mcafe73
20.09.06, 10:31
Na codzień dzieckiem (2 latka) opiekuje się babcia, w nocy syn śpi także z
babcią, my śpimy w salonie. Jest to wymuszone sytuacją ponieważ jesteśmy w
trakcie wykańczania nowo wybudowanego domu.
Dotychczas syn był u babci przez okres prawie dwóch m-cy, gdy my byliśmy
zajęci wykańczaniem domu. Moja żona z coraz większą frustracją żądała aby syn
wrócił do domu... bo ona za nim tęskni. Zgoda wrócił, chociaż jeszcze nie do
końca w domu jest wszystko zrobione. Nie ma np. wewnętrznych drzwi itp.
drobiazgów.
Nie chciałem, żeby syn wracał jeszcze, poświęcaliśmy mu wekendy. Nie chciałem
bo on przepada za mna i wtedy ja nie mogę nic w domu zrobić, muszę wciąż się
nm zajmować. Moja żona twierdzi, że to moja wina, że syn lgnie do mnie. Bo ja
mu nigdy nie odmawiałem niczego. Zgoda, tylko, że wg. niej zabawa syna ma
polegać na tym, że on bierze zabawki i się bawi, albo przez chwilę bierze go
do siebie i się z nim gilgota, wygłupia, a potem znów syn ma się bawić sam.
Nie moge na to patrzeć więc angażuję się w jego zabawy tym bardziej, że on od
razu do mnie leci daje mi samochodzik żeby się z nim bawił itp. To taki jeden
z wielu przykładów. Ja uważam, że moja żona za mało czasu poświęca synowi, a
więcej własnym potrzebom. Np. gdy babcia wyjeżdża na wekendy, ona zamiast
wziąć syna i pójść z nim na spacer wraz ze mnę wygania mnie i sprząta w domu,
pierze, wymienia firanki (średnio co tydzień, co dwa tygodnie). Rozumiem, że
trzeba w domu posprzątać, tym bardziej, że w tygodniu prawie wogóle nie
sprząta. Wygląda to tak jakby ona robiła akurat to na co ma ochotę, np. grabi
ogródek, żeby wiosną zasadzić kawiaty itp, myje okna no bo się kurzy, wg. mnie
część roboty wymyśla sobie, żeby się nie zajmować synem, żeby zwalic na mnie
zajmowanie się synem. I tak właśnie to odbieram.
Piszę to bo wściekłem się dzisiaj. Syn spał z babcia, obudził się w nocy i
wołał mnie, żona poszła zanieść mu mleko, ale on chciał do mnie, więć wziąłem
go i przyniosłem do nas (często tak robimy). Położył się, ale nie mógł zasnąć.
BUjałem go na rękach półtorej godziny. Przez ten czas żona sobie spała bo syn
był cicho. Po tym chciałem go położyć na miejsce gdzie leżała żona, bo tam
jest bezpiecznie i wygodnie. Otrzymałem burę od żony, że ją budzę. Teraz się
pokłóciliśmy na gadu. Bo wg, niej czepiam się o to, że ona na mnie naskoczyła
bo ją budziłem, i że robię problem z niczego.
Nie będę już pisał o innych wadach. Przerażeniem napawa mnie fakt, życia z
kimś takim. Coraz częśćiej myślę o rozwodzie, ale nie mogę oddać syna w ręce
kogoś kto nim się nie umie zająć. Zdarzyło mi się juz w kłotni powiedzieć, że
jest beznadziejną matką. Wypomina mi to teraz często, najczęściej wtedy gdy
syn płacze a ja mówię do niej, żeby się nim zajęła, jednak najczęściej syn nie
chce iśc do niej tylko do mnie. Wtedy jej mówię znajdź sposób na to, że on
poszedł do Ciebie, przecież ja np. nie rzucę teraz roboty, którą wykonuję. Syn
ma matkę i ojca. Słyszę wtedy - przecież jestem beznadziejną matką i muszę
zając się synem, bo w przeciwieństwie do niej nie mogę znieść jego płaczu.