kristoff11
04.08.12, 23:29
Mam to do siebie, ze porównuję się z innymi. Oczywiście zwykle wypadam gorzej. Źle wypadam w kontaktach, w ich nawiązywaniu, w posiadanych umiejętnościach i wiedzy. Dziś w Lublinie jest spora impreza zwana Karnawał Sztukmistrzów. Masę obcojęzycznych ludzi na mieście w związku z tym. Angielski słyszało się nie rzadziej niż Polski. I to powód do pierwszego dołu. Coś tam trochę z tego angielskiego rozumiem. Nigdy nie miałem z nim kontaktu w procesie edukacji. Stąd też od około 2,5 roku pobieram lekcję prywatne i w szkole językowej. Oczywiście będąc leniem i tępotą efekty są bardzo znikome. I tak oto idąc miastem i słysząc zewsząd Angielski, niewiele z niego rozumiejąc dołuję się zarówno są niewiedzą jak i tym, że tyle ludzi, z różnych stron świata włada nim płynnie ( ponauczali się elegancko)i może nawiązywać ze sobą kontakty, relacje a ja nie bom nemo...
Następnie oglądałem jeden z pokazów - gimnastycy. Od patrzenia co oni robią ze swoimi ciałami, jak lekko i płynnie wykonują jakieś manewry wisząc na drążku, to aż mnie moje fajansowe ciałko rozbolało. Kurcze, zazdroszczę ludziom takich sprawnych, silnych ciał. Moje, z reumatyzmem, nie ma najmniejszych szans na dorównanie choćby w małym procencie do takich, jak mieli ci ludzie. Tak bardzo chciałem pójść do nich po tym pokazie pogratulować i zamienić kilka słów, ale po jakiemu niby (oni byli z różnych krajów ale wszyscy operowali Angielskim)... Człowiek miałby cos do powiedzenia ale nie ma na to słów w gębie - lichota, marność i lipa. Także miał to być miły dzień, a wyszedł Dołers Day - dzień dołów. Jak często z resztą w skutek kontaktu w ludźmi o bogatych umiejętnościach, wiedzy, sprawności, wyglądzie, sile. Wtedy czuję się śmieciem. I pewnie słusznie.