karrimatta
17.04.06, 12:09
Przeczytałam Pana artykuł o nękaniu. Odeszłam od partnera, z którym mam
trzyletniego dziś syna, ze względu na nasilającą się przemoc z jego strony.
Wyprowadziłam się, ale nadal mieszkamy w tej samej miejscowości, a ja nie mam
możliwości wyprowadzki gdzieś dalej. Udało mi się w miarę - dzięki m.in.
terapii dla ofiar przemocy - uwolnić psychicznie, nie szukać z nim kontaktu.
On oczywiście nie pogodził się z moim odejściem, nie podjął się też
proponowanej mu przez terapeutów terapii dla przemocowców.
Od tamtego czasu - minął rok przeżyłam wiele: smsy z groźbami, prośbami
(pozmieniałam nr telefonów), nachodzenie (toczy się sprawa karna), telefony w
środku nocy, nad ranem, wydzwanianie do moich znajomych w poszukiwaniu mnie,
nachodzenie również ich i mojej rodziny.
Były maile i bombardowanie wiadomościami na gg (zablokowałam), były listy
wysyłane pocztą tradycyjną, próby przekazania korespondencji przez znajomych.
Były interwencje policji, szantaże z jego strony...
Jednak największy problem leży gdzie indziej. Kiedy mój były mąż wykorzystał
już wszystkie drogi kontaktu ze mną, zaczął używać jako karty przetargowej
dziecka. Zaczął ubiegać się o widzenia, zaczęło się telefonowanie, by "ustalić
godziny wizyt", oczywiście terminy podawane przez niego nie były nigdy
dotrzymywane, co powodowało kolejne konflikty ze mną. W trakcie naszego
małżeństwa nie opiekował się nigdy dzieckiem i teraz na widzeniach też źle
sprawuje nad synem opiekę, nie potrafi zadbać o niego, a wymaga ode mnie, żeby
wizyty trwały trzy-cztery dni. Jako że wcześniej też manipulował mną za pomocą
dziecka (np. prowokował je do płaczu, kiedy było niemowlakiem i nie pozwalał
go brać na ręce), nie wierzę, by chęć widywania się z synem była jedynym tego
powodem.
Mam poczucie, że nadal jest to tylko forma robienia mi na złość. Nie zgadzam
się od dłuższego czasu na widzenia, toczy się sprawa o ustalenie kontaktów,
ale nie mogę liczyć na szybkie jej rozwiązanie. Dla mnie jasne jest, że ojcu
nie zależy tyle na dziecku, co na utrzymaniu dalszych kontaktów ze mną. Sędzia
jednak nie bierze tego pod uwagę. Mimo udowodnienia przeze mnie złego
opiekowania się dzieckiem i braku zainteresowania dzieckiem w czasie trwania
małżeństwa, przyznane zostało ojcu prawie nieograniczone prawo do widywania
syna i kontaktowania się z nim. Sędzia uznał też, że dręczenie mnie nie
powinno być brane pod uwagę w wyznaczaniu kontaktów ojca z dzieckiem.
A jednak wizyty u dziecka, jak i kontakt w celu np. ustalenia, jakie lekarstwa
podać dziecku w trakcie wizyty ojca to dla niego kolejny pretekst do
wykłócania się, wyciągania przeszłości, oskarżania mnie, poniżania. Były mąż
nie respektuje też godzin wyznaczonych przez sąd i "gra" tym sposobem na mojej
cierpliwości. Stworzył obecnie obraz siebie jako nieszczęśliwego ojca
walczącego o prawo do dziecka.
Sytuacja ta jest dla mnie bardzo trudna psychicznie, bo moje odcinanie się od
niego jest argumentem w sądzie, że utrudniam mu kontakt z synem. W sądzie - by
rozmydlić obraz rzeczywistości - szkaluje mnie, twierdząć, że w czasie związku
biłam dziecko i znęcałam się nad synem i on teraz chce bronić dziecka.
Wiem, że wszystkie te działania z jego strony są po to, żeby mnie osłabić i że
czrpie on przyjemność z tego, że moje życie skupia się nadal wokół
zamieszania, jakie sprawia.
Jak jednak postępować dalej w takiej sytuacji?
--