morskiego złota" rzeźby i ozdoby. Potrzeba na to 8 ton bursztynu.
Więcej niż na słynną Bursztynową Komnatę. Ksiądz w kwietniu zgłosił
wojewodzie pomysł, że bursztyn na to powinno wydobywać na swój koszt państwo
i oddawać jemu. Ponieważ w Urzędzie Wojewódzkim wyśmiano go wówczas z tym
pomysłem, wystąpił o koncesję na wydobywanie. Do tej pory jej nie dostał.
Ponieważ w Polsce nikt do tej pory legalnie bursztynu nie wydobywa (dwie
otwarte przed wielu laty kopalnie nie działają, a do produkcji używa się
głównie surowca z nielegalnych źródeł, głównie z przemytu z Kaliningradu),
zanosi się na to, że były kapelan "Solidarności" będzie pierwszym, jeśli nie
jedynym, oficjalnym, legalnym górnikiem w tej branży. Nieoficjalnie oblicza
się, że w Polsce mamy złoża warte 100 miliardów dolarów. Niezły kesz do
wzięcia, nawet jeśli wydobyć drobniutką z tego cząstkę.
Tak więc prawdziwym beneficjentem wizyty premiera w Trójmieście jest ks.
prałat Henryk Jankowski.
Nie jestem pewien tylko, jak na tym wyjdzie sam Miller. Bo choć arcypasterz
pomorski Tadeusz Gocłowski do pałacu swojego premiera nie zaprosił, to
jednak – jako ten pies ogrodnika – na tę wizytę na plebanii Jankowskiego
przychylnym okiem nie popatrzy. Znowu bowiem Heniutek Tadzia w koncepcjach
wyprzedził. Może więc Gocłowski w łonie epis-kopatu bruździć Millerowi z tej
zazdrości.
Autor : Waldemar Kuchanny