naokomidori
14.12.08, 18:49
To bardzo długa historia... Postaram się ją opisać jak najzwięźlej:
Byliśmy ze sobą prawie cztery lata, jedna z tych „wielkich,
szalonych miłości na zawsze...” Tak mi się przynajmniej wydawało.
Skończyło się paskudnie i nie wiem już jak sobie z tym poradzić,
zrozumieć i zapomnieć. Od rozstania minęło 8 miesięcy, biorąc pod
uwagę ostatnie wydarzenia, to 3 tygodnie.
Psuło się między nami już dłuższy czas i przez około dwa lata
przewijała się przez nasz związek inna kobieta, którą poznał przez
przypadek na gg. Zarzekał się, że to tylko literki, że przecież do
niej nie pojechał, że nie mam podstaw, żeby mu nie ufać, więc
pasowałam. Mieliśmy problemy głównie natury finansowej, tzn. on
miał/ma. Prowadzi firmę jednoosobową, która przynosi mu dochody
ledwie starczające na podstawowe potrzeby (często musiałam mu
pożyczać na czynsz, nie płaci ZUSu, zapomnijcie o jakichkolwiek
wakacjach, przez cztery lata byliśmy raz trzy dni pod namiotem i
pojechaliśmy tylko dlatego, że zagroziłam, że pojadę sama tak czy
siak, jak chciałam iść do kina, w większości przypadków to ja
stawiałam itp.). To była główna przyczyna naszych problemów, bo
mimo, że kochałam go bardzo i bardzo w niego wierzyłam, na każdym
kroku dawał dupy na takim polu życiowym. Rozczarowywał mnie po
prostu coraz bardziej i już nie umiałam tego kryć. Kiedy byłam na
studiach nie raziło mnie to tak bardzo, ale teraz mam 25 lat, dosyć
fajnie zarabiam, a on 28 lat, zero wykształcenia, praca na etacie
ogranicza jego wolność i on nie będzie pracował dla kogoś. W
porządku, czemu nie, ale jak nie wychodzi samodzielny biznes to
trzeba się albo bardziej przyłożyć, albo zrezygnować... Jego
koleżanka na gg nie musiała z nim żyć, martwić się o rachunki,
zastanawiać się co włożyć do gara i jak będzie wyglądało życie z nim
za 10 lat. Albo wku...ac sie, że zamiast mi oddac kase, kupuje 3g
palenia. Podziwiała go, bo jest nietypowy, bardzo pomysłowy,
inteligentny. Naprawdę ma potencjał, który i mnie kilka lat
wcześniej urzekł. Do czego zmierzam... Problemy się nawarstwiły,
raziła mnie jego nieodpowiedzialność i w wyniku wielu nieporozumień
i zaniedbań z obu stron, z bezsilności, z braku nadziei, że mu
zależy na wspólnym życiu, wyprowadziłam się. A on? Pierwsze co
zrobił to pojechał do niej. To był dla mnie straszny cios, bo moje
uczucia się nie zmieniły, tylko widziałam, że nasze podejścia do
życia diametralnie się różnią i nie miałam już siły. To była dla
mnie ostateczność i szczerze mówiąc naiwnie wierzyłam, że on coś
zrozumie, dojrzeje i o mnie zawalczy. A tu zupełnie na odwrót.
Bardzo to przeżyłam, bo nie co dzień okazuje się, że ktoś z kim
chciałaś spędzić życie, który po prostu był i miało się to nie
zmienić, znika i kiedy się spotykacie udaje nawet, że Cię nie zna...
Po drodze napisał mi tylko, że zwariował na punkcie osoby, której
ja nienawidziłam i że należał mi się kop w dupę. Zamieszczał jej
zdjęcia na n-k, więc wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały,
że coś między nimi jest, a moje dwa ostatnie lata związku życia były
jakąś mrzonką. Muszę tu nadmienić, że jestem dosyć zaborcza w
związku i zazdrosna, więc poniekąd rozumiem jego zachłyśnięcie się
wolnością. Wszystko byłoby ok., już zaczynałam jakoś z tego
wychodzić, gdyby po czterech miesiącach od rozstania nie zaczął się
do mnie odzywać i pytać, czy moglibyśmy się dogadać, bo on się nie
umie na mnie gniewać. Dalej go kochałam, ale zdobyłam się na kilka
ostrych słów, ale też delikatnie dałam do zrozumienia, że nie
sprawdził się jako facet, że inaczej patrzymy na świat i że po
prostu do siebie nie pasujemy i żebyśmy dali sobie spokój. Niech on
sobie szaleje i się nie statkuje jak chce, a ja go nie będę
zatrzymywać. W końcu jednak się spotkaliśmy, po prawie pół roku
braku rozmowy face to face i coś się we mnie złamało. Kochałam go
strasznie, byłam gotowa wybaczyć wszystko, nawet tą flądrę (nie wiem
czemu), kiedy byliśmy razem wszechświat po prostu był kompletny. Pod
wpływem emocji wylądowaliśmy w łóżku, było cudownie, zapytał, czy za
niego wyjdę (nie wzięłam tego na szczęście poważnie), chodził
szczęśliwy i napalony na składanie, zlepianie tego, co zepsuliśmy.
Byłam sceptyczna, bo nieraz wracaliśmy do siebie przez seks
(wcześniej było kilka kilkudniowych rozstań) i chciałam przede
wszystkim rozmawiać. Zaraził mnie swoim entuzjazmem, kto by mu nie
uwierzył?? Mówiliśmy o wszystkim, co nas bolało, co nam
przeszkadzało, wydawało się, że się po prostu uda. Nie oczekiwałam
od niego, że będzie się nie wiadomo jak kajał, chciałam tylko, żeby
mnie przeprosił, jak będzie gotów. Wiedziałam, że zgadzając się na
powrót, trzeba zacząć od zera i nie chciałam wykorzystywać swojej
przewagi, naprawdę byłam gotowa się w to zaangażować. Po trzech
tygodniach sielanki, dostałam od niego maila, że poszliśmy na
łatwiznę idąc ze sobą do łóżka i że lepiej się sprawdzamy jako
kumple niż jako para i że on nie chce tego kontynuować, że jestem
dla niego ważna, że nie chce tracić ze mną kontaktu, bo uschnie i że
jestem promyczkiem, który jak świeci sprawia, że świat jest bardziej
kolorowy i podobne temu... Pękło mi serce. Nie co dzień decyduję się
wybaczyć wszystko, co złe i zacząć od nowa, a w podzięce dostaję
rezygnację strony, której powinno na tym bardziej zależeć. Ale
zależało mi na nim jak na nikim innym, więc przystałam na przyjaźń.
Po dwóch dniach chciałam się z nim umówić na kumpelskie spotkanie i
się zaczęło. Że on nie ma ochoty się ze mną spotykać, bo dopiero co
zmył to całe gó... z siebie, którym go obdarzyłam, że jestem dla
niego toksyczna. Kiedy mieliśmy się schodzić, powiedziałam, że moją
główną obawą jest, że wyląduję z nim któregoś dla pod mostem, bo
jest nieodpowiedzialny i nawet jeśli robi coś, żeby to swoje życie
uporządkować, to robi to stanowczo za wolno. Napisał mi później, że
jeśli on wyląduje kiedyś pod mostem, to przyjmie to z godnością i
się odbije, a ja tego nie rozumiem i mu przeszkadzam. Ręce mi
opadły. Mieliśmy być przyjaciółmi, chociaż nie wiem, jak mogłam
wtedy tak myśleć. Po kilku dniach znów zaczął się do mnie odzywać.
Spotykaliśmy się na piwie, w większej grupie, jakoś było. Zaczął
tylko przebąkiwać, że on nie rozumie czemu jak mnie widzi to dalej
jest ugotowany... Potem przyszły jego urodziny. Gadaliśmy na gg i od
słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że mamy ochotę na seks (wiem,
tu sama sobie jestem winna), pojechałam do niego, seks jak nigdy z
nikim..., ale powiedziałam, że to tylko ten jeden raz, powiedzmy
prezent urodzinowy i na tym koniec. Tak to potraktowałam i byłoby
ok., gdyby po paru dniach nie zaczął do mnie pisać, że tak bardzo
chcielibyśmy być razem, ale coś nas od tego powstrzymuje, co zrobić,
żeby móc się znowu budzić obok siebie i nie bać się, że ta druga
osoba może znowu zniknąć, że może wystarczy się przeprosić, zaufać i
nie wracać do tego wszystkiego więcej. Pisał wszystko to, co ja
czułam, więc znowu dałam się nabrać Przyjechał, z kwiatami, pełen
miłości w oczach, oddania. Ja ostatni raz uwierzyłam, że po prostu
jesteśmy dla siebie... Tym razem szczęście trwało 4 dni. Ja sama już
czułam, że źle mi w tym układzie, że coś jest nie tak. Spędziliśmy
ze sobą weekend, w tygodniu prawie się do mnie nie odzywał, w środę
umówiliśmy się na niedzielę (nie chciałam się znowu śpieszyć, więc
przystałam na to) i tak zamilkł. W sobotę odezwałam się do niego na
gadu, czy spotkanie jest aktualne, na co on, że nie bo jedzie do
Krakowa spotkać się z koleżanką, z którą nie widział się kilka lat i
że ma dużo pracy i nie może gadać i w ogóle nie ma ochoty się ze mną
spotykać. Nie wytrzymałam, napisałam mu, że to koniec ostateczny, bo
nie chcę być z osobą tak niestabilną uczuciowo jak on i niech więcej
do mnie nie robi słodkich oczu, bo się zrzygam. Na co on, że
nareszcie, że ja jestem d