czikulinka
20.04.03, 22:13
Mam męża i dzieci. Zasadniczo tworzymy szczęśliwą rodzinę, dużo czasu
spędzamy razem i wyjeżdżamy za miasto kiedy tylko możemy. Jest nam ze sobą
fajnie i bardzo się kochamy. Jednak od pewnego czasu moja własna rodzina
powoduje, że jestem rozdrazniona, ciągle zdenerwowana i zaczyna znikać
bezpowrotnie moje poczucie własnej wartości. Chodzi o to, ze jestem czymś w
rodzaju kozła ofiarnego . Nic nie robię dobrze, nic co robie nie budzi
entuzjazmu. Podam kilka konkretnych przykładów, żeby było łatwiej mnie
zrozumieć. Mąż kilka razy dziennie pyta mnie czy go kocham. Odpowiadam,że
oczywiscie tak, na co mąż - to czemu nigdy mi tego nie mówisz? Nie odczuwam
potrzeby powtarzać co chwile kocham cie. No, ale wiem, że on tego oczekuje,
więc w miarę możliwości staram się o tym pamiętać. Jednak gdy to ja pierwsza
mówię mu, że go kocham, zawsze spotykam sie z reakcją w stylu: ojej, czymże
zasłuzyłem sobie na tyle dobroci? Albo jakimś innym ironizowaniem. Mąż ma
zawsze żal, ze jestem za mało czuła i często sie na to skarży. Ale gdy ja
podchodzę do niego i go na przykł. całuję, zawsze reaguje podobnie: ironia,
ze co to się stało, że okazuję uczucia, albo podejrzewa, że coś od niego
chcę (pieniądze, o czywiście...) i zawsze niby żartem tak właśnie reaguje.
Błędne koło, bo po pierwsze ja wcale nie potrzebuje ciągle okazywać uczuc,
ale tym bardziej nie mam na to oczhoty, gdy wiem z góry, ze jeśli to zrobię,
spotka mnie ironiczny, złośliwy, niby żartobliwy komentarz. Mój maż myśli,
że jest to dla mnie równie zabawne jak dla niego, ale naprawdę na dłuższą
metę jest to nie do zniesienia. Ponadto dzieci - zawsze biorą stronę męża we
wszystkich poważnych i żartobliwych , mniejszych i większych sporach. Dla
jasnosci przykład: Robimy wojnę na poduszki - zawsze jestem jednoosobową
drużyną przeciwko drużynie taty i majtków w postaci naszych pociech. Nigdy
w tych zabawach żadne dziecko nie chce "walczyc" w moim "obozie". Jest to
oczywiście zabawa, ale momentami zaczyna mi byc autentycznie przykro z tego
powodu. Inne sytuacje: powtarzam po kilka razy , zeby sie dzieci umyły bez
skutku. W pewnym momencie do akcji wkracza mąż- mówi coś w sensie :pokażmy
teraz mamie kto tu ma autorytet w tym domu i dzieciaki na wyścigi biegną do
łazienki specjalnie po to, żeby pokazac mi, ze to taty słuchaja, a mnie sie
wcale nie boją. Cokolwiek ugotuje lub zrobię na śniadanie lub kolację, chyba
nigdy nie zdarzyło się, żeby ktokolwiek był zadowolony - zawsze grymasza,
łącznie z meżem, ktory komentuje wszystko jako niedosolone, przypalone,
niedosmażone. Robi to zawsze niby w żartach, ale dzieci tego słuchają i
biorą z niego przykład. I tym sposobem nigdy nie mogę zobaczyc swoich dzieci
jedzących cokolwiek z apetytem, bo zawsze mają jakieś zastrzeżenia. Ich
sprzeciw spotykam zresztą na każdym kroku - nigdy nie chcą ubrać się w to,
co im daję, nigdy nie chcą wracac do domu o godzinie , którą ja ustale,
niczego, co ja proponuję nie przyjmuja bez dyskusji, podczas gdy wszystko,
co powie tata jest w zasadzie świete. A mąż non stop powtarza przy nich, ze
tak właśnie wygląda dyscyplina i ze to on ma prawdziwy autorytet. Kiedy
mówię o tym meżowi, on wszystko obraca w żart, a mnie jest coraz bardziej
przykro i czuję sie beznadziejna, niepotrzebna, najgorsza w całej naszej
skądinąd wesołej rodzince. Nie wiem już co mam robić. Czuję sie bezradna,
nie potrafię o tym rozmawiać z mężem, bo on uważa, że szukam problemów tam
gdzie ich nie ma i że ze wszystkim przesadzam. Ja też nie uwazam, że są to
jakieś bardzo poważne problemy, ale po prostu jest mi coraz bardziej przykro
i czuję się coraz mniej warta w oczach własnych dzieci, męża i samej siebie.
Nie wiem co mam dalej robić i jak wybrnąc z tej sytuacji.