mandy2002
26.03.07, 15:35
Już nie mam siły, coraz częściej myślę o tym żeby się po prostu poddać i
zrezygnować z tego budowania na siłę czegoś czego zbudować nie dam rady...
Całe życie harowałam żeby mieć dobrą pracę, stabilizację, bezpieczeństwo. Na
małżeństwo też zdecydowałam się wcześnie żeby mieć już swój własny bezpieczny
dom. I co? Praca owszem jest -taka jak sobie wymarzyłam za w miarę dobre
pieniądze,ale... o bezpiecznym własnym domu mogę zapomnieć - powód:ceny
mieszkań - to już niestety towar z bardzo wysokiej półki. Zero stabilizacji -
przeprowadzka od wynajętego do wynajętego mieszkania średnio raz w roku.
Dziecko - chciałabym, ale nawet nie mogę pomyśleć - nie chcę wracać z
maluszkiem do mieszkania z którego w każdej chwili mogą nas wyprosić i co
chwila się przeprowadzać, zresztą jak urodzę i nie będę pracować to nie wiem
kto za ten wynajm i wszystko zapłaci. I tu zbliżamy się do problemu - mąż
zarabia mniej - niewiele co prawda, ale mniej. I mam do niego żal, że wybrał
studia bez przyszłości, że nie zrobił w ich trakcie nic żeby mieć pracę, że
cały czas mam przeczucie, że jak chociaż na chwilę przestanę zarabiać to
świat się zawali, że nie słuchał mnie jak prosiłam żebyśmy coś kupili jak
mieszkania były o 100% tańsze (twierdził, że najpierw to on musi mieć umowę
na czas nieokreślony, a pieniądze przecież na tamte ceny mieliśmy). No i
czasami pękam i wyrzucam mu te żale, wtedy słyszę że jestem wredną
materialistką - czy to materializm? Samochodu nie mamy (nawet go nie chcę) na
wypasione wakacje nie jeździmy, jedyne czego od niego chcę to poczucie
bezpieczeństwa i własny kąt dla nas, z którego nas nikt nie wyrzuci. Przez to
wszystko psuje się między nami (ciągłe żale i pretensje) i coraz częściej
myślę żeby powiedzieć - nie udało się, ja pasuję - bo już nie mam siły... Ile
można tak żyć?