justka_m81
18.03.06, 15:42
Drogie mamy Aniołków, mamy chorych dzieci, mamy zdrowych pociech...
Chcialabym sie podzielic z Wami moja przykra historia
Mam na imie Justyna, 25 lat i jestem jeszcze panna ale zyje w zwiazku od
9 lat. W litopadzie roku 2004 dowiedzialam sie ze jestem w ciazy - byla to
tzw. wpadka. Ale ucieszylismy sie ze bedziemy miec dzidziusia tymbardziej ze
to czas najwyzszy - stwierdzilismy. Na poczatku grudnia poszlam do gin. by
potwierdzic ciaze. Faktycznie - mam fasoleczke w brzuszku. Kolejna wizyta w
styczniu - USG - i... szok - brak akcji serca. Wiedzialam co to oznacza
poniewaz duzo kobiet w mojej pracy przez to przeszlo, nawet moja bliska
kolezanka z brygdy. 17.01.05 usuneli mi moja fasolke. Slyszalam tylko:
jestescie mlodzi, bedziecie miec dzieci, nie wy pierwsi nie ostatni. Bylam na
zwolnieniu, powrocilam do pracy po 4 tygodniach - jakos doszlam do siebie.
Minely 4 m-ce, tak bardzo pragnelismy miec dziecko. Rozpoczelismy nasze
starania pod koniec maja. Po dwoch tyg. zrobilam test - wynik negatywny.
Plakalam, ze nie bede miec dzieci ze podczas skrobania uszkodzili mnie w
srodku, ze jestem bezplodna. Od tamtego razu nie zblizylismy sie do siebie
ani razu, nie mielismy ochoty, bylismy zajeci wyjzdem mojego partnera do
Anglii. Wyjechal 21.06.05 a mi zaczal sie... spozniac okres. Myslalam ze to
na tle nerwowym i nie pomyslalam ze moge byc w ciazy. A jednak.... bylam.
Płakalam i sie cieszylam ze moze w koncu sie uda. Wizyty u lekarza byly dla
mnie przyjemnosia bo slyszalam ze serce bije, ze wszystko w porzadku. Potem
pojechalam na 2 tyg. do ojca dziecka, zawiozlam mu zdjecie naszej kruszynki.
Wrocilam taka szczesliwa i z upragnieniem czekalam na grudzien, na swieta, ze
w koncu sie zobaczymy i pojedziemy kupowac wyprawke. Ale.... szczescie nie
trwalo dlugo. W pazdzierniku poszlam na kolejna wizyte gdzie moja ginia
zauwazyla ze mam malo plunu owodniowego. Nie kazala mi sie denerwowac mowila
ze tak bywa czasem, ze sa specjalne zabiegi dzieki ktorym ten plyn sie
uzupelnia. Kazala przyjasc za tydzien. Przyszlam. Plynu bylo jeszcze mniej.
Bylam wowczas w 23 tyg. Wypisala skierowanie do kliniki w Poznaniu na Polnej.
Pojechalam na drugi dzien do Poznania. Zarejesrowalam sie w poradni, potem
mierzenie cisnienia, maly wywiadzik i badanie u pani doktor, ktora
powiedziala ze mam wziasc numerek na USG i z opisem wrocic do niej. Niestety
numerkow nie bylo, nie zalapalam sie. Kazali przyjechac po wekeendzie.
Przyjechalam ponownie - kolejne 100km., dostalam numerek i poszlam na USG.
Badanie trwalo dosyc dlugo. Nie mogli znalezc pecherza moczowego, zoladka i
przede wszystkim nerek. Z opisem trafilam do pani dr. A ona powiedziala ze
albo mi pekly blony albo jest podejrzenie wady u dziecka. Placz, placz i
jeszcze raz placz. I co dalej pytalam? Chciala mnie polozyc na oddzial lecz
nie bylo miejsc, wolne lozko bedzie dla mnie za 9 dni. Zalamalam sie, coz
robic dalej? Czekac... powiedziala doktor. Wracalam do domu, dostalam telefon
od brata mojego partnera pytal sie co i jak, czy cos wiadomo? Powiedzialam co
wiedzialam, ze musze czekac na miejsce. Wymienilismy kilka slow i sie
rozlaczylismy. Za pare minut dzwoni ponownie i mowi ze mam przyjezdzac do
Szczecina, do nich, ze mam umowiona wizyte na wieczor z gin. ktory pracuje w
klinice. Pojechalam. Bylam na wizycie. Zrobil USG i nic nie widzial, obraz
byl beznadziejny bo malo plynu owodniowego. Wypisal skierowanie do kliniki i
pojechalam z samego rana. Kolejne USG - diagnoza identyczna jak w Poznaniu.
Wspomnial o przerwaniu ciazy bo dziecko i tak nie bedzie zylo bez nerek. Dla
mnie szok, niewiem co robic!!! Nie ma przy mnie mojej ukochanej osoby bo musi
zarabiac na nas i dzidziusia jedynie rozmowy telef. ale co z tego....
potrzebuje jego ramienia do wyplakania. Podjelismy decyzje ze przerwiemy
ciaze. Czekalam az wywolaja porod. Potem kolejne USG robil inny doktor - to
samo rozpoznanie. Pytalam Boga: dlaczego ja? Dlaczego chce mi zabrac moje
upragnione dzieciatko? Nie otrzymalam odpowiedzi. Lezalam w klinice czekajac
na wywolanie porodu zblizal sie wekeend i wypisali mnie do domu mowiac abym
wrocila ponownie w poniedzialek z tego wzgl. ze w wekeend i tak nic nie beda
robic. Pojechalam ze Szczecina do domu. Nie wrocilam. Za 3 dni mialam zglosic
sie do Poznania( a mialam odmowic miejsce ale tego nie zrobilam). Pojechalam
i tam juz zostalam. Pierwsze USG - widza nerke ale pecherza nie uwidoczniono,
zoładekjest. Od razu ulga na sercu a jednoczesnie placz ze zabilabym wlasne
dziecko pozostajac w Szczecinie. Potem kolejne USG - nie widac nerek ani
pecherza. Kolejne USG i decyzja ze zrobia amnioinfuzje. Wstrzykneli ok 100 -
150 ml. soli fizjologicznej by zobaczyc czy dziecko sie napije i wypelni sie
pecherz. Nie napilo sie. Rokowania byly beznadziejne. Nastepne USG -
oczywiscie nic nie widac, nikt, zaden z lekarzy nie chcial sie podpisac pod
tym, ze dziecko nie ma nerek. Bo nerki moga byc ale uposledzone. Po 2 tyg.
pobytu na Polnej pojechalam do domu ale po 14 dniach wrocilam z powrotem ale
na 4 dni. Zylam nadzieja, bylam pewna ze sie myla. Ale znowu USG - i nic. Ta
sama spiewka ze sie nie podpisza. Na drugi dzien kolejne USG - obecny przy
tym USG byl kierownik kliniki prof. Drews( chce zaznaczyc ze mial on byc 4
razy przy wykonaniu mi badania ultasonograf. bo przeciez to on sie
specjalizuje w dziedzinie wad plodu ale go nie bylo mial inne zajecia typu
przyjmowanie gosci w gabinecie). Gdy polozylam sie na kozetce i robili mi
USG, gdzie bylo sporo lekarzy i min. profesor, ktory tylko zerknal na sekunde
na monitor, potem sie rozgladal na wszystkie strony, wycieral sobie
okulary... - a na koniec powiedzial mi: wypiszemy pania do domu bo my takiego
przypadku leczyc nie umiem,y bo tutaj nic nie widzimy i byc moze tych nerek
nie ma. Powiedzialam sobie w duchu ze nigdy wiecej tu nie wroce chyba ze
urodze dzieciatko, ktore bedzie potrzebowalo specjalistycznego sprzetu do
zycia a tutaj w klinice sprzet dla dzieci jest rewelacyjny. Pojechalam do
domu, bez nadzieji na lepsze jutro i reszte zycia. Kolezanka ktora byla tez w
ciazy dala mi nr. do swojej gin. mowila ze jest super babka i na pewno mi
pomoze. Zadzwonilam. Pani dr. podala mi nr.tel. do W-wy do dr. Roszkowskiego.
I powiedziala ze go zna i jest specjalista w tej dziedzinie i jezeli on powie
ze nie ma nerek to tych nerek nie ma. Umowilam sie z nim na 2.01.06.
Pojechalam tam do szpitala gdzie robil USG. Potwierdzil ze nerek nie ma.
Plakalam a on mi wpolczul i mowil co mam dalej robic i co mam przekazac
swojemu gin. Wykonal rowniez kordocenteze - pobral krew pepowinowa i kazal
zawiezc do instytutu genetycznego. Pojechalam( mialam juz przy sobie mojego
mezczyzne). W instytucie zrobilismy sobie przy okazji badania na kariotyp by
wykluczyc ze ktores z nas moze byc nosicielem zlego genu. Wrocilismy z calym
opisem USG do domu a na drugi dzien umowilam sie z gin. mojej kolezanki.
Babka bardzo konkretna tymbardziej ze pracuje w szpitalu. Kazala czekac az
natura zacznie dzialac a bylam w 32 tyg. kazala przyjsc za 4 tyg. Moje
kochanie pojechalo z powrotem do UK zarabiac pieniazki a ja zostalam z moim
dzieciatkiem w brzuszku i cieszylam sie kazdym dniem spedzonym z nim bo
wiedzialam ze z kilka tygodni juz nie bedziemy razem. Powoli przygotowywalam
sie na najgorsze, tak bardzo cierpalam, prosilam Boga by zabral mnie a nie
moje dzieciatko. W 34 tyg zaczelam plamic, zadzwonilam do gin. a ona kazala
mi przyjechac na izbe przyjec. Pytala czy mam rzeczy zeby zostac na
obserwcji - nie mialam. Przyjechalam na drugi dzien rano. Polozyla mnie na
oddziale, mialam USG i dowiedzialam sie wowczas ze bedziemy miec chlopca. Ale
ja mowilam i czulam od samego poczatku ze to bedzie chlopak - po prostu to
czulam. Badanie ginekologiczne tez nic nie wykazalo. Bywa czasem ze kobieta
plami w ciazy. Ale wieczorem znowu z