Dodaj do ulubionych

Koniec polskiego wstydu

23.11.12, 15:58
Trochę mnie nie było bo "uszedłem w odstawku" zniechęcony tym co się wypisuje na moim ulubionym Forum. Dziś wracam i zaczynam optymistycznie! Polecam czytając przenosić poszczególne "wstydy" do współczesnych bolączek tych urojonych i tych realnych.

Zaczynam textem Pauliny Wilk z 03-10-2008 www.rp.pl/artykul/61991,199888_Koniec__polskiego__wstydu.html

"Ostatnio każda podróż do Europy leczy mnie z kompleksów. Z wyuczonego poczucia niższości i wiary w mit Zachodu. Miasta, które dziesięć lat temu wprawiały mnie w zachwyt, teraz rozczarowują


Rzym jest brudniejszy niż Warszawa. Wieczorami w centrum Amsterdamu koczuje więcej narkomanów niż na Dworcu Centralnym. Paryż, kolebka równości i braterstwa, przypomina miasto porżnięte na etniczne sektory. Przez Edynburg w nocy przewalają się hordy pijanych nastolatków. A w Londynie coraz trudniej czuć się bezpiecznie.

Europa jest nie tylko wspaniała. Ma się czego wstydzić. Ale za wszystkich (i w nadmiarze) wstydzimy się my. Wciąż wyrzucamy sobie zaściankowość, konserwatyzm, zacofanie. Od czterech lat jesteśmy w Unii Europejskiej, ale sami podcinamy sobie skrzydła, powtarzając, że ekonomicznie ciągniemy się dwie, trzy dekady w tyle. A za powód do dumy uważamy to, że rzesze naszych młodych emigrantów doskonale sobie tam, u nich, Europejczyków, radzą. Lubimy myśleć, że nie kładą już papy, siedzą w bankach i agencjach reklamowych, jadają w dobrych restauracjach. Oni podobno nie są już ubogimi krewnymi, półbarbarzyńcami. My tutaj jeszcze tak.

Europa w paczce

Moje dorastanie przebiegało w cieniu bogatej ciotki Europy, której granice przedziwnie rozciągały się na Izrael (bo stamtąd docierały cytrusy). Nie bardzo wiedziałam, jak wygląda Europa, ale byłam pewna, że powinnam jej zazdrościć i do niej aspirować. Przyjeżdżała do nas w paczkach albo w opowieściach wujów i sąsiadów, którzy mieli okazję na chwilę wyrwać się do lepszego świata.

Ja i moi przyjaciele z podwórka urodziliśmy się na rok przed stanem wojennym, a wychowywaliśmy w poczuciu ubóstwa. Nie doświadczaliśmy go naprawdę, ale wisiało w powietrzu. Przywiezione przez ojca koleżanki żelki świadczyły dobitnie, że gdzieś tam jest rzeczywistość równie ekscytująca i słodka jak one. Większość naszych rodziców też jej nie widziała, ale coś w ich rozmowach, podsłuchanych przez nas, chowających się pod imieninowym stołem, mówiło nam, że tam jest eldorado.Przez pierwsze dziesięć lat życia zazdrościliśmy zaocznie, nie bardzo wiedząc czego. Ale potem Zachód stał się bardziej namacalny. Wpadł mi w ręce, gdy zdałam egzamin przed pierwszą komunią – ksiądz proboszcz wręczył mi paczkę owocowych pastylek Skittles. Mniej więcej w tym samym czasie Europa przyjęła postać drogich zeszytów z kolorowymi okładkami, jaskrawych flamastrów i tornistrów z działającym zegarem na klapie. Cała klasa przykładała ucho, żeby sprawdzić, czy tyka. Był rok 1991, pamiętam plakat zapowiadający 200-lecie Konstytucji 3 maja. Tej samej, która miała świadczyć o naszej historycznej przynależności do europejskiej rodziny i dawno wykupionym bilecie na salony demokracji. Plakat wisiał jeszcze długo, a my szybko się nauczyliśmy, że Europa to gratka nie dla każdego.Oglądaliśmy reklamy zabawek firmy Mattel z różową posiadłością lalki Barbie, do której Ken wjeżdżał windą. Ale nikomu nie śniło się jej mieć. Kiedy kilka lat temu moja przyjaciółka wspomniała, że dostała od rodziców taki domek i trzyma go gdzieś w pudle na strychu, zaparło mi dech. Nawet teraz nie odważyłam się poprosić, by go dla mnie rozłożyła. Jakbym wciąż znała swoje miejsce, które znajduje się w przedsionku.

Dzieci w klasie szybko podzieliły się na te, których rodzice korzystali z dobrodziejstw wolnego rynku nieśmiało, i te, których rodzice rzucili się w wir możliwości. Ten kolega od tornistra z zegarkiem był najbogatszym uczniem w szkole, miał tatę biznesmena. Gdy zaprosił nas do siebie, odbyliśmy pierwszą symboliczną podróż na Zachód. My, rezydenci mieszkań z wielkiej płyty, spędzający popołudnia na trzepaku, wkroczyliśmy do rozległej posiadłości wyposażonej w odtwarzacz wideo, kamerę i kuchenkę mikrofalową, z której wyjechał do nas europejski posiłek. Z pierogami ruskimi, barszczem ukraińskim i plackiem po węgiersku byliśmy za pan brat, ale nigdy nie widzieliśmy spaghetti bolognese. Wycieczka do Włoch stanowiła wyzwanie, makaron uciekał z widelca, smak Zachodu wydawał się nieuchwytny. Z poważnymi minami naśladowaliśmy gospodarza, nawijając makaronowe nitki za pomocą widelca i łyżki. Wróciłam do domu podekscytowana, z poczuciem, że zobaczyłam kawał świata.

Unia na sucho...

Świat to było coś zewnętrznego. Wszystko, co imponujące i wartościowe, znajdowało się tam. Podczas gdy Europejczycy mogli z tych bogactw korzystać do woli, my musieliśmy na nie zapracować i udowodnić, że jesteśmy ich warci. Przede wszystkim ucząc się języków obcych. Brak znajomości angielskiego oznaczał brak zawodowych perspektyw, a przy okazji najzwyklejszy wstyd. Włochom i Hiszpanom podobne kompleksy czy ambicje pozostają obce. Mogę im zarzucać arogancję albo zazdrościć poczucia wartości własnej kultury.

Ja przez prawie jedną trzecią dotychczasowego życia odczuwałam coś przeciwnego. Po 1989 r. tylko raz stałam w kolejce po cukier, za to codziennie rano ustawiałam się w kolejce do Europy. Razem z całym krajem czekałam na „wejście”, „przystąpienie”, „uzyskanie członkostwa”. Nerwowo nasłuchiwaliśmy pomruków z salonu, niepewni, zawstydzeni, może nawet upokorzeni. Zechcą nas czy nie? A jeśli tak, to kiedy? Musimy być przygotowani. Pokolenie naszych rodziców w zamian za otwarcie drzwi zaoferowało Europie własne dzieci. Siebie zwykle spisywali na straty, inwestując w nasz angielski, nasze studia, stypendia i podróże. Żebyśmy się dobrze prezentowali w tym wyrafinowanym świecie, mieli szanse i nie czuli się gorsi.

Chór polityków wtórował unisono: „przyszłość Polski leży w Europie”. A skoro przyszłością jesteśmy my, młodzi… W XXI wiek wkraczaliśmy pełni nadziei i świadomi obowiązków. W wyniku tej euforii do egzaminów na wydziały Stosunków Międzynarodowych i Politologii, które oferowały znajomość prawa międzynarodowego i unijnego, przystępowały tłumy. Większość z nas jako specjalizację wybierała europeistykę, licząc, że to pozwoli zrozumieć fenomen, którego częścią mieliśmy się wkrótce stać.Przez pięć lat z namaszczeniem wkuwaliśmy idee Schumana, historię instytucji wspólnotowych, procedury decyzyjne, tryb głosowań w unijnym parlamencie, zmiany zapisane w kolejnych traktatach. Wszystko w teorii, przekazywane przez wykładowców, którzy – z nielicznymi wyjątkami – nigdy nie pracowali w Brukseli. Kilku młodych doktorantów, którzy w unijnych instytucjach stażowali, nie zostawiało nam złudzeń: Unia Europejska sprowadza się do decyzji finansowych, kwalifikowania marchewki jako owocu, przepisów określających twardość asfaltu na autostradach. Wielka polityczna idea okazała się przedsiębiorstwem działającym według detalicznych ustaleń i zatrudniającym wyłącznie fachowców.Nam wolno było tylko pobawić się w Unię na sucho. Podczas uniwersyteckich debat imitowaliśmy obrady Parlamentu Europejskiego, odświętnie ubrani i na jeden dzień wyposażeni w obywatelstwo niemieckie, brytyjskie czy włoskie. Poza tym prawie każdy mógł sobie Europę wreszcie obejrzeć z bliska, wyjeżdżając na półroczne stypendium. Przypominało to lizanie cukierka na czas, ale stanowiło kolejny stopień wtajemniczenia.

... i w praktyce

Obserwuj wątek
    • leny20-4-7 Re: Koniec polskiego wstydu 23.11.12, 16:06
      ... i w praktyce

      Szczęśliwe rozwiązanie nadeszło, gdy byliśmy rok po studiach. Świętowałam z przyjaciółmi skromnie i z niedowierzaniem, oglądając wiwatujące tłumy w telewizji. Ojciec koleżanki wdrapał się na drabinę w ogrodzie i przybił do drzewa unijną flagę. Popijaliśmy szampana, kryjąc łzy wzruszenia.Już nie musimy jeździć do Londynu do roboty na czarno i drżeć na granicy o to, czy nas wpuszczą. Już nie trzeba wyskrobywać zaskórniaków, żeby wejść do Tate Modern – młodzi obywatele UE mają zniżki w muzeach. Możemy mieszkać w Szkocji i latać do domu kilka razy w roku. Godzinami rozmawiać z rodzicami przez Skype’a. I zapomnieć o scenie kończącej „300 mil do nieba”, gdy ojciec krzyczy kilkuletniemu synowi w słuchawkę: „Nie wracajcie, słyszysz?”.

      Dopiero teraz możemy odczarować Europę, spojrzeć na nią trzeźwo. A wcale nie jest to łatwe, bo hasłu „Zachód” wciąż przyporządkowane są wyłącznie komplementy. Gdy mówię o nim krytycznie, widzę unoszące się brwi. Nauczyliśmy się myśleć o sobie negatywnie, a wszystkich mieszkających na zachód od Odry odruchowo wrzucamy do wspólnego worka ogłady, wysokiej kultury, lepszych rozwiązań.

      – Widziałaś już zarzygane chodniki? – zapytał na powitanie znajomy. – Nie? To nie widziałaś Edynburga.

      Myślałam, że żartuje. Przecież Edynburg to perła Szkocji, gospodarz znakomitego festiwalu teatralnego. Ale o północy, gdy – zgodnie z rytmem tamtejszych weekendów – opuściłam pub, żeby przenieść się do nocnego klubu, zrozumiałam. Na ulicach były tłumy zalanych nastolatków, dziewczyny chwiały się półprzytomne i półnagie.

      Policjanci są przyzwyczajeni, nie interweniowali. Widziałam, jak uprzejmie wskazują drogę do nocnego autobusu chłopakowi, który ledwo bełkotał. W autobusie jakiś mężczyzna groził kierowcy, waląc pięściami w kuloodporną szybę dzielącą go od pasażerów. Kierowca bezskutecznie wzywał policję. Wreszcie dwóch zirytowanych panów wyrzuciło awanturującego się na chodnik, a kierowcy nakazało: – Jedź!

      Polscy przyjaciele, u których byłam w gościnie, zapewniali, że zwykle takie historie się nie zdarzają. Ale dzień wcześniej byliśmy w modnym klubie, w którym stoły i sofy były zalane piwem, a w toalecie wybijał klozet. Kelner poproszony o posprzątanie dla nas stołu, wręczył nam papierowe ręczniki. Pijany chłopak uderzył mojego kolegę w głowę, wybuchła bójka, ale ochroniarze zareagowali, gdy było po wszystkim. Za to gdy ktoś zapalił zapałkę, natychmiast zjawił się menedżer i upomniał nas, że obowiązuje zakaz palenia.

      Tak ustawione granice bezpieczeństwa i komfortu bulwersowały nie tylko mnie. – To ostatnie miejsce na ziemi, w którym chciałabyś wychowywać dzieci – oznajmiły jednogłośnie Kanadyjka i Polka, które przyjechały do Edynburga na stypendium. O brytyjskich dzieciach biorących narkotyki na szkolnych przerwach rozpisuje się światowa prasa, ja widziałam co innego. Dwóch pięciolatków samych na ulicy o 23, terroryzujących pełen ludzi autobus niewybrednymi żartami. Ode mnie chcieli pieniędzy, a kiedy odmówiłam, jeden z nich przyjął pozę gangstera z hiphopowych teledysków i krzyknął: – Na kolana, skurwysynu!

      Ranking bab w okienku

      W autobusie w Rzymie nie było niebezpiecznie, ale boleśnie brakowało zdrowego rozsądku i troski o ludzi. Był późny wieczór, trasa wiodła wąskimi uliczkami, na jednym z zakrętów kierowca zatrzymał się między źle zaparkowanymi samochodami. Mógł wycofać i pojechać inną drogą. Zamiast tego wyłączył silnik i zadzwonił po policję, by wypisała właścicielowi wozu mandat. W ciągu 45 minut radiowóz się nie zjawił, za to nadjechały dwa autobusy tej samej linii. Żaden z kierowców nie przejął pasażerów, nie skorzystał z objazdu. Spośród kilkudziesięciu osób tylko jedna Włoszka uznała sytuację za idiotyczną i – tak jak ja – poszła na pobliską stację kolejową. Reszta została, oczekując, aż problem rozwiąże się sam. U nas taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca – kierowca coś by poradził. Jeśli nie sam, to przymuszony przez pasażerów.

      Dzień później stałam pod rzymskim stadionem olimpijskim, czekając na koncert Madonny – kilkutysięczny tłum od rana tkwił w silnym słońcu, coraz bardziej wściekły. Po południu było nas już kilkadziesiąt tysięcy, a naprzeciwko – kilkunastu bezradnych carabinieri. Gdy wreszcie otworzyli bramy stadionu (dwie z kilkunastu), było blisko katastrofy. Gdyby w Polsce jakąkolwiek imprezę masową zorganizowano w ten sposób, następnego dnia gazety nie zostawiłyby na organizatorach suchej nitki. Włosi pisali tylko o tym, że Madonna znów obraziła papieża.

      Narzekamy na nasze postawy obywatelskie, jakość usług komunikacyjnych, nieudolność policjantów. Oczekujemy od siebie więcej, przekonani, że na Zachodzie wszystko wygląda lepiej. Może to wyobrażenie działa mobilizująco, ale jest zdezaktualizowane i zwyczajnie nieprawdziwe. Dużo mówimy o „fatalnej kondycji” i „zapaści” polskiej służby zdrowia. Ale to z Wysp Brytyjskich docierają najkoszmarniejsze i groteskowe opowieści o opiece medycznej, a raczej jej braku. Moja ciężarna znajoma trafiła do lekarza z zapaleniem oskrzeli, a ten zalecił inhalacje z gorącej wody. Ginekolog nie widział potrzeby skierowania jej na badanie USG. Gdy kolega, zatrudniony na czarno w Londynie, zjawił się w Warszawie bez kilku zębów, tłumaczył: wyrwać było taniej, niż leczyć. Ale i teraz, gdy jest ubezpieczony, woli przylatywać do przychodni w Warszawie.Także polskie historie o nieuczynnych „babach w okienku” wypadłyby w europejskim rankingu blado. Przyjaciółka przysłała mi z Tuluzy wieloodcinkową epopeję o tym, jak próbowała we francuskim banku dokonać wpłaty na konto. Zajęło to kilka dni i wtedy zrozumiała, dlaczego Francuzi mają tak długie urlopy – połowę wykorzystują na wizyty w urzędach. Resztę – na studiowanie aktualizowanego co miesiąc przewodnika po zasiłkach, subwencjach i dotacjach. – A najgorsze, że za każdym razem, kiedy ktoś próbuje tu coś zmienić, organizują strajk i wszystko staje! – zakończyła.

      Poza tym Europa cierpi z powodu dolegliwości, które nas nie dotyczą. Podczas niedawnego spaceru po Paryżu obserwowałam wieloetniczne tłumy. Afrykańscy imigranci oferują breloczki w kształcie wieży Eiffla, ale to oni stanowią dziś najtrafniejszy symbol miasta. Podróżując naziemnymi liniami metra, łatwo zauważyć, że miasto jest podzielone na rasowe i narodowe dystrykty – na jednej stacji wsiadają Hindusi, na kolejnej Afrykańczycy, na następnej – sami Francuzi.

      Obietnica in blanco

      W wielonarodowej masie trudno utrzymać poczucie tożsamości. Mieszają się systemy wartości, wyznania i normy obyczajowe. Współistnieją na rzecz wolności i tolerancji, ale kosztem zacierania granic i częściowej amnezji. Kilka lat temu znajomy dostał stypendium na prestiżowej uczelni artystycznej w Londynie. Wyjeżdżał do świata liberalnego, gdzie nikt nie będzie piętnował jego homoseksualizmu. W rodzinnym mieście na południu Polski tego komfortu by nie miał. Ale to co kiedyś nazywał otwartym społeczeństwem, dziś utożsamia z otępiałą masą. Okazało się, że polski tradycjonalizm i obyczajowa zaściankowość, od których chciał się uwolnić, niosą ze sobą coś bezcennego. Coś, bez czego jako artysta czuje się niepotrzebny: – W Polsce ludzi można jeszcze czymś poruszyć, zdziwić, nawet oburzyć. Już nie mogę patrzeć na te pozbawione wyrazu londyńskie gęby, które wszystko widziały. Nic nie robi na nich wrażenia, nic nie czują.

      Rozumiem jego rozgoryczenie. Ja też uwierzyłam, że tam, gdzie jest więcej możliwości i pieniędzy, jakość życia musi być lepsza. Perspektywa Europy, którą byliśmy karmieni, przeistoczyła się w poważną obietnicę – weksel na przyszłe szczęście, gwarantowany przez polskie autorytety. Jeden z naszych wybitnych aktorów, który w latach 80. wyemigrował do Francji, mówił mi, że woli Paryż od Warszawy, bo tam jeszcze nigdy nie zabrudziły m
      • leny20-4-7 Re: Koniec polskiego wstydu 23.11.12, 16:12
        Trzeba uważać, co się młodym opowiada. Nawet teraz, gdy na własne oczy zobaczyłam, że między Polską a Europą nie ma przepaści, mój nowy patriotyzm jest postawiony na głowie. Zaczynam lubić mój kraj za to, że nie jest tak zły, jak go sami namalowaliśmy. "

        ----------------------------

        W tym optymistycznym kontekście polecam:

        Vice versę i Filipozę o GMO:

        forum.gazeta.pl/forum/w,17007,111700110,111748121,Boze_wybacz_im_bo_nie_wiedza_co_czynia.html
        forum.gazeta.pl/forum/w,17007,111700110,111742509,GMO_kwestie_techniczne.html
        pewnien cytat z publicystyki Ziemkiewicza, którego tutaj już zlinczowano bo "genetycznie patriotyczny" więc wiadomo, że guuupi, a do tego przekłamuje:

        "Jeśli chcemy doprowadzić „dobrych ludzi” do czynienia zła, pierwszym krokiem jest stworzenie podziału, wyodrębnienie i jasne pokazanie wroga, drugim – stworzenie poczucia zagrożenia z jego strony, trzecim – sprowokowanie agresji, czwartym – wprowadzenie autorytetów (rola autorytetu jest tu obok poczucia zagrożenia kluczowa) wyjaśniających, że wróg ponosi winę za wszystkie nieszczęścia spadające na „dobrych”, piątym – stworzenie poczucia bezkarności poprzez obciążenie wroga całą winą za konflikt… "


        i siebie samego w kwestii "prawicowego zwyrodnialca" Nicponia: forum.gazeta.pl/forum/w,17007,140665354,140675885,Jasiek_sprawa_jest_arcybolesnie_prosta.html



        • bagracz Re: Koniec polskiego wstydu 24.11.12, 00:09
          leny20-4-7 napisał:

          > jak go sami namalowaliśmy.

          To akurat jest nieprawda ale mniejsza. Powoli chyba lemingi zaczynają się wybudzać z matrixa. Tworzony obraz zbyt różni się od rzeczywistości. I różnice się cały czas powiększają.
          W końcu ile można jechać na obiecankach? Nawet bez porządnej ideologii?
          Że Kaczyński trzyma rząd Tuska przy życiu? Owszem. Problem tylko w tym, że to ciągłe zwalanie winy na Kaczyńskiego jest już tak absurdalne, że lemingi zaczynają to dostrzegać.
          Może te mniej kumate jeszcze nie. Ale to kwestia czasu.
          Bez masełka na takim koniku się daleko nie zajedzie. A masełka nie ma i nawet chlebka może niedługo zabraknąć.
          • leny20-4-7 Re: Koniec polskiego wstydu 24.11.12, 00:57
            Kolego,

            nie lubię tego określenia per leming/i. prawdopodobnie także dlatego, że zdefiniowanie tego sowa jest tak pojemne, że KAŻDEGO można do zbioru zakwalifikowac. zgodnie ze stereotypem leming nie wybudza się aż do końca...do momentu tragedii. dlatego nie wiem skąd Twój optymizm ( po prawdzie osłabiony tym "chyba") dotycząc powolnego wybudzania kogokolwiek w tym kraju.

            dysonans poznawczy był, jest i będzie. ratunkiem dla wielu jest poszukiwanie kozła ofiarnego...a precyzyjniej "kaczki". furda, że nie ma wpływu na kierunek rządzenia/administrowania od 5 lat. Gdyby nie "ona" to doszłoby do bardzo poważnych zaburzeń i mit "skoku cywilizacyjnego" vel szklanych domów Tuska już dawno prysłby ( dawno czyli np. rok temu).

            zgadzam się, że wszystko opiera się albo na strachu albo na maśle. gdy zabraknie tego drugiego to zostaną tylko armaty. teraz jeszcze jest i raczej będzie. "przyśpieszenie spowolnienia" będzie najdotkliwsze ( według mnie, a ja jestem "durniem" w tych sprawach pamiętaj) w 1Q. jeśli Premier przetrzyma napór maślanych brutusów to może dociągnie jeszcze z rok zanim to się wszystko...nie zakonczy hepi endem.

            w tej chwili cieszymy sie, że gonimy "zachód". ja także się cieszę!!! boli mnie tylko to, że doganiamy ich bo oni obniżyli sobie na wielu polach poprzeczkę. w sumie tyle.

            pozdrowienia,
            • bagracz Re: Koniec polskiego wstydu 24.11.12, 09:42
              leny20-4-7 napisał:

              > nie lubię tego określenia per leming/i.

              Lemingi to tylko polski odpowiednik anglosaskiego Sheeple. Całkiem niezły zresztą.
              To pojęcie jest, moim zdaniem, jak najbardziej przydatne i użyteczne.
              Dla społeczeństwa oczywiście. Dla władzy już mniej. Dla władzy jest szkodliwe.
              Oparte jest ono o zespół zjawisk społecznych, które powodują, że człowiek zawierza opiniom
              innych ludzi i podobnie do innych postępuje. To kręgosłup cywilizacji i każdego społeczeństwa.
              Czyli coś bardzo pożytecznego.
              Ale jak to zwykle bywa z rzeczami pożytecznymi. Mogą one być wykorzystane w złych celach.
              Tak i tutaj, zjawiska te, mogą byc wykorzystywane przez jednych, przeciwko drugim.
              Płatni klakierzy w teatrach są tego żywym dowodem. Cały przemysł reklamowy pełną garścią
              z tego korzysta. Dziwne by było, gdyby nie wykorzystywali tego władcy. Prawda?
              Oczywicie, że wykorzystują! A jeśli tak robią, to mogą działać również, w celu osiągnięcia
              własnych korzyści, kosztem społeczeńtwa. I wtedy, gdy władze wykorzystują to zjawisko do osiągania własnych korzyści, kosztem społeczeństwa. Wtedy właśnie pojęcie leming/sheeple staje się użyteczne i doskonale opisujące rzeczywistość. Staje się narzędziem w reakcjach obronnych społeczeństw.
              Nikt nie nazwie ludzi czytających książki, biorących dobre przykłady od innych, lemingami.
              Nikt nie nazwie lemingami ludzi, którzy wierzą, że nie należy zabijać innych, że trzeba dbać
              o kondycję, kształcić się itp. Mimo, że takie postawy są lansowane przez władze.
              Sytuacja zmienia się całkowicie, gdy władze usiłują narzucić wizję rzeczywistości, poglądy
              , które stoją w sprzeczności ze zdrowym rozsądkiem i tym co społeczeństwo obserwuje.
              A z taką sytuacją mamy obecnie doczynienia.
              Lenny, nie uważam zatem, by pojęcie leming było niewłaściwe. Ale można go nielubić bo oznacza, że jesteśmy w fazie robienia kisielu z mózgów publice. I frustracji, że publika tak łatwo to łyka.
              Ale nie ma się co frustrować, bo tak już jest.
              Lemingi zawsze łatwo łykały wizje rzeczywistości budowane przez władze. I zawsze będą.
              Na tym opierają się mechanizmy władzy.
              A faza obecna dlatego tylko wydaje się tak ostra, że jest ostra.
              Jeśli następuje stałe pogłębianie dysonansu między obserwowaną rzeczywistością a lansowaną przez władze to oznacza jedno. Władze tracą kontrolę nad faktyczną rzeczywistością.
              Można tą kontrolę próbować zachować siłą. I to też się dzieje.
              Ale to kompromituje na dłuższą metę, rzeczywistość lansowaną. Pół biedy gdy podlane jest to
              ideologicznym sosem, w perspektywie obiecuje jakieś gruszki na wierzbie i faktycznie się coś poprawia. Przynajmniej w wybranych obszarach.
              Tak jednak nie jest obecnie. I dobrze wiesz dlaczego. Dlatego jestem optymistą co do samej kompromitacji medialnej rzeczywistości. To się już powoli dzieje. Sprawa zmiany władzy i powrotu do normalności to jednak zupełnie inna historia.
              • nsfast Re: Koniec polskiego wstydu 24.11.12, 16:20
                Obawiam się, że w tym wypadku jest to raczej zapożyczenie z popularnej gry komputerowej pl.wikipedia.org/wiki/Lemmings Gdyby PiS-owcy byli wykształceni i/lub mieszkaliby w wielkich miastach to użyliby określenia "konformiści". No ale nie są, więc są bardziej podatki na neologizmy wszelkiej maści. Zresztą, kazda rewolucja do walki musi mieć na podorędziu parę pojęć, którymi nawet najgłupszy jej uczestnik może w razie potrzeby lać jak cepem.
                • bagracz Re: Koniec polskiego wstydu 24.11.12, 16:52
                  A ja myślę, że to tacy jak Ty są głupi
    • byly-kadi Swiat zdziadzial. 23.11.12, 17:20
      Coz ….
      Niestety, swiat dzis jest , my dear Lenny, dziadowski. Normalnie, dziadowski.
      Pamietam gadki juz tu w USA z kolsiami, ktorzy przyjechali do USA „na azyl”, bo siedzieli w obozach juz po 3 lata- nie udalo sie do Europy Zachodniej, Australii, kanady. USA to byla ostatecznosc, bo w USA trzeba bylo ISC DO PRACy. I tak to do dzis trwa, ta szalona ucieczka , wedrowki ludow, zeby sie dorwac do koryta i zeby juz nie trzeba bylo pracowac, tylko by mozna sie bylo lenic do konca zycia. Nie wstyd juz byc dziadem, nierobem, leniem. Co kieruje polityka panstw, kiedys zapewniajacych dostatek swym obywatelom, a dzis wpuszczzjacych zakapturzona holote z drugiego konca swiata, madlaca sie do jakiegos nikomu nie znanego bostwa kleczaca na dywaniku , ktora od razu wali po darmoche?
      Dzis, niecale cwierc wieku poznij, nie trzeba tyrac i w USA. Jesli komus wystarczy micha byle czego, szmata na grzbiet i mieszkanie po 3 w pokoju, to moze sobi w USA zyc jak paczek w masle.
      Stad wlasnie hordy smoluchow w Paryzu, dziadowizna rumunska w Czechach, Turasy w Niemczech i dzielnice takie, ze strach sie bac nawet w srodku dnia.
      Ja, Lenny, mam pewna satysfakcje, bo ci eurodebile sami sobie te kaszane zgotowali. Wychodza z domu i lawirujac miedzy zebrakami ida na zakupy do centrum ,gdzie dostana w pape od pijanego araba.
      A co do Polski to racja, ale Polak sie nigdy z kompeksuow nie wyeleczy, wiec po co walczyc z wiatrakami ?
      • dorota_333 Mów za siebie :) 23.11.12, 23:11
        > A co do Polski to racja, ale Polak sie nigdy z kompeksuow nie wyeleczy, wiec po
        > co walczyc z wiatrakami ?

        Z jakich kompleksów, Kadi? Podział na zakompleksionych i normalnych przebiega nie narodowo, tylko wewnątrz społeczeństwa, klasowo, że tak powiem smile W KAŻDYM narodzie.

        • nowy-kadi Re: Mów za siebie :) 24.11.12, 03:31
          Z waszych, tych polskich. Od samej gory az do totalnego dolu. Nie mam 3 dni czasu na pisanie powiesci na ten temat. ostatnim wypryskiem komleksu narodowego byl niejaki Drymlajna.
          Etiopia nie robila takiej hecy z powodu jednego samolotu.
          • dorota_333 Re: Mów za siebie :) 24.11.12, 16:16
            Kadi, bardzo szybko zmienia się nastawienie Polaków do świata. Kilka ostatnich lat to jest duża emigracja i sporo jeżdżenia wakacyjnego - każdy ma rodzinę i/lub znajomych na Zachodzie lub sam tam pracował. Nie ma żadnych barier i totalnie NIE widzę kompleksów. Może ludzie, którzy nie jeżdżą lub nie mają innego kontaktu potwierdzają Twoją tezę; ale to są naprawdę doły społeczne.

            Artykuł Pauliny Wilk pamiętam czytałam kilka lat temu - i od tego czasu proces wyzbywania sie kompleksów mocno przyspieszył.

            Przykład: w zeszłym roku rozmawiałam z kuzynką mieszkającą w Londynie o zamieszkach, które tam wybuchły (podpalenia, grabieże, kilka ofiar śmiertelnych). I ona mi mówi: ale to w innej dzielnicy było, u mnie jest spokojnie. Zaczęłam się śmiać, wyszło niezręcznie. Ale co mam jej powiedzieć: żyjesz w stadzie psów? No bo taka jest prawda. Jakie ja mogę mieć kompleksy widząc masowe grabieże w Londynie?

            A co do Dreamlinera: narodowy przewoźnik sprowadził sobie najnowocześniejszą maszynę, to i oprawa medialna musiała być. Najnormalniejszy w świecie szum marketingowy: trza zachwalić co się ma.

            PS. Jeżeli sprawia Ci przyjemność myśleć, że Polacy czegoś Ci zazdroszczą lub że czują się gorsi (bo do tego miałyby się te "kompleksy" sprowadzać), to oczywiście dla własnej higieny psychicznej myśl tak sobie. Że to odległe od rzeczywistości, to inna sprawa.
            • nowy-kadi No to teraz moj przyklad. 25.11.12, 15:47
              Siedze sobie w sobote wieczor w sopockim Cafe Ferber, na Monciaku, na przeciwko Krzywego Domku. To znaczy stoje przy barze i pije jedyne piwo ktore w Sopocie sie da pic. Wypilem wlasnie jedno i zabieram sie za drugie. Bar dosc zapakowany, sporo ludzi stoi. Dwa metry ode mnie 4 mlodych Angoli z Londynu. Zdarzylem to w minute wylapac, bo glosno gadali. 20 + , murarze z budowy na dziwkach w 3M? A moze studencioki tylko wodka im rozmyla mordy ?
              Nagle jednemu przestaje sie podobac moja twarz. Ta strona baru juz robi sie pusta, bo nie wszystkim pasuja ci klienci,rozlewaja piwo, chwieja sie , wiara sie odsuwa dalej i luka spod oka. Ja stoje, bo udaje Polaka ; ) i JA JESTEM U SIEBIE W POLSCE I NIE BEDE sie gial przed Angolem ani mu ustepowal, zeby mogl spokojnie narzygac w moim polskim barze. Zalozmy, na czole nie mam wypisane gdzie wole mieszkac.
              W soboty na drzwiach w Ferberze stoja bouncerzy. Zawsze grzeczni, mili, nigdy mi nie robili problemow z wejsciem a pijanych albo brudasow czesto nie wpuszczaja.
              Trzezwiajszy Angol podchodzi do mnie, ten co najbardziej agresywnego uspokajal i mowi, zebym poszedl gdzie indziej, bo bedzie awantura. Grzecznie mowie ze nie ide nigdzie bu lubie to miejsce, soryy pomidory.
              I co? Ano tamten Angol sie robi agresywny na max, dwoch go lapie i uspokaja, a on teraz juz drze morde ze J A MAM WYPIERDLALAC. Ochrona nic. Stoja dwa metry od nas , przy wejsciu. Wreszczie reaguja . Podchodza DO MNIE, usmiechnietego, dobrze ubranego, spokojnego pacjenta w srednim wieku i PROSZA MNIE ZEBYM WYSZEDL.
              Kumasz czacze? Ja mam wyjsc. Nawet sobie nei probuje wyobrazic takiej sytuacji w USA.....ani na tenprzyklad- w UK. Za dodatkowa stowe w kieszen bouncerzy uspokoili by moich interlokutorow na kilka miesiecy.
              Wasze narodowe kompleksy nizszosci maja 1000 lat i beda zyly do konca swiata. I tu nie ma nic do rzeczy jak bardzo wyprzedzicie ten Zachod w poziomie zycia, zarobkow czystosci ulic i tylka. Nie ma zadnego znaczenia.
              Okazyjnie wyskoczy cos komicznego, taka sloma z butow jakiemus decydentowi z otwocka ktory sie w Wawce wybil na decydenta , jak ten samolot, jeden na 37 milionow luda i bedzie troche smiechu.
              • dorota_333 Re: No to teraz moj przyklad. 26.11.12, 10:55
                Kadi, to nie była żadna dyskryminacja Polaka. Chodziło o coś dużo bardziej banalnego: ochrona uznała, że na tych 4 ciołkach lokal zarobi znacznie więcej niż na Tobie, a jak zaczną się awanturować, to sie ich spacyfikuje. I może nie warto pić w spelunie, gdzie się normalnego klienta wyprasza.

                Jest pewna ambiwalencja co do pijanych Brytoli w Polsce. Wszyscy uważają ich za kompletne bydło, ale są tolerowani przez restauratorów, bo zostawiają pieniądze. Czasami ktoś z miejscowych obije im mordę. Trafiłeś akurat na dzień, w którym nikt taki się nie trafił, boby się skończyło inaczej.
                • nowy-kadi Re: No to teraz moj przyklad. 26.11.12, 13:18
                  dorota_333 napisała:

                  > Kadi, to nie była żadna dyskryminacja Polaka. Chodziło o coś dużo bardziej bana
                  > lnego: ochrona uznała, że na tych 4 ciołkach lokal zarobi znacznie więcej niż n
                  > a Tobie, a jak zaczną się awanturować, to sie ich spacyfikuje.

                  A widzisz ! To tylko wmacnia ma teze, ze jestescie narodem skundlonym. Wyrzucic na oczach lokalu trzezwego i spokojnego klienta, w ktrorym cudzoziemcow i Polakow bylo 50/50 by zarobic na pijanym cudzoziemcu. Na calym swiecie wyrzuca sie pijanych niechlui, dla bezpieczenstwa reszty klubu i nikt nie patrzy na pare groszy. Zreszta ( glupota po raz 1) straci sie na tych co wyjda nie nie lubia smrodu i wrzasku.
                  I glupim- jakbym dostal w ryja od smierdzielq, to bym nie popuscil, poki CF nie poszedlby z torbami. A jest z czego rwac, to zdaje sie wlasnosc jakiiejs celebrytki wink . A sprawe zalozylbym w USA ; ) jak ci z samolotu kapitana Wrony....
                  • dorota_333 Re: No to teraz moj przyklad. 26.11.12, 14:08
                    Zgoda co do tego, że klub, do którego chodzisz źle określa docelowego klienta. To sie na nich zemści.

                    Natomiast co do sądzenia się z właścicielką w Stanach - przyjemnie będzie to poobserwować, ale jest możliwe tylko, gdyby ona miała jakieś interesy w Stanach. Chyba przeceniasz zakres właściwości miejscowej sądów amerykańskich smile
    • poszi Chochoły 25.11.12, 11:20
      Ten artykuł to klasyczna "walka z chochołem". Najpierw wymysł całkowicie nieprawdziwą i absurdalną tezę (że Zachód to był/jest raj), a potem ją pracowicie obalaj.

      Zachód to nigdy nie był raj, duże miasta zawsze miały patologie. Nie wszystko na Zachodzie działa świetnie. Polska to też nie był ani nie jest kraj Trzeciego Świata.

      Ale twierdzenie, że już nie mamy żadnego dystansu do Zachodu to jest bzdura piramidalna. Dystans się zmniejszył, to fakt, (o czym by można było napisać nawet ciekawy artykuł), ale nie zniknął i jeszcze długo nie zniknie.

      I nie rozumiem, co maja fakty do kompleksów?
      • bagracz Re: Chochoły 25.11.12, 14:29
        poszi napisał:

        > Ten artykuł to klasyczna "walka z chochołem". Najpierw wymysł całkowicie niepra
        > wdziwą i absurdalną tezę (że Zachód to był/jest raj), a potem ją pracowicie ob
        > alaj.

        To nie była teza ale mit. I tego mitu nie wymyśliła autorka. Powstał z powodu rozjazdu między rzeczywistością tzw. krajów socjalistycznych a tzw. Zachodem. Idealizowanym Zachodem dodajmy. Autorka walczy tylko z tą idealizacją. Szkoda, że tylko na takim poziomie ta walka. Bo kretyńskie teksty, jakie się często czyta, w masmediach, o tym jak to śmieją się z nas na Zachodzie z tego czy owego powodu, również zasługują na ostrą ripostę. Bo też korzystają z tego mitu i go utrwalają.
        Zamiast tego jednak, aktywiści obecnej kliki rządzącej, z lubością używają tego rodzaju "argumentacji" dla idiotów.
      • frusto Re: Chochoły 03.12.12, 14:33
        poszi napisał:

        > Ten artykuł to klasyczna "walka z chochołem". Najpierw wymysł całkowicie niepra
        > wdziwą i absurdalną tezę (że Zachód to był/jest raj), a potem ją pracowicie ob
        > alaj.
        Nie, teza to jest "wśród Polaków pokutował mit, że..."

        > Zachód to nigdy nie był raj, duże miasta zawsze miały patologie. Nie wszystko n
        > a Zachodzie działa świetnie.

        To prawda, ale np. ja długi czas uważałem, że tam to musi być, och jak pięknie. Potem myślałem, że wprawdzie w Wlk Brytanii jest syf, ale w Szwajcarii no to wiadomo - och jak pięknie tam musi być. A gdy zwiedziłem popstrzone graffiti muray Bazylei, to stwierdziłem, że owszem, jest tam ładniej, piękniej, czyściej, ale jest to jednak różnica tylko w ilości, a nie w jakości.

        > Ale twierdzenie, że już nie mamy żadnego dystansu do Zachodu to jest bzdura pir
        > amidalna. Dystans się zmniejszył, to fakt, (o czym by można było napisać nawet
        > ciekawy artykuł), ale nie zniknął i jeszcze długo nie zniknie.

        Zniknie, ale nie dlatego, że nam się polepszy, ale dlatego, bo im się pogorszy. No chyba, że taka Francja poradzi sobie z zintegrowaniem imigrantów, że potomkowie imigrantów będą mieli taką samą kulturę jak natywni Francuzi, a ich obecność nie zacznie wywoływać konfliktów (1/3 dzieic rodzących się obecnie we Francji europejskiej to potomkowie emigrantów, nie licząc departamentów zamorskich)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka