isma
03.06.08, 23:33
Hmmm. Hmmm. No, zapuszcze - kawalek z jutrzejszego TP. Ale mam sporo
watpliwosci:
Jacek Prusak SJ, Nie ma sakramentu samotnosci
"(...) Jest i druga zła wiadomość. Z badań statystycznych nad
małżeństwami wynika, że najrzetelniejszym wskaźnikiem niezadowolenia
małżeńskiego par bogatych i biednych, szczęśliwych i
nieszczęśliwych, jest po prostu ich trwanie. Im dłużej para żyje
razem, tym mniejsze stwierdza zadowolenie. Liczby są porażające,
sytuacja – nieciekawa. Trudno się więc dziwić, że z jednej strony
Kościół przypomina swoim wiernym słowa Jezusa o nierozerwalności
małżeństwa (zob. Mt 19, 9; Mk 10, 1-2; Łk 16, 18), z drugiej zdaje
sobie sprawę, że musi się zmierzyć z problemem rozpadu małżeństw
oraz statusem rozwiedzionych i żyjących w ponownych związkach
katolików. W 1968 r. Watykan uznał za nieważne 338 małżeństw
zawartych w różnych częściach świata. W 1983 r. liczba ta wrosła do
52 tys. Obecnie jest ich ok. 70 tys.
Trybunały kościelne nie powstrzymają jednak procesów
cywilizacyjnych, nie są również w stanie odpowiedzieć na złożoność
ludzkich biografii. Do niedawna w historii zachodniej cywilizacji
małżeństwo ceniono za to, że dawało stabilność, a nie bliskość. Sądy
kościelne służyły obronie węzła małżeńskiego przed próbą jego
społecznego podważenia. Obecnie w małżeństwie kładzie się akcent na
budowanie więzi, namiętności i wsparcia emocjonalnego, a zadaniem
kanonistów staje się stwierdzenie, że jedna bądź obie strony nie
były do tego zdolne w chwili jego zawierania. Współcześnie jeszcze
jedna rzecz uległa radykalnej zmianie. Ponad 70 proc. rozwodów
następuje z inicjatywy żon. Zdaniem znanego amerykańskiego
psychoterapeuty Terrence’a Reala kobieta jest nieszczęśliwa w
małżeństwie, bo pragnie silniejszej więzi z mężczyzną – więzi, do
jakiej większość mężczyzn nie jest zdolna. Mężczyzna jest
nieszczęśliwy w małżeństwie, bo widzi, że kobieta nie jest z nim
szczęśliwa. Gdyby ich żony ograniczyły swoje skargi, wszystko –
zdaniem mężczyzn – byłoby w porządku. Kobiety żyją natomiast w
stanie chronicznego rozżalenia.
Trafnie ujęła to Bettin Arndt: „Kobieta wychodzi za mąż w nadziei,
że mężczyzna się zmieni. Ale on się nie zmienia. Mężczyzna się żeni,
w nadziei, że kobieta się nie zmieni. A ona się zmienia”. W efekcie
większość z nas okazuje się nieprzygotowana do wytrwania w miłości.
Stanięcie przed ołtarzem, na ślubnym kobiercu, jest pozornym
rozwiązaniem. Nie bez winy jest w tym przypadku również kościelne
przepowiadanie. Wszędzie bowiem, gdzie Kościół z troski o rodzinę
idealizuje, przecenia małżeństwo, tam niechcący – twierdzi znany
profesor teologii pastoralnej, ks. Paul M. Zulehner – utrudnia życie
nie tylko małżonkom, ale i tym wszystkim, którzy nie żyją w
małżeństwie. Budowanie „przymierza małżeńskiego”, o jakim mówi Sobór
Watykański II, wymaga czasu i wsparcia; wymaga dojrzałości, jakiej
wielu ludziom brakuje."
i jeszcze:
„Kościół prawosławny dopuszcza rozwód w niektórych sytuacjach. W
Kościele katolickim osoby powtórnie wstępujące w związek małżeński
są przypadkami bolesnymi, gdyż zazwyczaj nie mogą przystępować do
komunii...” – zauważa Jeane-Claude Noyerem w rozmowie ze
współczesnym konwertytą, teologiem prawosławnym i pisarzem Olivierem
Clémentem. Jego rozmówca tak „diagnozuje” ową sytuację: „Kościół
prawosławny rzeczywiście może udzielić przebaczenia dwojgu
rozwodzącym się małżonkom. W gestii biskupa leży stwierdzenie braku
miłości między nimi i unieważnienie małżeństwa. Wówczas rozwodnicy
mogą otrzymać nowe błogosławieństwo, któremu towarzyszy obrzęd
bardziej schematyczny, bardziej pokutny. Taka możliwość zachodzi
nawet dwukrotnie. W żadnym przypadku ślub nie może być mechanicznym
przymusem. Często pierwsze małżeństwo jest małżeństwem z
namiętności, która opada w miarę jak człowiek uświadamia sobie, że w
rzeczywistości żyje z nieznajomym (nieznajomą). Kiedy jednak osoba
dojrzalsza spotyka kogoś, osobę już zaangażowaną na konkretnej
drodze, i jeśli tę osobę pokocha, to ma szansę zawrzeć małżeństwo
trwalsze. Dlatego przypadek rozwiedzionych katolików, którzy
zawierają kolejny związek małżeński, jest smutny i bolesny, gdyż
Kościół udziela sakramentu małżeństwa, a następnie Eucharystii
ludziom pobierającym się zbyt wcześnie. Myślę, że niekoniecznie
trzeba udzielać sakramentu małżeństwa ludziom bardzo młodym,
niedoświadczonym. Błogosławieństwo mogłoby wystarczyć. Może, po
dłuższym okresie życia razem, oni sami poproszą o sakrament
małżeństwa, a więc podejmą zaangażowanie prawdziwie trwałe. Mam
nadzieję, że Kościół katolicki, nie odstępując od tych swoich zasad,
które Kościół prawosławny podziela, zdoła dostosować je do przeżyć i
doświadczeń swoich wiernych. Pewien libański biskup, odpowiedzialny
za te sprawy, powiedział do mnie któregoś dnia: »Nie może Pan sobie
wyobrazić, jak bardzo ciało może być terenem nienawiści i walki«. On
sam miał okazję przekonać się o tym. A więc dlaczego wpychać ludzi w
sztywne ramy? Dawniej, w prawomyślnym społeczeństwie francuskim,
małżonkowie pozostawali razem całe życie, lecz mieli kochanków czy
kochanki, i było to na porządku dziennym” („Pamiętniki nadziei”,
wyd. W drodze 2008).
Z pewnością niejeden katolik zareaguje nerwowo na słowa Clémenta,
widząc w nich odstępstwo od Ewangelii i uleganie mentalności
współczesnego świata. Ale francuskiego teologa trudno uznać za
liberała. Cieszył się wielkim zaufaniem Jana Pawła II, uważany jest
za ikonę dialogu ekumenicznego. Przez całe życie próbował
doprowadzić do spotkania chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu, do
spotkania uczniów Chrystusa oraz ich braci „wierzących inaczej”, do
spotkania Tradycji i nowoczesności, po to, aby doprowadzić do
spotkania Boga wcielonego z dzisiejszym człowiekiem. Jego wrażliwość
wypływa z głębi serca, przemienionego przez modlitwę i Eucharystię.
Takie świadectwo dają o nim wszyscy, którzy go bliżej poznali. To
głos świadka przemienionego przez tajemnicę Paschalną."