kardiolog
02.04.03, 13:04
Zrobilem sobie wlasnie krotka przerwe miedzy pisaniem
zawodowego elaboratu (prosze nie mylic realu z
virtualem i nie szukac mnie tam gdzie mnie nie ma- to
dla milosnikow moich expose..;))) i postanowilem cos
Wam opowiedziec. Po wyslaniu wylogowuje sie, a nie
chcialbym byc niegrzeczny, wiec pozegnam sie juz teraz
zyczac ewentualnym czytelnikom slonecznego dnia.
-----
Pewnego czasu, w pewnym miescie, w pewnym domu z
czerwonym daszkiem mieszkala pewna wielopokoleniowa
rodzina. Byli dziadkowie, rodzice i dzieci, byly koty,
psy i ptaki w klatce a rosliny w ogrodzie, no slowem...
dom jeden z setek tysiecy.
Wskutek pewnych okolicznosci (raczej ogromnego
wzburzenia niz znajomosci tematu) jeden rodzic (nazwe
go panem domu) w ciagu kilku minut doszczetnie
wyczyscil rodzinne konto bankowe i zniknal bez sladu.
Pozostawil rodzine bez srodkow do zycia, pozostawil tez
dzieci nie dajac im szansy zrozumiec co sie stalo .
Drugi rodzic (nazwe go pania domu) rwal sobie wlosy z
glowy, rozpaczal, cierpial... Dzieci poczatkowo
nieswiadome nieszczescia nie mogly uwierzyc , lecz pare
minut pozniej zrozumialy, ze to prawda. W ciagu kilku
minut swiat kilku ludzi legl w gruzach, calkowicie
pozbawiono ich mozliwosci wyjasnienia czegokolwiek,
pozbawiono proby analizy, ratowania tego, co mozna bylo
uratowac. Pani domu powiedziala, ze odszedl na zawsze,
a jak poeta mowi „kazde odejscie jest odejsciem w
smierc..”. Nie o rozpaczy i samotnosci to opowiadanie,
wiec nie napisze tu nic wiecej... Dzieci znalazly na
polanie mlody dab, chodzily tam czesto, kladly kwiaty,
kiedy robilo sie zimno zapalaly lamki, zeby drzewku
bylo cieplo i jasno, choc malo wierzace (nie wpojono im
zadnej religii) modlily sie, zeby to ich symboliczne
drzewko mialo sie dobrze. Wiele bezsennych nocy
spedzily na rozmyslaniach, czy gdyby los byl zyczliwy i
pozwolil im wrocic tamten czas to moglyby ocalic nie
tylko drzewo. 7 miesiecy pozniej, powtorze, 7 miesiecy
pozniej do domu przychodzi od pana domu wiadomosc: mam
sie dobrze, mam was gdzies prymitywna, prostacka
choloto. Od tego czasu dzieci nie odwiedzily polany,
nie zaniosly kwiatow i lampek. Tego dnia, gdy przyszedl
list rozplakaly sie tylko tak mocno jak nigdy
przedtem. To byly lzy bolu, goryczy, zalu, ale i
szczescia, ze jednak nie trzeba juz drzewa...Od tej
„swietej” chwili podjely sie proby wyjasnienia
wszelkich okolicznosci sytuacji i proby naprawienia
bledow (swoich przede wszystkim, ale nie tylko). Pan
domu powrocil.. Niestety, ryby i dzieci glosu nie maja,
mijaly miesiace, nawet lata, a ich prosby, wyjasnienia
odbijaly sie jedynie echem po pustej klatce schodowej,
na ktorej przyszlo im zamieszkac. Oczywiscie byly brane
pod uwage, zawsze byly rozwazane ich glosy, ale tylko
jako dobre echo czyichs mysli. Spakowaly wiec malutki
plecak i odeszly, nigdy juz do domu nie wrocily i nie
wroca, choc od czasu do czasu (zawsze jedno z nich)
zagladalo i zaglada do dawnego ogrodu, ogrod bowiem byl
dla nich zwierciadlem duszy domu.
Po powrocie pan domu rozsiadl sie na sofie niczym
basza, kazal sobie donosic rozmaite smakolyki i tak
siedzi na tej sofie do dzis, bez przerwy, spi na niej,
je bylejakie sniadanie, oglada telewizje i opowiada
historie jaki jest swiat poza sofa, tak jakby caly czas
znajdowal sie po drugiej stronie okna... I oto
przerzucajac pilotem kanaly programow telewizyjnych
(ulubionymi jest reality show i sport), pewnego dnia
zazadal, aby pani domu wyjasnila, co bylo powodem
jego... odejscia domagajac sie jednoczesnie wciaz od
nowa przeprosin.
A zatem pytanie. Czy pan domu na wlasne zyczenie
odcinajac sie calkowicie od przeszlosci ma dzis prawo
domagac sie odpowiedzi? Czy pan domu ma prawo oskarzac
drugiego czlowieka za to, ze to dzieci a nie on byly
przy lozku powaznie chorej i opuszczonej przez
wszystkich osoby nazywajac je zlodziejaszkami i
kretaczami niegodnymi zainteresowania?
Jeszcze raz zapytam: czy odcinajac sie od przeszlosci i
nie dajac jej tym samym najmniejszej szansy zycia ma
prawo stawiac rzondania, zwlaszcza, ze z wlasnej i
nieprzymuszonej woli postanowil do tego domu jednak
wrocic i w tym domu ze swoja Pania ale juz bez dzieci
zamieszkac?
Czy dla pana domu zycie nie powinno zaczac sie wlasnie
od chwili powrotu z dalekiej wyprawy zza morze ? Czy
nie od tego momentu powinien datowac sie wlasciwy
poczatek nowego zycia w miejscu, w ktorym przywitano
go miloscia i uczciwoscia? Czy staje sie zrozumialym,
ze dlatego wlasnie dzieci nigdy nie roscily sobie praw
do porzuconej, recznie malowanej mazurkiej komody ani
innych mebli, wierzac, ze beda uzywane w dobrym i
slusznym celu?
Jeszcze jedno, gdyby kogos zainteresowala ta historia.
Nikt nie wie co stalo sie z dziecmi, czy jadly, gdzie
spaly, czy byly zdrowe czy chore, tak zadecydowaly same
i tak juz pozostanie. Nic nie otrzymaly poza plecakiem
na droge i niczego nie oczekuja wiecej poza spokojem .
Pani domu wie, ze juz nigdy nie odzyska cieplych uczuc,
radosci , nie uslyszy glosnego smiechu swoich dzieci,
ale wie tez, ze ma jeszcze szanse na walke o odrobine
szacunku.... Wybaczajac dwie strony musza bys
calkowicie swiadome czynow . Nie wybacza sie jedynie
na nowo popelnianych tych samych bledow.............
--------
Opowiadanie, blog 16 letniej Marzenki z Panstwowego
Domu Dziecka w Podolanach......
-----------
Moze infantylna i dziecinna ta opowiesc..ale chcialem
ja zamiescic.