Gość: pan sułek
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
17.12.06, 20:34
Tu jednak NFZ czyni zastrzeżenie, że pieniędzy
dostaniemy na pewno o wiele mniej niż obecnie.
Problem w tym, że od 2000 r. ja ciągle otrzymuję
za 1 punkt 10 zł. A ceny przez 6 lat wzrosły
o blisko 50 proc. W ten sposób wyczerpałem już
wszystkie rezerwy i nie widzę możliwości dalszego
obniżenia kosztów bez obniżenia jakości opieki
nad chorymi lub bez oszukiwania NFZ. Tylko,
że ja na nic takiego nie zgodzę się.
Ciągle mówi się o stworzeniu koszyka, sieci
szpitalnej… Czy realizacja tych programów
wywoła rewolucję w finansowaniu placówek
służby zdrowia?
Jestem zwolennikiem kilku pomysłów ministra
Religi (wśród nich leczenia ofiar wypadków ze
składki OC). Uważam, że konieczne jest wprowadzenie
doubezpieczeń (np. na listę leków,
których nie refunduje NFZ), które ułatwią dostęp
do najnowszych, nierefundowanych leków.
Co do koszyka – w wielu krajach Europy i USA
wyceniono koszt ludzkiego życia i dlatego tam
podejmuje się ratowanie życia, gdy ma ono rokowania
na sukces. Koszyk powinien obejmować
te świadczenia, które ratują ludzkie życie
i mają udowodniony wpływ na poprawę jego jakości
i długości. Dzisiaj w Polsce stosujemy heroiczne
i kosztowne procedury podtrzymujące
życie w warunkach, o których my lekarze, wiemy,
że nie uratują one pacjenta cierpiącego
na nieuleczalne śmiertelne schorzenia. Popieram
także pomysł ze stworzeniem sieci szpitalnej.
Diabeł jednak tkwi w szczegółach, pomysł jest
dobry, ale powstaje pytanie: jaki będzie kształt
ustawy i rozporządzeń regulujących jej funkcjonowanie?
W naszym kraju mamy wiele przykładów
dobrych pomysłów i ich fatalnej realizacji,
a prawo jest na ogół psute na etapie prac w Sejmie
i w Senacie. To wskazuje, że sam pomysł
ministra Religi i opracowanie ustawy przez rząd
nie gwarantuje sukcesu.
Czy w zarządzaniu szpitalem w Łodzi popełnił
pan jakiś kardynalny błąd?
Moje zarządzanie na początku było trochę intuicyjne.
Nie wiedziałem jak zmienią się przepisy,
czym zaskoczy nas parlament i Ministerstwo
Zdrowia. Wiedziałem, że trzeba inwestować
w jakość i wysoki poziom kadry medycznej. Dotychczasowe
działania w szpitalu były rozwojem
ekstensywnym, opartym na znalezieniu i wykorzystaniu
istniejących rezerw. Z moich planów
zrealizowałem 20 proc. Pozostałe 80 proc. jest
przede mną. Jednak, aby dalej rozwijać placówkę,
będziemy musieli zdobyć środki finansowe
z zewnątrz. Wiem, że to może stać się barierą
dalszego, zaplanowanego przeze mnie, rozwoju.
Problem bowiem polega na tym, że nie ma
w Polsce żadnego planu rozwoju sieci szpitali.
Szpitale powstają w miejscach, w których nie są
potrzebne. Inwestuje się w aparaturę, która i tak
nie będzie wykorzystana. Nie wykorzystuje się
już posiadanych zasobów. Marnotrawstwo jest
gigantyczne i nikt nad tym nie panuje, nie ma
żadnej wizji ani planu dla całego kraju. Dostrzegam
to i boleję nad tym. Uważam, że poprawa
zarządzania zasobami służby zdrowia mogłaby
uwolnić nawet 15–20 proc. środków, jakie wydajemy
w Polsce na leczenie.
Pana strategicznym celem jest doprowadzenie
do sytuacji, w której Szpital im. Barlickiego
będzie najlepszą jednostką w Polsce.
Czy nie obawia się pan, że taka deklaracja
przysporzy panu wrogów, którzy zrobią
wszystko, aby Kunie się nie udało?
Jestem bardzo pozytywnie nastawiony do świata.
Mam dobre relacje z urzędnikami ministerstwa
(np. z podsekretarz stanu Wacławą Wojtalą, którą
niezwykle cenię) i pracownikami NFZ. Natomiast
z kolegami-dyrektorami mogę się ścigać, ale
na pewno nie będę szkodzić i liczę na wzajemność.
A nasza jednostka obroni się, nie dzięki mnie, ale
dzięki pacjentom, którzy w sytuacji, gdy pieniądze
będą szły za chorym, spowodują, że Szpital im. Barlickiego
będzie miał o wiele większe środki i stanie
się najlepszą placówką w Polsce.
Nikt nie jest doskonały. Jakie wady ma prof.
Kuna?
Ciągle piszę recenzje, prace naukowe czy rozdziały
różnych książek i ciągle spóźniam się,
nie dotrzymuję terminów. Drugą wadą, wynikającą
z dyrektorowania szpitalem, jest brak
czasu dla rodziny.
Naukowiec, dyrektor, lekarz, negocjator.
Jak udaje się panu pogodzić te role z funkcją
ojca i męża?
To kwestia organizacji oraz umiejętności pracy
w każdej sytuacji i momencie (za biurkiem
i w pociągu). Największy problem stwarzają
zaproszenia i spotkania, które staram się ograniczać
do niezbędnego minimum – chodzę
tam, gdzie mam coś do powiedzenia oraz sam
się czegoś dowiem (niestety, większość takich
konferencji jest dosyć jałowych). Dla rodziny
w 100 proc. poświęcam urlop, na którym nie
pracuję i od świtu do nocy spędzam go z dziećmi
oraz żoną Małgorzatą, która jest także lekarzem
i bez przerwy się dziwi, skąd czerpię siły
na robienie tego wszystkiego. Mam oczywiście
kontakt ze szpitalem, ale przypominam, że
moją rolą jest kreowanie wizji i idei, a od ich
wdrażania na ponad 1 tys. zatrudnionych
w jednostce, mam dziesięciu najbliższych
współpracowników.
Jak pan odreagowuje stres, walczy ze swoim
nadciśnieniem oraz ciśnieniem codziennego
wysiłku?
Wstaję o godz. 6, zazwyczaj rano rozmawiam
z synem i odwożę go do szkoły. To świetne lekarstwo
na stres – rozmowa z dzieckiem. Kiedy
wracam do domu wieczorem jest tak późno, że
on już śpi. Poza tym uprawiam sport – pływanie,
tenis i jazdę na nartach. To pozwala mi obniżyć
ciśnienie, i dalej kierować szpitalem.
Rozmawia³ Jacek Szczêsny
” Najzabawniejsze jest jednak to, że gdy któryś z politycznych decydentów
zachoruje,
to zgłasza się do nas, lub do wybranych szpitali warszawskich,
a nie tam, gdzie np. jest jego najbliższy szpital ”