Gość: 1%
IP: 213.251.189.*
11.08.10, 18:42
Minister obrony Bogdan Klich na konferencji prasowej w brygadzie
zmechanizowanej w Wesołej (2 sierpnia br.) z dumą podkreślał, że w ciągu dwóch
lat dokonał rzeczy niebywałej - stworzył "profesjonalną" armię. Ocenił, że
program przyjęty przez rząd PO - PSL w sierpniu 2008 r. może być pozytywnie
podsumowany. "Profesjonalizacja, tak jak ją rozumieliśmy wtedy, to
uzawodowienie plus zmiana zasadniczych systemów. Te sprawy, które zostały
uznane za najważniejsze, zostały zrealizowane". Obecny na konferencji Donald
Tusk ogłosił, że w wojsku "skończył się czas amatorów". Premier zdaje się
sądzić, że armie oparte na poborze obywateli do służby wojskowej, np. takie
jak niemiecka Bundeswehra, to pożałowania godna amatorszczyzna. Tusk dodał
też, że jego rząd uwolnił nas od "dręczącego młodych Polaków od dziesięcioleci
obowiązkowego poboru". W rocznicę Bitwy Warszawskiej 1920 r. i wybuchu
Powstania Warszawskiego 1944 r. szef rządu RP wyraził pogląd, że włożenie
polskiego munduru jest dla Polaka nieprzyjemnym doświadczeniem.
Zapewnienia Ministerstwa Obrony Narodowej, że w Polsce tworzy się
"profesjonalne" siły zbrojne, a więc biegłe w wykonywaniu wojennego rzemiosła,
sprawne w obronie kraju, propagandowo dobrze brzmią. Powstaje jednak pytanie,
czy rzeczywiście będzie to armia gwarantująca bezpieczeństwo państwu i
obywatelom.
Zapomniany patriotyzm
Na profesjonalizm wojska musi złożyć się wiele elementów. Dobre wyszkolenie,
nowoczesna broń, perfekcyjne dowodzenie wojskiem (podstawowe prawo żołnierza -
być dobrze dowodzonym). W armii profesjonalnej na pierwszym miejscu znajduje
się morale żołnierzy (Napoleon: Moralna siła wojska jest trzy razy ważniejsza
od uzbrojenia). Konstytucja RP w art. 85 ust. 1 postanawia: "Obowiązkiem
obywatela polskiego jest obrona Ojczyzny." Ustawodawca, wpisując słowo
"Ojczyzna" na karty Konstytucji i łącząc je z obowiązkiem obrony, nawiązywał
do polskiej tradycji. Trudno jednak dostrzec, aby patriotyzm był czynnikiem
dominującym w procesie uzawodowienia armii. Słyszymy raczej o materialnych
zachętach do podjęcia zawodowej służby. Obniżono też rygory dotyczące
niekaralności przyszłych "profesjonalistów", co nie będzie miało pozytywnego
wpływu na morale wojska.
Wojsko było zawsze w Polsce ważną społecznie i narodowo instytucją. Miejscem
kształtowania postaw patriotycznych i obywatelskich służących w nim ludzi. Czy
można te wartości wyliczyć w złotówkach? Czy kondycja współczesnego żołnierza
polskiego ma sprowadzać się do problemu wysokości jego zarobków? Nie należy
mylić obowiązku troski państwa o materialne warunki służby żołnierzy z takimi
sprawami, jak rola wojska w państwie i patriotyzm służby.
Armia ekspedycyjna
W Wesołej na placu ćwiczeń zaprezentowano premierowi jako przykład
profesjonalizmu "szkolenie strzeleckie pododdziału (strzelanie szkolne nr 2 z
kbs Beryl oraz trening ogniowy strzelca wyborowego)". Nie trzeba długich
studiów, aby celnie strzelać z broni maszynowej. Takie zadanie w pełni
profesjonalnie wykona po krótkim przeszkoleniu żołnierz z poboru. Poza
wybranymi systemami uzbrojenia posługiwanie się bronią na ogół nie wymaga
nadzwyczajnej wiedzy i kwalifikacji. Afgańscy niepiśmienni partyzanci strącali
nowoczesnymi amerykańskimi rakietami Stinger sowieckie śmigłowce pilotowane
przez profesjonalistów. Zresztą MON, szermując argumentem poprawy jakości
armii, nie jest wiarygodne, skoro obniżyło wymagania odnośnie do wykształcenia
kandydatów na żołnierzy zawodowych. Paradoks "profesjonalizmu" polega też na
tym, że w budżecie MON 400 milionów złotych przeznaczono na wynajęcie agencji
ochrony, które będą pilnowały, by ktoś nie okradł profesjonalnych żołnierzy!
Konieczność stworzenia armii zawodowej jest rezultatem - według kierownictwa
MON, wstąpienia Polski do NATO. Jako członek Sojuszu Polska przyjęła
zobowiązania związane z realizacją misji zbrojnych poza granicami państwa. Pod
takie "ekspedycyjne" potrzeby MON tworzy armię.
W 1996 r. polskie ministerstwo obrony wspólnie z amerykańskim ośrodkiem RAND
Corporation ogłosiło raport końcowy w związku z planowanym wejściem do NATO.
Postulowano wówczas kolejne etapy tworzenia sił zbrojnych: najpierw do obrony
granic Polski, następnie do udzielania pomocy środkowoeuropejskim członkom
NATO, w dalszej kolejności do innych misji NATO w Europie i na jej obrzeżach,
a na końcu dopiero do misji NATO w rejonach poza Europą.
W 1996 r., w ostatnim etapie tworzenia sił zbrojnych, zalecano kreowanie
zdolności wojska do działań poza Europą. Po latach priorytetem MON okazało się
wykonanie zadań etapu końcowego z pominięciem etapów poprzedzających.
Na stronie MON poświęconej uzawodowieniu stwierdza się, że współcześnie armia
zawodowa jest "wyłączną podstawą systemu obronnego państwa". Tymczasem
nowoczesne siły zbrojne tak nie wyglądają. Jest w nich oczywiście element
ofensywny, do działań poza granicami kraju (wojska operacyjne), ale także
komponent defensywny przeznaczony do obrony kraju i działań w sytuacjach
kryzysowych (wojska obrony terytorialnej). Wszędzie zapleczem sił zbrojnych są
rezerwy dla uzupełniania obu komponentów. Rezerwę stanowią obywatele na co
dzień niesłużący w wojsku, ale przeszkoleni wojskowo, których będzie można
zmobilizować w razie zagrożenia wojennego.
Siły zbrojne USA - na ten wzór często powołują się w Polsce zwolennicy armii
zawodowej - składają się nie tylko z zawodowych wojsk operacyjnych, ale obok
nich są kilkusettysięczne wojska terytorialne (National Guard) i porównywalne
liczbowo z wojskami operacyjnymi milionowe siły rezerwy (Reserve). W Polsce
stworzono stutysięczne zawodowe wojska operacyjne, tworzy się
dwudziestotysięczne Narodowe Siły Rezerwy i nie ma ani jednego żołnierza
obrony terytorialnej (minister Bogdan Klich zlikwidował wojska obrony
terytorialnej).
Kazus Gruzji
O przydatności w obronie kraju armii zawodowej podobnej do polskiej wskazuje
przykład Gruzji. Rząd tego państwa wydał znaczne środki na wojsko. Stworzono
przy pomocy instruktorów amerykańskich armię, w której zawodowi i kontraktowi
żołnierze stanowili 90 procent. Zrezygnowano z tworzenia wojsk terytorialnych.
Siły zbrojne Gruzji liczyły ponad 30 tys. żołnierzy dobrze uzbrojonych (250
czołgów, ponad 200 podjazdów opancerzonych, 25 samolotów, silna artyleria).
Była to znaczna siła - stosując gruzińskie wskaźniki, Polska powinna mieć
armię liczącą 190 tys. żołnierzy. Gruzińskim "profesjonalistom" nie powiodła
się operacja zajęcia mikroskopijnej Osetii Południowej, gdzie opór stawiła
"milicja" osetyńska, czyli miejscowa obrona terytorialna wspierana przez słaby
garnizon rosyjskich "sił pokojowych". A kiedy ruszyła ofensywa wojsk
rosyjskich, tylko kilkanaście tysięcy żołnierzy (wojsko z poboru) i 150
czołgów ze wsparciem lotnictwa, to okazało się, że wojsko gruzińskie nie
potrafi bronić miast, linii komunikacyjnych i portów.
Generał Stanisław Koziej, zastanawiając się nad powodami przegranej armii
gruzińskiej w starciu z wojskami rosyjskimi, wskazał, że Gruzja budowała
wojsko na misje zagraniczne, zaniedbując obronę kraju. Przypomniał, że takie
wnioski sformułowali Amerykanie: "W specjalnym raporcie stwierdzono, że jedną
z przyczyn słabości armii gruzińskiej było inwestowanie przez Amerykanów
przede wszystkim w przygotowania jej na potrzeby misji międzynarodowych, aby
była zdolna uczestniczyć razem z nami w takich operacjach, jak te w Iraku i
Afganistanie" ("Rzeczpospolita", 6.04.2009).
Współczesne konflikty zbrojne mają głównie tzw. asymetryczny charakter -
występują w nich siły nieregularne (partyzanci, terroryści). To jednak nie
wyklucza wybuchu wojen między państwami, jak wskazuje przykład Gruzji, w
których dochodzi do starcia regularnych armii. A wtedy trzeba będzie dokonać
mobilizacji i wystawić siły zbrojne zwielokrotnione do stanów pokojowych. W
Polsce postanowiono zawiesić pobór do wojska i zaprzestano szkolenia
rezerwistów. To oznacza, że