julie1789
04.09.09, 15:56
W sobotę byłam na weselu. Jakoś tak się złożyło, że było tam tylko jedno
dziecko - na oko 2,5-letni chłopczyk. Dziecko fajne, energiczne, nie potrafiło
usiedzieć w miejscu ani chwili, skutecznie absorbowało sobą całą uwagę i czas
matki. Matka (jakieś 28 lat) w synku zakochana, ale zostawmy relacje rodzinne
na boku.
Wesele odbywało się w budynku, w którym na dole była sala weselna, obok hall z
kanapą, na górze kilka wolnych salek, w każdej kanapa i stolik, łazienki z
kilkoma kabinami i blatem przy umywalkach.
Chłopczyk biegał sobie po sali, tuż przy wyjściu do hallu, matka go pilnowała.
W pewnym momencie matka chłopca przybiegła do stolika (stoliki okrągłe, przy
każdym ok. 10 osób, rodzice chłopca siedzieli koło mnie i mojego chłopaka),
zdjęła dziecku spodnie, majteczki, pampersa, położyła torebkę na stole, na
torebce zużytego pampersa (!!!) - tyle, że zawiniętego, wyjęła chusteczki i
nową pieluszkę (dziecko leżało na krzesełkach z gołą pupą), umyła dziecku
brudną pupę, założyła nową pieluchę, a zużytą włożyła do torebki.
Ja siedziałam z chłopakiem obok i usłyszałam, żebym się uczyła, bo mi się
przyda...
Nie no, rozumiem, że bywają sytuacje, że dziecko trzeba przewinąć nawet przy
obcych, ale są to sytuacje typu nie wiem, przedział w pociągu zimą, gdzie nie
ma po prostu gdzie wyjść z dzieckiem...
Ale przewijanie 2,5-letniego, niepłaczącego dziecka przy stole na weselu, przy
gościach, którzy aktualnie jedzą, podczas gdy jest sto możliwości, by z
dzieckiem po prostu wyjść do pustej sali na górze i tam przewinąć je w
spokoju, to już chyba lekka przesada...