joasiex
20.11.06, 13:01
Witajcie Dziewczyny!
Muszę się Wam wygadać, bo nie wytrzymam tego dłużej. Strasznie się pogubiłam
i potrzebuję pomocy i pierwszy raz się do tego przyznałam. Mam 25 lat, jestem
fajną, nawet atrakcyjną, inteligentną, wykształconą kobietą, świetnie sobie
radzę w pracy, z przyjaciółmi, z rodziną, a kompletnie nie potrafię pozbierać
się w aspekcie sercowym. Od 16-go roku życia kochałam się w jednym facecie,
który mnie wypatrzył i zdobył swoim zainteresowaniem, romantyzmem, wyznaniami
miłosnymi itd. najpierw była to miłość na odległość, później przyjechałam za
nim do stolicy i oczywiście zamieszkaliśmy razem. Bywało różnie, najgorsze
było to, że dużo pił (zresztą tak jak jego ojciec, który jest tragiczny),
praktycznie co drugi dzień pił, ale wynagradzał mi to wszystko innymi
aspektami:opiekuńczością, zainteresowaniem, prezentami, ciągłymi wyznaniami
miłosnymi, wszędzie ze mną jeździł, gdzie potrzebowałam. Zamykał mnie dla
siebie przed całym światem, miał pretensje jeśli gdziekolwiek wychodziłam z
przyjaciółkami. Zawsze na ten dzień wymyślał coś fajnego lub zawsze wtedy na
coś umierał, coś "wypadało" nieprzewidzianego, że nie mogłam wyjść, a jak
wyszłam to i tak miałam cholerne wyrzuty sumienia, które mi psuły nastrój.Do
tego coraz częściej kłóciliśmy się, szczególnie po pijaku robił mi jakieś
dziwne wymówki i pretensje, za które zawsze rano b.przepraszał.Gdy próbowałam
odejść zawsze to samo, że się zabije, bo jego życie beze mnie nie ma sensu.
Ciągle byłam rozdrażniona i podenerwowana, bo nigdy nie wiedziałam co znów
wymyśli. W końcu (tzn. po 5 latach mieszkania razem- niezbyt szybko, co?)nie
wytrzymałam tej ciągłej presji, niepewności i zerwałam, ale oboje
ustaliliśmy, że póki sobie czegoś, a raczej kogoś nie znajdę, żebym nadal
mieszkała u niego.. Raz przypadkowo wróciłam do domu wcześniej, a mój były
chłopak miał II zmianę i w najlepsze pił piwo przed pracą. Było to dla mnie
wielkim szokiem, a gdybyśmy mieli dzieci? Taka nieodpowiedzialność!Chodzić do
pracy po alkoholu! Do tego ma wysokie kredyty, wzięte też niewiadomo po co
(od strony finansowej on zawsze ma kasę tylko na przyjemności, zabawę,
prezenty, nawet kosztem zaciągania kredytów).To mi uświadomiło jakie bagno by
mnie z nim czekało, czas leci i postanowiłam się rozejrzeć za nowym facetem i
stworzyć w końcu fajny związek, a nie tkwić w tym niby związku-niezwiązku.
Zaczęłam się spotykać z moim dobrym przyjacielem i fajnym, porządnym, czułym
mężczyzną bez nałogów (!!!). Wtedy w mojego byłego, z którym nadal miaszkam,
strzelił piorun. Zaczął rozpaczać, rozczulać się nad sobą, płacząc
przekonywał mnie, że dobrze robię,bo w końcu będę z kimś kto na mnie zasłuży
(skutek - litość wobec niego i żal i mój smutek). Po czym zaczął robić mi
okropne świństwa, o które go nie posądzałam np. czytał moje nowe smsy, cały
czas mnie przesłuchiwał ("bo po 6 latach ma prawo wiedzieć"), zaczął
wydzwaniać do mojego przyjaciela, wysyłać do niego dziwne smsy. Przeszedł sam
siebie, gdy zaczął wysyłać smsy z netu podszywając się za mojego przyjaciela -
co spowodowało, że zaczęłam być oschła wobec mojego przyjaciela, bo dziwiłam
się, że w taki dziwny sposób do mnie pisze. Na szczęście w rozmowie wyszło,
że to nie jego smsy i nic takiego nie pisał. Mój były oczywiście się
przyznał,robił to "bo chciał, żebym do niego wróciła". Akurat w ten wekend
były urodziny mojego byłego chłopaka i poprosił mnie, żebyśmy spędzili je
razem po raz ostatni, żebyśmy na jeden wieczór zapomnieli o tym, co nas
dzieli, a potem da mi spokój i mogę sobie układać życie jak chcę, a ja
idiotka się zgodziłam. Spędziliśmy cudowny wieczór, zjedliśmy wspaniałą
kolację przy świecach, wspominaliśmy dobre chwile, wspólne wyjazdy i
oczywiście wylądowaliśmy w łóżku na cudownym seksie (zdarzało nam się kochać
także wtedy, gdy nie byliśmy razem), co powtórzyliśmy rano, potem w południe
(seks to była dziedzina, w której zawsze rozumieliśmy się świetnie).
Wieczorem zaczął mnie łapać kac moralny, zaczęliśmy się kłócić, on zaczął mi
wykrzykiwać, że zmarnowałam mu 6 lat życia, że nie stworzę nowego związku, bo
tylko jego kocham, a dla mnie nasze dobre chwile stały się świeże i boję się,
że nikt mi go nie zastąpi i że bez niego sobie nie poradzę. Do tego mój
przyjaciel wydzwania, a ja jestem skołowana i nie wiem jak z tego wybrnąć i
jak w końcu skończyć ten poprzedni związek, który mnie wykańcza. Strasznie
się zaplątałam w tym wszystkim, a jak się człowiek tak bez sensu zakręci to
nie widzi wyjścia z sytuacji. Ja wiem, że mnie ten związek niszczy, ale tak
się przyzwyczaiłam i do tego go kocham... Z drugiej strony mój przyjaciel to
człowiek, na którego mogę zawsze liczyć, jest naprawdę w porządku i nie chcę
go stracić. Dziękuję Wam bardzo za uwagę i wszystkie rady! Pozdrawiam ciepło
i życzę powodzenia!