leny20-4-7
23.11.12, 15:58
Trochę mnie nie było bo "uszedłem w odstawku" zniechęcony tym co się wypisuje na moim ulubionym Forum. Dziś wracam i zaczynam optymistycznie! Polecam czytając przenosić poszczególne "wstydy" do współczesnych bolączek tych urojonych i tych realnych.
Zaczynam textem Pauliny Wilk z 03-10-2008 www.rp.pl/artykul/61991,199888_Koniec__polskiego__wstydu.html
"Ostatnio każda podróż do Europy leczy mnie z kompleksów. Z wyuczonego poczucia niższości i wiary w mit Zachodu. Miasta, które dziesięć lat temu wprawiały mnie w zachwyt, teraz rozczarowują
Rzym jest brudniejszy niż Warszawa. Wieczorami w centrum Amsterdamu koczuje więcej narkomanów niż na Dworcu Centralnym. Paryż, kolebka równości i braterstwa, przypomina miasto porżnięte na etniczne sektory. Przez Edynburg w nocy przewalają się hordy pijanych nastolatków. A w Londynie coraz trudniej czuć się bezpiecznie.
Europa jest nie tylko wspaniała. Ma się czego wstydzić. Ale za wszystkich (i w nadmiarze) wstydzimy się my. Wciąż wyrzucamy sobie zaściankowość, konserwatyzm, zacofanie. Od czterech lat jesteśmy w Unii Europejskiej, ale sami podcinamy sobie skrzydła, powtarzając, że ekonomicznie ciągniemy się dwie, trzy dekady w tyle. A za powód do dumy uważamy to, że rzesze naszych młodych emigrantów doskonale sobie tam, u nich, Europejczyków, radzą. Lubimy myśleć, że nie kładą już papy, siedzą w bankach i agencjach reklamowych, jadają w dobrych restauracjach. Oni podobno nie są już ubogimi krewnymi, półbarbarzyńcami. My tutaj jeszcze tak.
Europa w paczce
Moje dorastanie przebiegało w cieniu bogatej ciotki Europy, której granice przedziwnie rozciągały się na Izrael (bo stamtąd docierały cytrusy). Nie bardzo wiedziałam, jak wygląda Europa, ale byłam pewna, że powinnam jej zazdrościć i do niej aspirować. Przyjeżdżała do nas w paczkach albo w opowieściach wujów i sąsiadów, którzy mieli okazję na chwilę wyrwać się do lepszego świata.
Ja i moi przyjaciele z podwórka urodziliśmy się na rok przed stanem wojennym, a wychowywaliśmy w poczuciu ubóstwa. Nie doświadczaliśmy go naprawdę, ale wisiało w powietrzu. Przywiezione przez ojca koleżanki żelki świadczyły dobitnie, że gdzieś tam jest rzeczywistość równie ekscytująca i słodka jak one. Większość naszych rodziców też jej nie widziała, ale coś w ich rozmowach, podsłuchanych przez nas, chowających się pod imieninowym stołem, mówiło nam, że tam jest eldorado.Przez pierwsze dziesięć lat życia zazdrościliśmy zaocznie, nie bardzo wiedząc czego. Ale potem Zachód stał się bardziej namacalny. Wpadł mi w ręce, gdy zdałam egzamin przed pierwszą komunią – ksiądz proboszcz wręczył mi paczkę owocowych pastylek Skittles. Mniej więcej w tym samym czasie Europa przyjęła postać drogich zeszytów z kolorowymi okładkami, jaskrawych flamastrów i tornistrów z działającym zegarem na klapie. Cała klasa przykładała ucho, żeby sprawdzić, czy tyka. Był rok 1991, pamiętam plakat zapowiadający 200-lecie Konstytucji 3 maja. Tej samej, która miała świadczyć o naszej historycznej przynależności do europejskiej rodziny i dawno wykupionym bilecie na salony demokracji. Plakat wisiał jeszcze długo, a my szybko się nauczyliśmy, że Europa to gratka nie dla każdego.Oglądaliśmy reklamy zabawek firmy Mattel z różową posiadłością lalki Barbie, do której Ken wjeżdżał windą. Ale nikomu nie śniło się jej mieć. Kiedy kilka lat temu moja przyjaciółka wspomniała, że dostała od rodziców taki domek i trzyma go gdzieś w pudle na strychu, zaparło mi dech. Nawet teraz nie odważyłam się poprosić, by go dla mnie rozłożyła. Jakbym wciąż znała swoje miejsce, które znajduje się w przedsionku.
Dzieci w klasie szybko podzieliły się na te, których rodzice korzystali z dobrodziejstw wolnego rynku nieśmiało, i te, których rodzice rzucili się w wir możliwości. Ten kolega od tornistra z zegarkiem był najbogatszym uczniem w szkole, miał tatę biznesmena. Gdy zaprosił nas do siebie, odbyliśmy pierwszą symboliczną podróż na Zachód. My, rezydenci mieszkań z wielkiej płyty, spędzający popołudnia na trzepaku, wkroczyliśmy do rozległej posiadłości wyposażonej w odtwarzacz wideo, kamerę i kuchenkę mikrofalową, z której wyjechał do nas europejski posiłek. Z pierogami ruskimi, barszczem ukraińskim i plackiem po węgiersku byliśmy za pan brat, ale nigdy nie widzieliśmy spaghetti bolognese. Wycieczka do Włoch stanowiła wyzwanie, makaron uciekał z widelca, smak Zachodu wydawał się nieuchwytny. Z poważnymi minami naśladowaliśmy gospodarza, nawijając makaronowe nitki za pomocą widelca i łyżki. Wróciłam do domu podekscytowana, z poczuciem, że zobaczyłam kawał świata.
Unia na sucho...
Świat to było coś zewnętrznego. Wszystko, co imponujące i wartościowe, znajdowało się tam. Podczas gdy Europejczycy mogli z tych bogactw korzystać do woli, my musieliśmy na nie zapracować i udowodnić, że jesteśmy ich warci. Przede wszystkim ucząc się języków obcych. Brak znajomości angielskiego oznaczał brak zawodowych perspektyw, a przy okazji najzwyklejszy wstyd. Włochom i Hiszpanom podobne kompleksy czy ambicje pozostają obce. Mogę im zarzucać arogancję albo zazdrościć poczucia wartości własnej kultury.
Ja przez prawie jedną trzecią dotychczasowego życia odczuwałam coś przeciwnego. Po 1989 r. tylko raz stałam w kolejce po cukier, za to codziennie rano ustawiałam się w kolejce do Europy. Razem z całym krajem czekałam na „wejście”, „przystąpienie”, „uzyskanie członkostwa”. Nerwowo nasłuchiwaliśmy pomruków z salonu, niepewni, zawstydzeni, może nawet upokorzeni. Zechcą nas czy nie? A jeśli tak, to kiedy? Musimy być przygotowani. Pokolenie naszych rodziców w zamian za otwarcie drzwi zaoferowało Europie własne dzieci. Siebie zwykle spisywali na straty, inwestując w nasz angielski, nasze studia, stypendia i podróże. Żebyśmy się dobrze prezentowali w tym wyrafinowanym świecie, mieli szanse i nie czuli się gorsi.
Chór polityków wtórował unisono: „przyszłość Polski leży w Europie”. A skoro przyszłością jesteśmy my, młodzi… W XXI wiek wkraczaliśmy pełni nadziei i świadomi obowiązków. W wyniku tej euforii do egzaminów na wydziały Stosunków Międzynarodowych i Politologii, które oferowały znajomość prawa międzynarodowego i unijnego, przystępowały tłumy. Większość z nas jako specjalizację wybierała europeistykę, licząc, że to pozwoli zrozumieć fenomen, którego częścią mieliśmy się wkrótce stać.Przez pięć lat z namaszczeniem wkuwaliśmy idee Schumana, historię instytucji wspólnotowych, procedury decyzyjne, tryb głosowań w unijnym parlamencie, zmiany zapisane w kolejnych traktatach. Wszystko w teorii, przekazywane przez wykładowców, którzy – z nielicznymi wyjątkami – nigdy nie pracowali w Brukseli. Kilku młodych doktorantów, którzy w unijnych instytucjach stażowali, nie zostawiało nam złudzeń: Unia Europejska sprowadza się do decyzji finansowych, kwalifikowania marchewki jako owocu, przepisów określających twardość asfaltu na autostradach. Wielka polityczna idea okazała się przedsiębiorstwem działającym według detalicznych ustaleń i zatrudniającym wyłącznie fachowców.Nam wolno było tylko pobawić się w Unię na sucho. Podczas uniwersyteckich debat imitowaliśmy obrady Parlamentu Europejskiego, odświętnie ubrani i na jeden dzień wyposażeni w obywatelstwo niemieckie, brytyjskie czy włoskie. Poza tym prawie każdy mógł sobie Europę wreszcie obejrzeć z bliska, wyjeżdżając na półroczne stypendium. Przypominało to lizanie cukierka na czas, ale stanowiło kolejny stopień wtajemniczenia.
... i w praktyce