Dodaj do ulubionych

Mój dom - Żernica

09.12.09, 18:00
Przed kilkoma laty zaczytywałem się w nostalgicznych opowieściach o
bieszczadzkich wioskach na serwisie "Region Halicz". Moją ulubioną
była wówczas ta o Żernicy, autorstwa Marcela Domina. Później z
przykrością zauważyłem, że ta ciekawa witryna zaczyna umierać
śmiercią dla internetu naturalną: nowe teksty pokazywały się tam
coraz rzadziej, wreszcie przestały pojawiać się wcale. Czyżby
autorzy stracili już serca dla swoich ukochanych Bieszczadów? Nie,
takich słów, jak te o Żernicy, nie byłby w stanie napisać ktoś,
traktujący przygodę z tymi wspaniałymi górami jako przelotną
znajomość. "Region Halicz" na pewno jeszcze powróci, tak jak ja
wracam czasami na strony serwisu. I do Żernicy, tam gdzie mój dom...


"Dom"

Żernica. Miejsce na mapie jakich wiele w moich ukochanych
Bieszczadach. Kiedyś była tu duża wioska (204 zagrody). Obecnie
można tu znaleźć samotny kościółek, chylącą się ku upadkowi cerkiew
z 1800 roku, zdewastowany dworek z okresu międzywojennego i budynki
gospodarcze - spuścizna minionego okresu. Wokół góry, lasy, łąki.
Spokój, cisza. W dolinie szemrze potok, wtórują mu ptaki. Do
najbliższej osady trzeba przebyć 4 km wertepami. Tylko samochód
terenowy dobrze radzi sobie na tej drodze w każdych warunkach
pogodowych. Można tu spotkać prostych ludzi (choć niektórzy z nich
mają dwa doktoraty), zajmujących się wypałem węgla drzewnego.
Czasami turystów z zaciekawieniem oglądających cerkiew, najczęściej
na rowerach górskich.

[...]

Będąc samotnie w Żernicy zastanawiałem się nad znaczeniem słowa dom.
Czym jest dom? Budynkiem w którym mieszkasz? A może w którym
urodziłeś się Ty, Twoi najbliżsi, rodzice? Co sprawia, że tam chcesz
wracać? Dlaczego czujesz ulgę, gdy podjąłeś już decyzję o powrocie z
podróży, wracasz do domu?

Dużo pytań. Zacząłem je sobie zadawać, gdy zostałem sam w jedynym
obecnie mieszkalnym budynku w Żernicy. Gdy oglądałem cerkiew, stare
drzewa owocowe - jedynych obecnie świadków tych, którzy tu kiedyś
mieszkali. Gdzie oni są?

Ja również kiedyś opuściłem dom rodzinny. Uczyniłem to z własnej
woli. Początkowo tęskniłem bardzo. Z biegiem lat to uczucie słabło.
Już chciałem wracać tylko wtedy, gdy byłem na kolejnym zakręcie
swego życia. Obecnie jeżdżę tam kilka razy do roku odwiedzić
rodzinę, na cmentarzu tych, którzy już odeszli. Mój dom jest także
teraz tutaj. Tu mieszkam, tu są moi najbliżsi, przyjaciele. Tu
pracuję. Tu żyję. Zapewne tak jest z byłymi mieszkańcami, chociaż
oni opuszczali swoje domy pod przymusem.

Samotna cerkiew w Żernicy Wyżnej ma staraniem konserwatora zabytków
odnowiony przed laty dach, ale mury pękają. Lepiej wygląda, ma
lepszy stan techniczny kościółek w Żernicy Niżnej. Tu raz do roku
odprawia się mszę, czasami modlą się tu myśliwi na Huberta. Ale ten
budynek, choć zadbany jest pusty, samotny na zboczu góry wśród
otaczających drzew. Dom nie może istnieć bez ludzi, także cerkiew
bez swych wyznawców popada w ruinę. Stare drzewa owocowe umierają,
łamią się ze starości konary, ale czasami obok staruszka pojawia się
młode drzewo.

Ślady cmentarzyku przy kościele można odnaleźć tylko wczesną wiosną.
Na przycerkiewnym cmentarzu można jeszcze odczytać: JULIA PRACH
przeżywszy lat 40 zmarła 5.9.1931 roku. Ktoś zapalił znicze, położył
bukiet polnych kwiatów. W pobliżu murowana płyta nagrobna z
pomalowanym niedawno krzyżem. Obok mały krzyżyk. Teren cmentarza
zakrzaczony. Przed cerkwią postument z ułamanym metalowym krzyżem. O
niego oparty podniesiony troskliwą ręką uszkodzony betonowy krzyż.
Z prawej strony kikut zniszczonego, wielkiego, drewnianego krzyża i
resztki blach pokrywających inny. Wieniec starych drzew dobitnie
akcentuje sakralny obszar. Przepływający poniżej potok podmywa
zbocze wzniesienia, na którym zbudowano zabytkową cerkiew. Jeśli
nikt mu nie przeszkodzi wkrótce ona runie.

Odtworzyć wioski się już nie da. Obecnie cały teren z wyłączeniem
cerkwiska jest w prywatnych rękach (około 800 ha w jednym kawałku).
Nie ma już domów. Nie przetrwałyby do dzisiaj. Prawdopodobnie byłyby
tu murowane budynki, gospodarstwa tętniące życiem. Dzisiaj jednak
jest tu spokój, cisza, samotność skłaniająca do zadumy. Niech tak
będzie, ale trzeba ratować zabytkową cerkiew, chylącą się ku
upadkowi. Doprowadzić do jej użytkowania. Niech i tu chociaż raz w
roku, na patrona świątyni, odbędzie się msza. Trzeba odnowić groby.

Żernica ma jeszcze jeden epizod z gatunku "exodus mieszkańców". Jest
to powojenny wątek pegerowsko-więzienny. Tu gospodarzył PPRol ze
Średniej Wsi, zatrudniający skazanych. Po tym okresie zostały
zabudowania: stróżówka, warsztat, owczarnie. We dworku mieszkali
cywilni pracownicy. Ich także tu nie ma. Upadło przedsiębiorstwo i
ludzie musieli się wynieść.

Przed Żernicą istnieje jednak szansa na restytucję. Jej nowy
właściciel ma plany, które spowodują, że znowu pojawią się tu
ludzie. Oby nowi mieszkańcy nie przeszkadzali tym, których już tu
nie ma.

Byli mieszkańcy Żernicy! Ja wracam do swojego domu, nie zapomniałem
o tym, którego już nie ma (dom mojej młodości). Dawniej ówczesne
władze zabroniły Wam powrotu, dzisiaj jest to możliwe. Wy też
powinniście tu wrócić. Chociaż raz w roku, do cerkwi Waszych
przodków. To wręcz Wasz obowiązek!

Pierwszy krok do powrotu to odnowienie grobów, remont cerkwi, jej
konsekracja. Jeśli nie zostanie on wykonany dzisiaj, to czas byłych
jej mieszkańców bezpowrotnie minie. Do tego nie chcę i nie możemy
dopuścić.

Marcel Domin

Żernica, sierpień 2000 r.

region.halicz.pl/zernica/dom.htm
Obserwuj wątek
    • tawnyroberts Żernica 2002 09.12.09, 18:56
      Minęły dwa lata. Znowu jesteśmy w Żernicy. Czy coś się zmieniło
      przez ten czas? Niby wszystko po staremu, ale...


      "Żernica 2002"

      Dzień pierwszy

      I znowu tu jesteśmy. Czy coś się zmieniło od naszego ostatniego
      pobytu? Pierwsza konstatacja - cisza, na szczęście, ta sama.
      Rozglądamy się ciekawie dookoła. Góry wokół również te same. Także
      szmer potoku Ruchlin, śpiew ptaków, tańce jaskółek u powały. A
      jednak jest inaczej. Coraz wyraźniej widać ślady ludzkiej
      działalności. Usunięto skutki restytucji roślinności. Oczyszczona
      dolina potoku otworzyła nowe perspektywy. Przejaśniało, poszerzyły
      się horyzonty, pojawiły nowe widoki - dla ludzi w postaci
      krajobrazów, dla doliny jako szansa na zagospodarowanie. Zniknął
      sześciorak udający przedwojenny dworek, jedna z obór. Druga zaś
      zamieniła się w stajnię z luksusowymi boksami. Pojawiły się wybiegi
      dla koni. Nawet zapach dymu z wypału stał się jakby intensywniejszy
      (wyjaśnienie tego fenomenu przyszło później, gdy okazało się, że
      przeniesione je do Żernicy Górnej).

      Szybko rozpakowujemy samochód. Bagaże maszerują do domu. Rowery
      karnie w wyrównanym szeregu stają przed domem. Wygodnie zasiadam w
      słoneczku na rozkładanym foteliku kontemplując widoki. W oddali
      słychać odgłosy ludzi, jakiegoś traktora. To pewnie drwale pozyskują
      w lesie drewno. Cisza, spokój, ciepełko - uczta dla zmysłów
      zmęczonego tempem miejskiego życia człowieka. Jest bosko. Tego mi
      właśnie brakowało. W komfortowych warunkach szybko zapadam w letarg,
      oddalam się w niebyt, a może zwyczajnie zdrzemnąłem się?
      - Skoczy nam pan po piwo?
      Wypowiedziane niespodziewanie, bardzo głośno tuż za moimi plecami
      słowa brutalnie przerwały sjestę, poderwały mnie z fotelika. Zbyt
      szybki powrót do rzeczywistości, zaskoczenie na tym pustkowiu
      spowodowały, że ciarki przeszły mi po plecach. Mam za swoje,
      zachciało mi się odludzia.
      - Dzień dobry - odpowiadam grzecznie. Kamień spada mi z serca.
      Poznaję rozmówcę. To stary Barański, pracownik leśny. To pewnie ich
      przed chwilą na lesie słyszałem. Rozwiązanie zagadki mnie uspakaja.
      - Pracujemy w lesie. Upał straszny. Pić się chce - dodaje tytułem
      wyjaśnienia.
      Uspokojony siadam, rozpieram się wygodnie. Stary, ubłocony od stóp
      do głów człowiek stoi teraz przede mną. Trzeba od początku pobytu
      budować właściwe relacje. Musi być wiadomo "who is who", kto komu
      lata po piwo.
      - Panie Barański. Co to dzisiaj święto lasu, że wam się piwa w
      robocie zachciewa?
      - Skocz pan samochodem albo na rowerze do Nowosiółek. To niedaleko.
      Mój rozmówca nalega, staje się natarczywy. Potokiem wypowiadanych
      słów stara się zagłuszyć adwersarza, podporządkować, wymusić swoją
      rację. Jeśli ustąpię, przegram.
      - Panie Barański - mówię spokojnie - ja panu po piwo nie pojadę
      choćby to było o dwa kroki. Jak jeszcze coś dzisiaj wypijecie, to
      odechce wam się robić.
      - Gdyby tu był pan Andrzej, to by na pewno nam piwo kupił.
      - Tak, Andrzej tu przyjedzie, ale z pistoletem. Ja mu naszą rozmowę
      powtórzę.
      Na te słowa w mojego rozmówcę jakby piorun strzelił z jasnego nieba.
      Dosłownie rozpłynął się w powietrzu, zniknął.
      - To jego mam z głowy - pomyślałem z zadowoleniem. Ustaliłem reguły
      gry, wywalczyłem dobrą pozycję i, mam nadzieję, spokój.
      Słoneczko intensywnie przygrzewało. Wszystko szybko wróciło do
      normy. Znowu było słychać szum przepływającego potoku, śpiew ptaków.
      Delikatny wiaterek zaledwie muskał rozgrzane ciało. Znowu zapadłem w
      stan kontemplacji, niebytu, na pograniczu jawy i snu. Dlatego też
      zrazu nie zareagowałem na cichutkie, nieśmiałe chrząknięcie. Ki
      diabeł, czego chce? Otwieram oczy. Przede mną stoi
      czterdziestoletni, szczupły mężczyzna.
      - Dzień dobry.
      - A dzień dobry.
      Zalega kłopotliwa cisza. Mój nowy rozmówca jest wyraźnie speszony.
      Widać, że krępuje go ta sytuacja, czuje się niezręcznie. Najchętniej
      by sobie poszedł, ale coś go tu trzyma, przyciąga jak magnes.
      - Pojechałby pan za 20 zł do sklepu?
      - A co panu trzeba?
      - Wino..., takie w kartonach..., 4 sztuki.
      Ta wymiana zdań, a może nazwany przedmiot pożądania, wyraźnie go
      ożywił. Nabrał nadziei, że coś wskóra.
      - Nie.
      - A za ile by pan pojechał? - jeszcze cień nadziei zabrzmiał w jego
      głosie, nie wszystko stracone, może uda się coś załatwić. Tanie
      kartonowe sikacze jeszcze gdzieś błądziły w zakamarkach jego umysłu.
      - Nie ma takich pieniędzy na świecie.
      - Co?
      - Niestety, nie pojadę.
      Jak może zachować się człowiek, któremu gwałtownie odebrano resztę
      nadziei, pozbawiono złudzeń. Wzrok mu stwardniał, w gardle
      zabulgotał złowrogi pomruk. Zaraz wybuchnie.
      - Spokojnie. Pan jest z wypału? Nie pracujecie dzisiaj?
      Odwołanie się do rzeczy konkretnych, dobrze mu znanych, przywraca
      faceta do życia. Naprężone mięśnie wiotczeją. Uspokaja się.
      - To nie pojedzie pan? - mówi po chwili już łagodniej, z nadzieją w
      głosie.
      Moje ponowne krótkie "nie" przywołuje go do porządku. Robi
      przepisowy "w tył zwrot" i tyle go widziałem.
      - To nieźle się zaczyna mój urlop - pomyślałem. W tym odludziu ruch
      jak na Marszałkowskiej.
      - Dobrze paaan zrobył... Czesiek już tretij den pijut - z obcym,
      gardłowym akcentem rzekł Miron.
      A ten tu czego? Ani chwili spokoju. Wiedziałem, że on tu jest, że
      mieszka, ale ja na gwałt potrzebowałem samotności. Nie miałem
      najmniejszej ochoty na rozmowy z obcymi. Nie podjęta rozmowa wygasła
      jeszcze nim się rozpoczęła. Speszony Miron odszedł do swojej połowy
      domu, a ja wreszcie byłem sam na świecie ze swoimi myślami.
      • tawnyroberts Żernica 2002 - cz. II 09.12.09, 19:07
        Dzień drugi

        Obudził nas Miron. Dzwoni Andrzej. Proponuje wieczorem na ognisku
        zrobić maścipulki. Chętnie przystajemy na propozycję. W ten sposób
        dzień sam nam się zaplanował. Jemy szybko leciutkie śniadanko
        zrobione z przywiezionych wiktuałów. Trzeba uzupełnić zapasy,
        dlatego postanawiamy urządzić rowerową wycieczkę do sklepu. To tylko
        5 km w jedną stronę po górzystych wertepach. Oficjalnie droga ma
        status powiatowej, ale trudno ją przejechać inaczej niż samochodem
        terenowym. Nie remontowana od lat popada w ruinę.

        Kuba wskakuje na swojego BMX'a. My dosiadamy "górale". Jedziemy. Już
        na pierwszym stromym zjeździe okazuje się, że inaczej rozumiemy
        jazdę na rowerze. Kuba pomknął w dół jak strzała i tyle go
        widzieliśmy. Ja zjeżdżam z piskiem hamulców rozważnie, statecznie,
        powoli. Żona zsiada, ma zamiar prowadzić rower. Konflikt. Czy
        oznacza to wybuch III wojny światowej? Trzeba wyhamować Kubę,
        pogonić Niuńka, ale to godzenie ognia z wodą. Niewykonalne zadanie.
        Postanawiam towarzyszyć żonie robiąc szybkie, krótkie wypady do
        syna. Ta taktyka w krótkim czasie przynosi owoce. Po chwili jedziemy
        wspólnie. Dojeżdżamy do Skały. W dole obok drogi szumi potok. Kuba
        stoi nad kałużą, czegoś wypatruje. Podobno skryła się tam
        przepełzająca przez drogę żmija. Pisk żony informuje, że wiadomość
        trafiła na podatny grunt. W tym układzie pomijam milczeniem
        informację, że podobno kręci się tu basior.

        Pierwszy zakręt. Teraz jest ich w sumie trzy. Stara droga liczyła
        ich bardzo dużo, a może nawet więcej - siedem razy przekraczała
        potok. Z lewej strony widać ambonę na Baligrodzkiej.
        Dojeżdżamy do wypału. Pracują tu młodzi chłopcy. Jeden z nich ma
        chyba dyżur, bo jest cały czarny od sadzy. Przy nim nawet hebanowy
        mieszkaniec środkowej Afryki wygląda jak albinos. Pozostali pełnią
        honory domu. W swej kanciapie, przyczepie pozbawionej kół, podejmują
        damskie towarzystwo. Słychać chichot, perlisty śmiech. Jest zabawa.
        Dyżurny pozdrawia nas uprzejmie, pełny "high live".

        Droga prostuje się. Jedziemy razem topolową aleją. W pobliżu wije
        się potok Ruchlin. Jego meandry zostały odsłonięte przez wycięcie
        zakrzewień. Mają tu być podobno kiedyś stawy. Po prawej na górze
        jest ambona Czemerysa i spore poletko. Dwa lata temu chodził
        tu "hruby" byk.

        Kolejny zakręt i znowu z górki. Wyboista droga uniemożliwia szybki
        zjazd, ale tylko nam. Kuba wali pupą w twarde siodełko rowera
        podskakującego na nierównościach drogi i tyle go widzieliśmy.
        Przydrożne topole dają cień strudzonym rowerzystom, ale utrudniają
        również odparowywanie wody. Pomimo suszy tutaj są kałuże. Ślady
        wskazują, że Kuba nie starał się specjalnie by je omijać.

        Po chwili z lewej w oddali pojawia się "rządowa" ambona. Z prawej
        zaś, znacznie bliżej drogi, wyłania się kościółek. Stoi samotnie na
        zarastającym zboczu. Przed wojną sąsiadował z murowaną cerkwią,
        której ślady są dzisiaj ledwo widoczne. Również tu teren został
        pozbawiony zakrzaczeń. Dzięki temu samotny kościółek prezentuje się
        w pełnej krasie. Z daleka. Z bliska zaś widać nieubłagane skutki
        upływu czasu. Podobno w tym roku nie odprawiono w nim na patrona
        nabożeństwa. Dobrodziej użył określenia, że to "ze względu na
        bezpieczeństwo". Nie rozumię czyje: kościółka, ludzi? Są ślady po
        ubiegłorocznym wypale. Snujący się w dół dym przeszkadzał ludziom w
        wiosce. Dymiarze poszli więc w góry. Pozostały pogorzeliska i buda,
        która obecnie jest wykorzystywana do magazynowania węgla drzewnego.

        Jesteśmy w Żernicy Dolnej. Tu przed wojną stała żydowska karczma. To
        po kościele, cerkwi (można jeszcze odszukać ślady podmurówki) jedyny
        murowany obiekt w krajobrazie przedwojennej wsi. Całość zabudowań
        stanowiła zamknięty kompleks. Do środka na dziedziniec (dzisiaj
        wypadałoby powiedzieć parking) wjeżdżało się przez szerokie wrota.
        Teraz nie ma tu żadnych śladów.

        Droga prostuje się. Góry rozsuwają na boki. W pełnym pędzie wspólnie
        przejeżdżamy pod rozpostartym nad drogą transparentem: "Farma
        Żernica, własność prywatna". Tu jak nożem obciął kończy się topolowa
        aleja. We wsi postanawiamy szukać jajek. Skręcamy w boczną dróżkę,
        równolegle do płynącej poniżej Hoczewki. Zabudowa rzednie. Pierwszą
        napotkaną kobietę pytamy o nabiał. Owszem ma jajka. Najlepsze w
        całej wsi. Po nie aż z Sanoka przyjeżdżają. No cóż, świat nie jest
        wcale taki wielki - my też przyjechaliśmy z Sanoka. Transakcja
        dochodzi do skutku chociaż cena jajek nie jest niska. To z powodu
        lisa. Nam zachciało się jajecznicy z wiejskich jajek, Nikicie-
        Chytruskowi zaś chłopskich kur. Jeszcze sklep, zakupy i obowiązkowe
        piwo w sąsiedniej knajpce pite szybko z niedomytego kufla. Teraz
        możemy już wracać.
        • tawnyroberts Żernica 2002 - cz. III 09.12.09, 19:23
          Dzień trzeci

          Rano wstajemy "skoro świt" o 9 godzinie. Jest pochmurno, ponuro.
          Słońca nie ma nawet na lekarstwo. W ciągu nocy pogoda raptownie się
          zmieniła. Kotlinka Ruchlina jest odcięta od świata przez otaczające
          góry, ale zwiastuny pogodowych zmian widać na niebie. Na horyzoncie
          wokół zbliżają się czarne, burzowe chmury.

          Na śniadanie jajecznica równie smaczna jak ta wieczorna.
          Postanawiamy przeczekać na miejscu. Może coś się wyklaruje. Miron
          wyprowadza psa. Jest okazja pogadać.

          Z rozmowy wyłania się sylwetka trzydziestoparęletniego mężczyzny,
          który doświadczył transformacji ustrojowych, narodzin państwa. Dużo
          i często mówi o wojsku. Służył w "krasnej armii" w nowoczesnych,
          dobrze wyposażonych jednostkach rakietowych. Pociąg z rakietami
          poruszał się po rozległych terenach środkowej Rosji. Rakiety były
          wycelowane na środkową Europę. Nie rozstrząsamy problemu "po co", ze
          względu na ewentualne różnice w pojmowaniu doktryny ataku i
          koniecznej obrony, wojny sprawiedliwej i tym podobnych reliktów
          minionej epoki. W jednostce Mirona jak w całej armii była
          międzynarodówka: 3 Ukraińców i 18 innych nacji. Wszyscy lepiej lub
          gorzej mówili po rosyjsku i to był jedyny język, w którym mogli się
          dogadać: kadra oficerska i szara brać sołdacka. Najczęściej używano
          mocnych, niecenzurowalnych słów. To pozostało mu do dzisiaj.
          Najlepiej przeklina w tym właśnie języku. Dosłużył się stopnia
          starszego sierżanta. Po wojsku "ciepła" posadka na lwowskim
          lotnisku. Naprawia tam katapulty rosyjskich myśliwców. To
          najszczęśliwszy okres w jego życiu. Wspomina go z rozrzewnieniem
          jako okres szczęśliwości i dobrobytu: dobra praca, dużo pieniędzy,
          żadnych obowiązków i paczka przyjaciół, z którymi wyjeżdżał co
          niedziela na suto zakrapiane wycieczki. Alkohol to częsty motyw w
          jego opowieści.
          - U was gości częstują kawą i herbatą. U nas wódką lub bimbrem. Czy
          to spotkanie rodzinne, w gronie kolegów, czy służbowe, bez niego się
          nie obejdzie. Pije się dużo i przy każdej okazji.
          - Miron, jak to leci: "Mnohoje lita...".
          Nie zaśpiewał, bo nie było "kompanii". Ale zrewanżował się anegdotką
          o ludziach, którzy po suto zakrapianej stypie na pogrzebie
          zaśpiewali "Sto lat", bo to ta sama melodia, tylko słowa różne. Na
          lotnisku poznaje przyszłą żonę. O dziwo na jej temat, na temat
          swoich dzieci nie chce mówić. Tylko Kubie pokazał zdjęcia żony i
          swoich pociech.

          Dziwne to, ale prawdziwe. To ukraińskie pokolenie wychowane na
          sowiecką modłę nie ceni sobie najbliższej rodziny. Jakieś więzi
          istnieją z rodzicami. Żona, dzieci są na drugim planie. Ta hierarcha
          wartości dziwi, ale też tłumaczy upadek wartości małżeństwa,
          zastraszającą liczbę rozwodów.

          Pozory statkowania się przyniosła rozpoczęta budowa domu. Wydawało
          się, że ten okres stabilizacji będzie trwał wiecznie, ale wielkimi
          krokami zbliżały się zmiany. Żył "idea fix" wyjazdu za "wielką
          wodę", do kraju dobrobytu, gdzie dolary leżą na ulicy. Ma tam
          krewnych. Myśl o Ameryce upajała go. Miał jeszcze pieniądze (te na
          budowę domu), ale zabrakło odwagi. Pozostał. Podjął intratną pracę w
          zagranicznej firmie. Miesięczny zarobek w wysokości 500-600 hrywien
          to było bardzo dużo jak na ówczesne warunki. Wróciły dobre dni, ale
          już na krótko. Mógł skończyć budowę, ale nie zrobił tego. Pieniędzy
          ubywało, dom stał niewykończony. Jego małżeństwo jakby również było
          niedokończone. Mieszkali oddzielnie u swoich rodziców. Soboty
          spędzali wspólnie. Pojawiły się dzieci. Zdecydował się na wyjazd do
          Polski. Spodobało mu się tu. Chce żyć jak Polak: mieć samochód,
          telefon komórkowy.
          - Miron, ale żeby żyć jak Polak, musisz też pracować jak Polak - to
          studzi jego zapał.
          Jego ojciec pochodzi stąd. Został wysiedlony w 47 roku. Matka zaś
          gdzieś z Syberii - mało o niej mówi.
          - Miron, to kto ty jesteś?
          - Chciałbym żyć jak Polak, ale jestem Ukraińcem. Tam moje miejsce.
          - Przecież twój ojciec jest stąd, tutejszy. Chodził do tej cerkwi,
          tu są twoje korzenie. Tu masz przeszłość, historię. Tam jest pustka.
          Wcześniej was tam nie było.
          Milczy, zastanawia się. Za to z ożywieniem mówi o teraźniejszości.
          Krytykuje Kuczmę, chwali narodowców. Z przerażeniem mówi o
          katastrofie lotniczej we Lwowie, chociaż informacje ma tylko z
          polskiego radia, telewizji. To jest jego świat, te realia zna.
          Ta rozmowa nie napawa optymizmem.

          Ej Żernico, Żernico... Uroczaś ty, cicha i spokojna. Wypiękniałaś
          ostatnio, wyładniałaś odsłaniając lico, ale szczęścia do ludzi to
          nie masz. Tych, którzy tu byli, już nie ma. Znikają po nich ostatnie
          ślady. Ci, którzy tu są, to jakby ich nie było. Najchętniej
          sprzedaliby cię za piwo i tanie wino. Ci, którzy zaś mogliby tu być -
          nie są tego warci.

          Marcel Domin

          Żernica, sierpień 2002

          region.halicz.pl/zernica/zernica2002.html
    • tawnyroberts Cerkiew w Żernicy Wyżnej 20.01.10, 10:15
      W albumie M. Skowrońskiego, A. Komskiego, A. Skowrońskiej-
      Wydrzyńskiej "Cerkwie bieszczadzkie" jest krótka wzmianka o cerkwi w
      Żernicy Wyżnej:


      "W zapomnianej Żernicy Wyżnej, w pobliżu dużego gospodarstwa
      rolnego, zachowała się ruina murowanej, greckokatolickiej cerkwi
      parafialnej p.w. św. Bazylego. Obiekt zbudowano w 1800 r., a w 1936
      r. rozbudowano o część nawy i zakrystię. Po 1947 r. opuszczoną
      świątynię użytkował miejscowy PGR jako magazyn, doprowadzając obiekt
      do ruiny. W latach osiemdziesiątych powstała dziura w dachu w
      miejscu zniszczonej wieżyczki. W 1994 r. zrekonstruowano część
      więźby dachowej, pokrywając ją blachą. Dzwonnica-brama, stojąca na
      południe od cerkwi, została rozebrana prawdopodobnie w latach 60-
      tych XX w."


      Jest jeszcze zdjęcie świątyni, zrobione latem 2000 r.:

      fotoforum.gazeta.pl/zdjecie/2128406,2,1,Zernica-Wyzna.html
      • tawnyroberts Cerkiew w Żernicy na serwisie "Twoje Bieszczady" 02.03.10, 08:03
        I jeszcze jeden, nie napawający optymizmem, opis cerkwi w Żernicy
        Wyżnej. Tym razem z portalu "Twoje Bieszczady".


        "Cerkiew greckokatolicka w Żernicy Wyżnej"

        Pierwsza cerkiew w Żernicy Wyżnej wzmiankowana była w roku 1756. Był
        to obiekt drewniany o nieznanej dacie budowy.

        Stojąca do dziś w Żernicy Wyżnej cerkiew murowana pw. św. Bazylego,
        powstała w roku 1800. Konsekracja (poświęcenie) odbyła się 26
        września 1800 roku na tzw. "Wozdwyżenie Czestnego Kresta".

        Rozbudowano ją i odnowiono w roku 1936 poprzez przedłużenie nawy w
        kierunku zachodnim. Dobudowano również zakrystię oraz kruchtę
        (przedsionek). Wykonana została także polichromia wnętrza.

        Po wysiedleniach roku 1947 cerkiew w Żernicy Wyżnej została
        opuszczona. Przez pewien czas użytkował ją miejscowy PGR. W latach
        80 zniszczeniu uległa wieżyczka na sygnaturkę, została po niej
        dziura w dachu. Ciekawostką jest fakt, iż zastosowana tu więźba
        dachowa miała konstrukcję storczykową, co było niespotykane w XIX
        wiecznych cerkwiach. Więźba ta została rozkradziona - pozostały
        krokwie. W roku 1994 dokonano częściowej rekonstrukcji więźby.

        Również dziś cerkiew nie jest użytkowana. Stoi samotnie, stanowiąc w
        zasadzie jedyną pamiątkę po dawnej wsi (obecnie Żernica jest w
        rękach prywatnych) i coraz bardziej niszczeje. Zachowały się resztki
        polichromii na sklepieniu oraz fresk przedstawiający św. Olgę, fresk
        z przedstawieniem św. Kniazia Włodzimierza a także malowidło
        przedstawiające Chrystusa w ogrodzie oliwnym, znajdujące się w
        centralnej części prezbiterium.

        Liczba wiernych:
        • 1890r. - 685
        • 1918r. - 1064
        • 1938r. - 1166

        Obok cerkwi znajdowała się murowana dzwonnica-brama. Zbudowana na
        planie kwadratu, dwukondygnacyjna, kryta dachem namiotowym. Obecnie
        nieistnieje.

        Znajdujący się obok cmentarz cerkiewny - zniszczony, zarośnięty.
        Kilka nieczytelnych mogił oraz jeden zachowany nagrobek.

        Dojście/dojazd do Żernicy Wyżnej z drogi Baligród-Hoczew. Należy
        skręcić w Zahoczewiu, przejechać most na Hoczewce i przez Żernicę
        Niżną dostać się do Żernicy Wyżnej (ok. 4 km). Pieszo można dojść
        również ze strony przeciwnej - od Bereźnicy Wyżnej.

        www.twojebieszczady.pl/st_cerkwie/cerkiew_zernica.php
      • tawnyroberts Cerkiew w Żernicy budzi się do życia... 02.03.10, 08:59
        Marzenia czasami się spełniają. Nawet te najbardziej
        nieprawdopodobne. Jeszcze kilka lat temu zawołanie Marcela Domina
        z "Halicza": "...trzeba ratować zabytkową cerkiew, chylącą się ku
        upadkowi. Doprowadzić do jej użytkowania. Niech i tu chociaż raz w
        roku, na patrona świątyni, odbędzie się msza..." było tylko pobożnym
        życzeniem, słowami rzuconymi na wiatr. Dzisiaj cerkiew w Żernicy
        budzi się do życia i jest niemal pewne, że wkrótce, pierwszy raz po
        ponad sześćdziesięciu latach, świątynia zapełni się wiernymi, a
        doliną wymarłej wioski popłyną słowa wspólnej modlitwy. Na taką
        chwilę waro było czekać nawet taki szmat czasu...

        Za remontem cerkwi (wymieniono do tej pory cały dach i zabezpieczono
        ściany) stoi obecny właściciel Żernicy, mieszkający bodajże w
        Krośnie. Podobno cerkiew jest w tej chwili jego prywatną własnością.
        Już na pewno, zmienił on według swojego "widzimisię" kształt dachu -
        nad przedsionkiem i prezbiterium pojawiły się baniaste wieżyczki, a
        nigdy przedtem ich tam nie było. Wieżyczka nad kruchtą wygląda
        nawet, jakby została tam wciśnięta trochę na siłę. Podbiciówka pod
        dachem też mogła być drewniana, a nie z pomalowanej na brązowo
        blachy. Jednak wszystkie te "grzeszki" są do wybaczenia, jeśli tylko
        remont cerkwi zostanie doprowadzony do końca, czego nowemu
        gospodarzowi z całego serca życzę.

        Na zdjęciach cerkiew w Żernicy już z nowym dachem - stan z 12
        grudnia 2009 r.

        fotoforum.gazeta.pl/uk/Cerkiew%2520w%2520%25AFernicy,tawnyroberts.html


        I dla porównania fotki z serwisu "Twoje Bieszczady" sprzed remontu:

        www.twojebieszczady.pl/IMGallery/galeria.php?kategoria=8&album=70&start=0
        • tawnyroberts Co słychać w Żernicy? 01.03.11, 12:11
          Czy ktoś z czytających i piszących "Nad Sanem i Wiarem" był ostatnio w Żernicy? W ubiegłym roku jakoś omijałem tę "wymarłą" wieś szerokim łukiem, a jestem bardzo ciekaw, czy remont cerkwi był kontynuowany. Jeśli ktoś ma jakieś wspomnienia, zdjęcia, to proszę podzielić się nimi na forum. Szukałem czegoś w internecie, ale w tym temacie panuje tam zupełna posucha. Za to znalazłem piękne fotki cerkiewki zrobione tuż przed remontem. Naprawdę warte obejrzenia!

          www.flickr.com/photos/hejma/5272169768/in/set-72157625499997729/
        • pyzdera Re: Cerkiew w Żernicy budzi się do życia... 06.04.13, 19:49
          Byłem przy cerkwi z końcem lipca 2012. Prezentuje się dużo lepiej niż na wcześniejszych fotografiach :) Samotny nagrobek wyprostowany, trawka wokół wykoszona, dach i ściany od zewnątrz wyglądają na gotowe, wewnątrz chyba świeże tynki.
          Jechałem tam z myślą że trafię na ruinę, a bardzo ucieszyłem oczy - a do tego jeszcze piękna pogoda.
          Wyniki mojego fotografowania możecie zobaczyć pod tym adresem -> ilovebieszczady.pl/cerkwie-murowane/cerkiew-w-zernicy-wyznej_pl
          • tawnyroberts Cerkiew w Żernicy prawie "nówka"! 08.04.13, 11:40
            Dziękuję bardzo za te zdjęcia. W najbliższym czasie sam również wybiorę się do Żernicy i dowiem się, czy w drugiej połowie 2012 r. przeprowadzono w cerkwi jakieś prace.

            Cieszę się, że remont w dalszym ciągu postępuje, że cerkiew i jej otoczenie pięknieje z roku na rok. Bez wątpienia należą się za to obecnemu właścicielowi świątyni słowa uznania. Jednak do tej beczki miodu muszę dorzucić i łyżkę dziegciu, no, może nawet wiadro, a zainspirowała mnie do tego ostatnia fotografia z albumu Pyzdery, przedstawiająca wnętrze cerkwi ze świeżymi tynkami. Ze zdjęcia wynika, że z dawnej bogatej polichromii figuralno-ornamentalnej, zdobiącej wszystkie ściany i powałę świątyni, ostały się jedynie malowidła przedstawiające św. Olgę, św. Włodzimierza i dwie sceny biblijne z Jezusem Chrystusem. Natomiast oryginalne wybarwienia tynków i cała polichromia ornamentalna, z ciekawymi motywami geometrycznymi i roślinnymi, po prostu zniknęły! Prawdopodobnie właściciel cerkwi poszedł na łatwiznę i zamiast "bawić się" w kosztowne ratowanie istniejących okładzin i polichromii wraz z ich częściowym odtworzeniem, zwyczajnie je skuł i położył nowe tynki. Wyszło o wiele taniej, a i cerkiew teraz prawie "nówka". No fajnie, tyle, że nie o to w tym wszystkim chodzi. Właściwie jedyne pytanie jakie w tej chwili ciśnie mi się do ust to, czy nadzór konserwatorski dał zgodę na te prace? Albo, czy nad remontem cerkwi w Żernicy w ogóle sprawowany jest jakikolwiek nadzór? Biorąc pod uwagę wcześniejsze "przegięcia" z dachem i obecne z tynkami wydaje mi się, że nie. I jeszcze jedno mi się wydaje: sprawą należałoby zainteresować opinię publiczną, w tym Podkarpackiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.
          • meriola44 Re: Cerkiew w Żernicy budzi się do życia... 25.05.13, 09:59
            W sąsiedztwie cerkwi był dom mojego dziadka Władysława Kowalczyka.
            Cieszę się, że jest ktoś kto dba o cerkiew, to jedyna pamiątka po tętniącej życiem wsi.
    • zbyszek1961bart Re: Mój dom - Żernica 24.02.10, 16:21
      Czy mozna sie z kontaktowac z Maarceli domin gdyz duzo posiadam wiadomosci o
      Żernicy Wyżnej bo z tej miescowosc pochodzili moj dziadki Mycio i moja mama oraz
      inni ktorych mi opowiadala moja mama i ci mieszkaja w Bartoszycach i okolicach
      bartoszyc i jeszcze zyja naoczni swiadkowie .Prosze o przekazanie tego listu i
      na odpis na meila laryq61@wp.pl lub pod tel. kom. 505717082..Z powazaniem
      Smereczański ..
      • tawnyroberts Kontakt do Marcela Domina 26.02.10, 14:17
        Niestety na dzień dzisiejszy nie mam bezpośredniego kontaktu z
        Marcelem Dominem, nie znam nawet osobiście tego człowieka. Proszę
        spróbować pisać na dwa adresy mailowe, które znalazłem w sieci:
        mdomin@kki.net.pl oraz mdomin@halicz.pl. Proszę także o
        zamieszczanie wiadomości o Żernicy Wyżnej w tym wątku, a ja w miarę
        moich możliwości będę starał się je rozwijać. Mam do Żernicy
        znacznie bliżej niż z Bartoszyc i zawsze mogę w ramach
        cotygodniowych rowerowych wypadów zahaczyć o tę miejscowość.
        Pozdrawiam!
      • Gość: Julia Fira (фіра) Re: Mój dom - Żernica IP: *.177-179-173.mc.videotron.ca 31.10.23, 00:00
        I have sent you an email please check your inbox. Thank you kindly Julia Fira (фіра)
    • tawnyroberts Żernica woła!!! 11.09.13, 13:58
      W ostatnim numerze "Naszego Słowa" na stronie z ogłoszeniami pojawiło się zaproszenie do Żernicy Wyżnej, gdzie w dniach 28-29 września 2013 r. będzie miało miejsce spotkanie dawnych mieszkańców Żernicy, ich potomków, a także wszystkich miłośników tej nieistniejącej obecnie wsi. Okazja do spotkania jest nie byle jaka: pierwsza od wysiedleń Liturgia w odremontowanej cerkwi p.w. św. Bazylego. Oczywiście i ja wybieram się w tych dniach do Żernicy!


      "Żernica woła!"

      Zapraszamy 28-29 września do Żernicy, gdzie w miejscowej wyremontowanej cerkwi, po raz pierwszy od wysiedlenia Ukraińców, będzie odprawiona uroczysta Liturgia.

      To, co wydawało się nierealne, stało się rzeczywistością: dzisiaj nie można odbudować całkowicie zniszczonej wsi, ale uratowano greckokatolicką cerkiew, która po remoncie na nowo ożyła!

      Dziś nie ma już we wsi budynków mieszkalnych, a tylko cisza, spokój i samotność... Dlatego, spotkajmy się w Żernicy, gdzie 29 września o godzinie 12.30 o. Bogdan Prach (Богдан Прах), którego ród wywodzi się z tej wsi, razem z o. Bogdanem Pańczakiem (Богдан Панчак) poprowadzą uroczystą Liturgię.

      Natomiast poprzedniego dnia, 28 września, zapraszamy na wspólne ognisko: będą wspomnienia, tęskne pieśni, a także samotność każdego z nas... Niech w ten sposób ożyje wieś naszych ojców i nasza...

      Zapraszają: o. Bogdan Prach, Eugeniusz Prach (Євген Прах), Maria Stec (Марія Стець) (tel. 511 114 954), Anna Winnicka (Анна Вінницька) (tel. 601 776 021), rodzice których rodem są z Żernicy.
      • tawnyroberts Żernica ożyła!!! 01.10.13, 15:26
        Prawdziwe oblężenie przeżywały w minioną niedzielę obie Żernice. Naprawdę warto było "przepedałować" te 80 kilometrów, żeby wziąść udział w tym wielkim święcie. Święcie nie tylko samych żerniczan, ale i wszystkich, którym leżała na sercu dola miejscowych świątyń: łacińskiej kaplicy p.w. Matki Boskiej Ostrobramskiej i greckokatolickiej cerkwi p.w. św. Bazylego. Zanim opiszę własnymi słowami to doniosłe dla całych Bieszczad wydarzenie, proponuję przeczytanie tekstu z wczorajszego numeru "Gazety Wyborczej".


        "Żernica ożyła. Zjechali się dawni mieszkańcy"

        W niedzielę w Żernicy koło Baligrodu, po raz pierwszy od wielu lat, odprawiono nabożeństwa w kaplicy p.w. Matki Boskiej Ostrobramskiej i cerkwi p.w. św. Bazylego. Do wsi zjechali się potomkowie dawnych mieszkańców wsi.

        Cerkiew i kaplicę wyremontował Janusz Słabik, przedsiębiorca z Krosna, właściciel firmy Cellfast. Kilka lat temu kupił kilkaset hektarów ziemi w Bieszczadach. Jego własnością stały się także tereny, na których kiedyś znajdowały się dwie wsie - Żernica Wyżna i Żernica Niżna. Przed wojną we wsiach większość mieszkańców stanowili Ukraińcy. Na przełomie lipca i sierpnia 1944 roku stacjonowały oddziały UPA. Stąd wyruszyły oddziały, które zaatakowały Baligród 6 sierpnia 1944 r. Wtedy zamordowano ponad 40 mieszkańców Baligrodu. W czasie akcji "Wisła" mieszkańców obu wsi wysiedlono. Wierni odeszli, obydwie świątynie niszczały. Gdy w Żernicy utworzono PGR, cerkiew zamieniono na magazyn nawozów sztucznych. Gdy Janusz Słabik zdecydował, że będzie ją remontował, była już ruiną.

        - My mieszkamy w Bereźnicy, to wioska tu za górą. Przychodziliśmy od czasu do czasu do cerkwi w Żernicy i żal było patrzeć, jak niszczeje. Dach był dziurawy, okien nie było, a w środku różni tacy palili ognisko. Na środku tylko stał krzyż - wspomina starsze małżeństwo.
        Z podziwem oglądają odremontowaną cerkiew.
        - Aż trudno uwierzyć, że ktoś chciał wyłożyć swoje pieniądze w tę cerkiew, choć nie jest ani Ukraińcem, ani grekokatolikiem - mówi kobieta.

        Wyremontowana za pieniądze krośnieńskiego przedsiębiorcy cerkiew ma nowy dach, odnowione kamienne ściany, nowe okna z pięknymi witrażami. Wewnątrz został odtworzony ikonostas na wzór tego, który był przed wojną.

        Na niedzielne uroczystości poświęcenia cerkwi i kaplicy przyjechali dawni mieszkańcy Żernicy.
        - 14 godzin jechaliśmy. Przyjechaliśmy z Koszalina autobusem. Jest nas ponad 30 osób i gdyby nie to, że wyjazd organizowany był w pośpiechu, byłoby nas więcej - mówi pani Ola. Pani Ola urodziła się już w Koszalinie, ale z Żernicy pochodzą jej rodzice.
        - Bywałam tu w latach poprzednich, w wakacje, ale teraz jest szczególna okazja - dodaje.

        Jej koleżanka Maria była dzieckiem, gdy w 1947 roku jej rodzina, podobnie jak pozostali mieszkańcy wsi zostali wysiedleni.
        - Było dwie godziny na spakowanie się. Wszyscy trafiliśmy najpierw do Przemyśla, a stamtąd jednych wywieziono na Mazury w okolice Górowa Iławeckiego, a grupę, w której była moja rodzina, do Koszalina. Moi rodzice dostali mieszkanie w mieście, ale ojciec powiedział: tu nie ma pola, nie mamy co robić i przenieśliśmy się na wieś pod Koszalin - wspomina.
        Stojąca obok niej kobieta wskazuje na sosnę stojącą na wzniesieniu naprzeciwko cerkwi.
        - O tam stał dom moich rodziców. Nie ma po nim nawet śladu - dodaje.

        Oprócz delegacji z Koszalina przyjechała także grupa z okolic Górowa Iławeckiego, przyjechali Ukraińcy z Przemyśla, z okolic Ustrzyk Dolnych, Leska. Najpierw wzięli udział w nabożeństwie odprawionym w kaplicy p.w. Matki Boskiej Ostrobramskiej w Żernicy Niżnej, a później udali się do cerkwi. Mszę w cerkwi odprawiali m.in. o. Bogdan Prach, rektor Katolickiego Uniwersytetu we Lwowie, o. Bogdan Pańczak, o. Bogdan Hałuszka z Koszalina, o. Jan Łajkosz z Górowa Iławeckiego, o. Bohdan Winnicki - na stałe pracujący w Kanadzie oraz Jim Karepin z Francji.

        W czasie mszy kapłani wręczyli Januszowi Słabikowi ikonę św. Dymitra, jako podziękowanie za to, co zrobił. A po nabożeństwie na przycerkiewnym cmentarzu, odkrzaczonym i oczyszczonym z chwastów, kapłani odmówili modlitwę za zmarłych.

        Anna Winnicka, dziennikarka Radia Koszalin, której rodzice pochodzą z Żernicy, mówi:
        - Wracamy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni. Była wspaniała atmosfera, wszyscy czuliśmy, że najważniejsza była modlitwa i oddanie pamięci tym, którzy spoczywali na tym cmentarzu.

        Cerkiew w Żernicy, podobnie jak cerkiew w Łopience, będzie otwarta dla zwiedzających.

        rzeszow.gazeta.pl/rzeszow/1,34962,14698704.html
        • piotrzr Re: Żernica ożyła!!! 02.10.13, 13:55
          faktycznie - doskonałe miejsce na postój w trakcie - na przykład - wiosennego objazdu po Bieszczadzie

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka