ritsuko
19.06.09, 10:16
Witam,
Mam taki mały dylemat, chętnie poznałabym Wasze zdanie na ten temat.
Jestem w związku, mieszkamy razem (mieszkanie studenckie), od pół
roku jesteśmy zaręczeni. Jesteśmy naprawdę szczęśliwą parą, kochamy
się, dogadujemy naprawdę super, wspieramy i staramy tak żyć, żeby
każde z nas było spełnione.
Nie mamy problemu jeżeli chodzi o wyjścia ze znajomymi- przeważnie
wychodzimy razem, bo tak się składa, że spora część wspólnych
znajomych była wspólna zanim sami się jeszcze poznaliśmy :), ale
jeżeli jednej ze stron coś nie pasuje- źle się czuje, nie chce jej
się itd. to nie ma problemu- nie ograniczamy się i ufamy sobie.
Ale wczoraj miał (drugie- pierwszy był wyjazd- miałam o tyle dobrze,
że wtedy wiedziałam, że bierze antybiotyki ;P) wyjście ze znajomymi
z pracy, urodziny przełożonego.
Cały tydzien Mój Kochany marudził jak to mu się nie chce, co ma
robić itd. W efekcie wczoraj po pracy, kiedy pisałam jak się
umawiamy na powrót do domu napisał smsa, że jednak idzie na
godzinkę "dla zasady". Pomyślałam "ok, mam więcej czasu, zrobię
zakupy i obiad, ogarnę mieszkanie, będzie miło jak wróci".
Podkreślę, że był do tej pory słowny, nie zdarzyło się raczej nigdy,
żeby mi coś powiedział i nie dotrzymał tego.
W efekcie czekałam z obiadem, żeby trzy godziny później usłyszeć,
że "nie chcą go puścić". Wrócił grubo po północy, już spałam.
Rano męczyłam się, żeby w ogóle zwlec go z łóżka, zrobiłam
śniadanie, kanapki do pracy, dałam multiwitaminkę. Było już późno,
więc zaczęłam go poganiać do pracy- stwierdził, że nie jest w stanie
tak iść i że pójdzie na późniejszą godzinę- przez jego humory
poranne sama się spóźniłam.
Dodam dla wyjasnienia, że na tych pracowych imprezach nie jest
łagodnie, a dla niego powodem do dumy, że jest jednym z dwóch (!)
wiernych facetów w dziale- sam mi tak mówił. Naprawdę ufam mu, ale
wiem też, że alko swoje robi i nie chciałabym wystawiać go na próby
(i puszczać gdziekolwiek z takimi "autorytetami moralnymi")
Byłam spokojna do wyjścia do pracy, starałam się nie robić wyrzutów,
mimo, ze mi samej jest bardzo niefajnie- do tego wydaje mi się, że w
ogóle nie czuje się za nic winny. Szkoda mi obiadu w lodówce i
wspólnego wieczoru przed jego wyjazdem piątek-sobota do domu. Może
rzeczywiście przesadzam? Jak się Waszym zdaniem powinnam wobec niego
zachować? Odpuścić?
Przepraszam za długość i ewentualne błędy :)