ardzuna
29.03.05, 14:50
serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34474,2624408.html
Nie jechać do Moskwy
Zwycięstwo w II wojnie światowej to fundament rosyjskiej dumy, więc bojkot
60. rocznicy jej zakończenia Rosjanie mogą uznać za przejaw niewdzięczności.
Czy jednak już sama emancypacja Polski z rosyjskiej strefy wpływów nie
zrodziła wśród nich podobnej opinii? Obecność w Moskwie w małym stopniu
mogłaby temu zaradzić. Na zdjęciu żołnierze rosyjscy w mundurach uszytych na
wzór tych z II wojny odgrywają sceny z bitwy o Moskwę w 1941 r. Na pierwszym
planie autentyczne czołgi z tego czasu. Grudzień 2004 r., 63. rocznica obrony
stolicy ZSRR
Fot. AP
Tomasz Merta 28-03-2005 , ostatnia aktualizacja 28-03-2005 18:10
Nieobecni często mają rację, a bojkot wcale nierzadko okazuje się właściwym
sposobem zamanifestowania sprzeciwu - polski prezydent nie powinien jechać do
Moskwy 9 maja, bo chcąc nie chcąc weźmie udział w legitymizowaniu kłamliwej
wizji przeszłości - pisze Tomasz Merta
Polskie dyskusje na temat obchodów 60. rocznicy zakończenia wojny zdają się
toczyć wedle schematu: zaczynają się od gorzkich uwag na temat rosyjskich
poczynań, zachodnioeuropejskiej obojętności i mankamentów naszej polityki
zagranicznej, ale kończą zawsze konkluzją, że mimo wszystko jechać do Moskwy
trzeba. Konkluzja ta nie wydaje się jednak na tyle oczywista, by zrezygnować
z próby oceny wartości pięciu głównych argumentów, jakie na jej poparcie są
przywoływane.
1. Tu nie chodzi o emocje
Pierwszy nie jest właściwie argumentem, lecz chwytem perswazyjnym -
przeciwnicy wyjazdu do Moskwy kierują się podobno jedynie emocjami, podczas
gdy zwolennicy - choć owe emocje podzielają - potrafią bardziej trzeźwo
ocenić sytuację. Ci pierwsi okazują się więc naiwnymi idealistami, na których
ci drudzy mogą spoglądać z dobrotliwą pobłażliwością.
Czy jednak rzeczywiście obóz zwolenników moskiewskiej wyprawy składa się
wyłącznie z rycerzy praktycznego rozumu? Czy nie było czasem tak, że najpierw
zapadła decyzja o wyjeździe do Moskwy, a dopiero potem, pod wpływem dyskusji,
postarano się o jej uzasadnienie? Jeśli tak właśnie rzecz się miała - a nie
brak przesłanek, by tak sądzić - decyzja ta była efektem nie namysłu, a
raczej kombinacji niekoniecznie godnych pochwały odruchów: dyplomatycznej
rutyny, bezrefleksyjnego konformizmu i przesadnego respektu wobec wschodniego
sąsiada.
2. Nie narazimy się Rosji
Drugi argument podkreśla związek pomiędzy wyjazdem do Moskwy a stanem naszych
stosunków z Rosją. Otóż związek ten jest znacznie słabszy, niż by się to na
pozór mogło wydawać. Trudno doprawdy uwierzyć zarówno w to, że polska
obecność na obchodach może poprawić nasze relacje z Rosją, jak i w to, iż
nieobecność może je pogorszyć, skoro i tak są bardzo napięte.
Ponadto należy pamiętać, że rosyjska polityka nie kieruje się dowodami
sympatii ze strony innych państw, ale logiką swych strategicznych interesów.
Inaczej mówiąc, Rosja ma z innymi krajami takie stosunki, jakie sama chce
mieć, a nie takie, jakie owym państwom by się marzyły.
Argument ten pojawia się czasem w nieco innej wersji - że nasza nieobecność w
Moskwie zaważy niekorzystnie na stosunkach z Rosjanami. Zwycięstwo w wielkiej
wojnie ojczyźnianej stanowi fundament rosyjskiej autoidentyfikacji i dumy,
więc bojkot uroczystości zostanie uznany za przejaw niewdzięczności i
lekceważenia.
Czy jednak już sama emancypacja Polski z rosyjskiej strefy wpływów nie
ukształtowała wśród Rosjan podobnej opinii? Obecność w Moskwie w małym
stopniu mogłaby temu zaradzić - aby coś w tym względzie zmienić, niezbędne
byłyby bardziej aktywne (i systematyczne) polskie poczynania, choćby
uroczyste oddanie hołdu poległym na naszej ziemi radzieckim żołnierzom czy
uhonorowanie (co zaproponował profesor Jerzy Pomianowski) naszych rosyjskich
przyjaciół, których przecież nie brakuje.
3. Nie ułatwiać Rosjanom gry
Do Moskwy trzeba jechać, aby - tak brzmi trzeci argument - nie ułatwiać
rosyjskiej gry. Ostatnie miesiące przyniosły cały szereg niepokojących
posunięć strony rosyjskiej, które mogą zostać uznane za antypolskie
prowokacje. Rosyjska gra miałaby w tym przypadku polegać na próbie
zniechęcenia Polski do przyjazdu na uroczystości, a w efekcie
do "wypchnięcia" z obozu zwycięzców. Rosjanie zyskaliby też kolejne
świadectwo naszej "rusofobii", dzięki czemu utrudniliby Polsce kształtowanie
polityki wschodniej Unii Europejskiej.
Czy jednak rzeczywiście w przypadku każdej prowokacji najlepszą strategią
jest nie dać się sprowokować? Czy nasze milczenie - choćby brak odpowiedzi na
skandaliczną rosyjską notę na temat Jałty - nie jest czasem odczytywane jako
dowód słabości? Przecież możliwe jest, że rosyjska gra ma też inny cel -
sprawdzenie, jak daleko można się w stosunkach z Polską posunąć.
Jadąc do Moskwy, także ułatwiamy pewną rosyjską grę, i to o wiele ważniejszą.
Po upadku Związku Sowieckiego wydawało się, że Rosja wkracza na drogę
odcięcia się od totalitarnej przeszłości - namacalnym tego świadectwem była
postawa Borysa Jelcyna (a wcześniej Michaiła Gorbaczowa) w sprawie zbrodni
katyńskiej. Dziś nie ma już wątpliwości, że z drogi tej Rosja, niestety,
zawróciła.
Projekt rosyjskiej polityki historycznej, której tegoroczne obchody są ważnym
elementem, zakłada przedstawienie II wojny światowej jako starcia dobra (obóz
aliantów) ze złem (niemiecki nazizm). W wizji tej nie ma miejsca na
przypomnienie o tym, że odpowiedzialność za wybuch wojny ponoszą oba państwa
totalitarne, ani też na potępienie popełnionych przez Związek Sowiecki
zbrodni. Jest za to opowieść o szczęśliwym zakończeniu - budowie wolnej
Europy wedle jałtańskich ustaleń...
Czy tego chcemy, czy też nie, jadąc do Moskwy bierzemy udział w
legitymizowaniu tej kłamliwej wizji przeszłości, co jest nie tylko moralnie
dwuznaczne (zważywszy choćby na straszliwy los tysięcy "wyzwolonych"
żołnierzy AK), ale i z pragmatycznego punktu widzenia wysoce wątpliwe.
4. Wstrząsnąć Zachodem
Czwarty argument głosi, że nie zostaniemy zrozumiani przez naszych zachodnich
partnerów. Można by właściwie odpowiedzieć nań krótko: lepiej być
niezrozumianym, niż zostać źle zrozumianym, jednakże problem jest naprawdę
poważny - właściwie nawet znacznie poważniejszy niż kwestia relacji polsko-
rosyjskich.
Zachodnia pamięć II wojny światowej jest w istocie rzeczy znacznie bliższa
pamięci rosyjskiej niż polskiej. Lekceważenie, z jakim spotkała się w
Parlamencie Europejskim propozycja uczczenia Katynia minutą ciszy, jest tego
najświeższym przykładem. Co powinna czynić Polska wobec tak osobliwej
równoległości niepamięci? To wydaje się jasne - musimy starać się zmienić
zachodnie postrzeganie najnowszej historii, a przynajmniej mocno zaznaczyć
odmienność naszego punktu widzenia. Mamy też - jako pełnoprawny członek Unii
i NATO - rzeczywistą szansę, że zostaniemy wreszcie wysłuchani. Jak jednak to
uczynić?
Zwolennicy wyjazdu do Moskwy powiadają, że trzeba dążyć do celu małymi,
niemal niedostrzegalnymi kroczkami. Przeciwnicy moskiewskiej wyprawy obawiają
się natomiast, że owe kroczki będą tak małe, iż nikt się nie zorientuje, że w
ogóle zaczęliśmy się poruszać. Nieobecność w Moskwie byłaby natomiast
prawdziwym krokiem, który mógłby doprowadzić do otwarcia poważnej
europejskiej debaty.
5. Złudzenie manifestacji
Piąty argument jest zarazem próbą uspokojenia obaw przeciwników udziału w
obchodach. Prezydent na uroczystości jechać powinien, ale równocześnie - aby
zniwelować negatywne efekty tej decyzji - Polska musi zaakcentować odrębność
swego stanowiska. Pomysłowi temu należałoby przyklasnąć, gdyby nie to, że
wcale niełatwo jest powiedzieć, co mogłoby rzeczywiście zrównoważyć obecność
polskiego prezydenta na trybunie honorowej w Moskwie. Bo pr