christiano_ronaldo
17.10.06, 12:44
Znalazłem w necie ciekawy artykuł na temat grożącej jakoby Niemcom a w
domysle całej Europie katastrofie demograficznej.
Skąd wziąć dzieci?
"Jeszcze nigdy w niemieckiej historii piramida demograficzna nie była tak
postawiona na głowie".
W Niemczech stały się dobrem nader rzadkim, rodzi się ich coraz mniej. Ma to
wpływ nie tylko na finansowe zabezpieczenie przyszłości. Społeczeństwo, w
którym zanika rodzina, a dzieci czują się osamotnione, oducza się miłości.
Zawsze w porze obiadowej czeka przed bramą szkoły im. Sophie Barat w
Hamburgu, jednej z najlepszych w landzie, na swojego syna. (...) Dziś stoi w
mżącym deszczu. Wreszcie spostrzega swą latorośl. Odgarnia mu włosy z twarzy,
patrzy pytająco. Chłopak nie spieszy się. "Mamo - mówi w końcu - odpręż się,
dostałem piątkę".
Wsiadają do samochodu, przez migające wycieraczki na jej twarzy widać
szczęście. Za chwilę jednak powraca spojrzenie zagonionej kobiety. Nie ma
czasu do stracenia. Szybko do domu, do książek. Czekają następne zadania.
Takie matki są wszędzie. Dobre, pełne lęku, nadmiernie troskliwe. Matki,
które zapełniają terminarz swych pociech niczym sekretarki szefów zarządu
firmy.
Owe odbierane ze szkół dzieci to rzeczywiście czołowe siły. Mają uratować
ojczyznę. To one będą poszukiwane przypuszczalnie już od 2012 roku i będzie
ich za mało. W dłuższej perspektywie zabraknie milionów z nich = gdy całe
pokolenie przejdzie na emeryturę.
Tym dzieciom musi się powieść, za wszelką cenę. Z pomocą prywatnych
nauczycieli angielskiego i trenerów hokeja przygotowywane są do maratonu
życia. Przetrwają go tylko ci, którzy są w najlepszej formie. W
rzeczywistości jest to obraz żałosny: ci młodzi uosabiają ostatnią nadzieję
zniszczonego od wewnątrz społeczeństwa, które pod koniec lat 60. zdecydowało
się ograniczyć młode pokolenie do minimum.
"Minimum" to tytuł nowej książki Franka Schirrmachera, współwydawcy
dziennika "Frankfurter Allgemeiner Zeitung". Książka jest kontynuacją
szokującego demograficznego bestsellera "Das Methusalem-Komplott" (Spisek
Matuzalema). Opisuje psychiczne i socjologiczne skutki katastrofy, która już
dawno się zaczęła. "Pełnego jej rozmiaru nie da się jeszcze oszacować".
Wiadomo jednak tyle, że uczniowie siedzący dziś w szkolnych ławkach w
przyszłości będą musieli wyżywić nie tylko swoje dzieci oraz być może
wspierać własnych rodziców, ale także wielu, wielu innych starych ludzi. To
obciążenie większe niż mogą unieść.
Jeszcze nigdy w niemieckiej historii piramida demograficzna nie była tak
postawiona na głowie. W pewnym momencie liczba starych przewyższy liczbę
młodych - czegoś takiego nie było nawet w czasach zarazy ani po zakończeniu
wojen światowych. (...)
Codziennie słychać, jak rozdziera się sieć socjalna, oczko po oczku. "Do roku
2016 renty i emerytury nie będą podwyższane" - to doniesienie z ostatniego
tygodnia. Kasy są puste, pieniądze przejedzone przez dominującą obecnie
powojenną generację.
W prawie żadnym innym kraju w Europie nie rodzi się tak mało dzieci, jak w
Niemczech: wskaźnik dzietności wynosi tylko 1,3 na jedną kobietę, podczas gdy
we Francji 1,9, w Wielkiej Brytanii 1,7, a dla porównania w USA - 2,1.
Jeszcze w 1980 r. matki wydawały na świat pierwsze dziecko w wieku 25 lat i z
biologicznego punktu widzenia miały czas na dalsze potomstwo. Dziś kobiety
zaczynają pragnąć szczęścia macierzyństwa przeważnie w wieku 30 lat i często
zostaje ono zorganizowane niczym wyprawa wojenna między dwoma etapami
kariery. Dzieci są teraz planowane, jak nigdy dotąd w historii ludzkości.
Musi im się udać. Te, które rodzą się teraz, z dużym prawdopodobieństwem
pozostaną jedynakami. Ich matki i ojcowie postawili wszystko na jedną kartę i
musi ona wygrać.
Trzydzieści procent absolwentek szkół wyższych "przygodzie zwanej dzieckiem"
mówi: nie. U starszych mężczyzn wygląda to podobnie. Strajkowi "porodowemu"
kobiet towarzyszy strajk "zapłodnieniowy" mężczyzn oraz wspólny strajk w
dziedzinie zawierania małżeństw.
Dzieci utożsamiane są z utrudnieniem indywidualnego planowania życia. (...)
Model: każdy dla siebie, zapatrzony we własny pępek, stał się kulturą
wiodącą. Logiczne, że coś musiało odpaść, coś, co wcześniej w oczywisty
sposób miało związek z rozwojem osobowości. Właśnie rodzina.
Pokolenie stawiające na przyjemność i konsumpcję jest elastyczne, jeśli
chodzi o argumenty. Według ministerstwa ds. rodziny (...) wielu doszło już do
tego, że nie czuje się na siłach podołać wychowywaniu potomstwa. Mówiąc
jasno, nasze społeczeństwo jest na drodze do oduczenia się postępowania z
dziećmi. (...)
Wsparcia instytucji pomocy socjalno-pedagogicznej wymagało w 2004 r. w sumie
45,2 tys. rodzin ze 101,1 tys. dzieci i młodzieży - o osiem procent więcej
niż w roku ubiegłym. (...) Rośnie również liczba rodzin z problemami
spowodowanymi biedą i trudną sytuacją życiową.
Ale problemy z potomstwem mają także ludzie na drugim krańcu społecznego
spektrum. Matki z wyższej klasy średniej po urodzenia dziecka zwracają się o
porady do placówek specjalistycznych. (...) Terapeutka Sabine Kirsch
mówi: :Wiedzą wszystko o wychowaniu i badaniach mózgu, chcą dla swojego
dziecka bardzo dużo i żyją w ogromnym napięciu". Na malców, którzy dziś
przychodzą na świat, otoczenie i ich rodzice patrzą jak na pozaziemskich
przybyszów. (...)
Do terapeutki z Monachium, Gabrieli von Winda leczącej dorosłych,
zdenerwowane matki coraz częściej przyprowadzają swoje pociechy. "Niejako do
naprawy" - ponieważ podobno nie potrafią się one odprężyć. Rosnąca liczba
dzieci cierpi na zaburzenia ruchowe i koordynacji, a także, już w wieku
przedszkolnym, na bóle głowy. Około 20 procent ma nadwagę - to ponad dwa razy
więcej niż pod koniec lat 80. Prawie 27 procent wykazuje zaburzenia
zachowania - donosi pismo lekarskie "Deutsches Ärzteblatt".
Psycholog dziecięcy z Hanoweru, Wolfgang Bergmann w swojej książce "Drama des
modernen Kindes" (Dramat współczesnego dziecka) analizuje przyczyny zespołu
deficytu uwagi połączonego z nadruchliwością, anoreksji i samookaleczeń,
zaburzeń dziecięcych, które jego zdaniem przybierają gwałtownie na sile.
Niemiecka rodzina jest w złym stanie. Przede wszystkim rodzice jedynaka chcą,
by był on dla otoczenia dowodem, że rodzina jest szczęśliwa i doskonale
funkcjonuje. Jest to molestowanie w dobrych zamiarach, taki "dobrobytowy"
wariant zaniedbywania z ignorancji.
(...) Starzejące się społeczeństwo próbuje wyhodować cudowne dzieci, w
smutnej świadomości, że brakuje czegoś, co jest decydujące dla życia, a
przepadło gdzieś po drodze. Społeczeństwo zachodnie spogląda wówczas na
tureckie dzielnice miasta, jak berliński Kreuzberg, czy na grillowe trawniki
w Tiergarten. I wie już, co to było: duża rodzina. (...)
Nie chodzi przy tym tylko o deficytowe zasoby, jakimi stały się dzieci.
Chodzi również o zasoby określane słowem "miłość". To jedno z najbardziej
zadziwiających odkryć książki Schirrmachera: "Potrzebujemy pewnego minimum
powiększających się rodzin, aby bezinteresowność, jaka jest w nich rozwijana,
stała się odczuwalna w społeczeństwie". I jeszcze: "Być może jesteśmy w
trakcie tworzenia społeczeństwa, w którym coraz więcej ludzi jest niezdolnych
do miłości i troski o dzieci i krewnych".
Nie jest to język romantycznych iluzji, lecz instynktu samozachowawczego,
biologii! Właśnie rodzina - ta najbardziej wytrzymała forma, potrzebna dla
przeżycia gatunku została rozbita przez naszą generację wyżu demograficznego
lat 50. Pozbawiliśmy się własnych podstaw życia.
Jeszcze w latach 60. posiadanie trojga i więcej dzieci było czymś normalnym.
Jednak w końcu tej dekady kolidowało to już z prestiżem społecznym. Duże
rodziny coraz bardziej przestawały być "trendy". W dobrym guście była dobrze
zarabiająca, bezdzietna parka, która mogła pozwolić sobie na to wszystko, co
akurat było na topie i co jej wpadło w oko, nakręcając prz