Gość: EWOK
IP: *.acn.waw.pl
13.05.03, 18:31
Tak się złożyło, że z dotychczasowego życia, wszystkich szkół i kursów
językowych pozostały mi tylko dwie bliskie osoby, które są moimi wyłącznie
znajomymi, mój mąż zna je tylko pobieżnie. Tak się składa, że są to
mężczyźni.Mam oczywiście i innych znajomych, ale ponieważ znamy się z mężem
od podstawówki, więc wszyscy ci ze szkoły i z harcerstwa są wspólni. Moich
dwóch kumpli znam od lat, zawsze był to układ wyłącznie koleżeński, a to, że
akurat są płci przeciwnej uważam za absolutny przypadek. Jeden z nich się
ożenił, mamy dzieci w podobnym wieku, więc czasem chodzimy razem do kina na
małolackie filmy. Jakiś czas temu kiedy mój mąz wybierał się na jakiś
bankiet służbowy bez osób towarzyszących, rzuciłam niezobowiązująco, że
dawno się z jednym z kumpli nie widzialam, więc najlepiej będzie jak się z
nim spotkam w domu, ze względu na dziecko, które jeszcze nie zostaje samo.
No i się okazało, że jest to problem. Najpierw zaczęłam rechotać, że jakieś
atawizmy mojego męża nawiedziły, że jako mężatka jestem traktowana jak teren
oznaczony przez samca alfa, ale potem sprawa zaczęła się robić poważna. I
zastanawiam się teraz nad granicami wolności. Dlaczego wizyta koleżanki nie
jest problemem a wizyta kolegi jest? Dlaczego spotykanie masy ludzi w pracy
jest w porządku, a spotykanie się z kumplem w domu miałoby nie być, przy
czym spotykanie się z tymże kumplem w knajpie to znowu rzecz w porządku.
Rozmawiałam o tym z kilkoma koleżankami i wszystkie bez zastrzeżeń przyjęły
punkt widzenia mojego męża. Nie rozumiem, o co w tym chodzi.