klip-klap
25.10.04, 15:49
Mozna sie bylo spodziewac czegos takiego po TP. Program Pospieszalskiego jest
stronniczy,ale w odcinku o teczkach, przedstawiciele GW mieli wiele czasu by
przedstawic swoje argumenty. Byly slabe i tego autorka felietonu przebolec nie
moze. Bo chcialaby by byly o takiej samej sile z obu stron. Ale dlaczego
mialyby byc takie ? Prawda lezy tam gdzie lezy,niekoniecznie posrodku. Nie
miesci sie tej pani w glowie,ze zwolennicy lustracji moga miec racje.
Oszolomstwo sie bezczelnie panoszy,trzeba wiec takie felietony pisac.
--
Czy na pewno warto rozmawiać?
Józefa Hennelowa
Zastępca redaktora naczelnego "Tygodnika Powszechnego"
Zaroiło się nie tylko w radio, lecz i w telewizji od programów
publicystycznych. To z reguły różne rodzaje rozmowy. Ale czy na pewno? Te
wywiady, dialogi, debaty, spowiedzi, linie specjalne, konfrontacje, pytania. Z
publicznością i bez, z głosowaniami odbiorców i sondażami. Na co tak naprawdę
może liczyć słuchacz przy mikrofonie, widz przed ekranem, gość na widowni?
Na ciekawą wymianę myśli czy na spektakl przypominający przesłuchanie? Na
pokaz stuprocentowych racji jednej strony czy na pojedynek wrogów
zacietrzewionych w powtarzaniu swojego zdania bez próby zrozumienia stanowiska
innego niż własne? Człowiek przekonany, że posiada już na wejściu całą prawdę,
rozmawiać nie będzie, co najwyżej przemawiać. Człowiek uznający zdanie inne
niż własne za podejrzane albo wręcz szkodliwe, nie wysłucha go spokojnie nawet
przez minutę. Bez ciekawości dla cudzych myśli szkoda nawet siadać do rozmowy.
Kiedyś dyskurs wymagał najpierw rekapitulacji tez usłyszanych, zanim się
przystąpiło do prezentowania własnego zdania.
A w żadnym razie pogląd, z którym mówiący się nie zgadzał, nie uprawniał go do
traktowania rozmówcy jak wroga. Zakładało to ustalenie na samym początku
reguł: temat, zagadnienia, znaki zapytania, horyzont spodziewanych po
dyskursie rezultatów. Przy założeniu, że z wymiany argumentów skorzystają obie
strony. Bo jeśli zatryumfować ma tylko jedna, nie będzie to rozmowa.
Od pewnego czasu w TVP I pojawia się cyklicznie program tak właśnie
zatytułowany - “Warto rozmawiać” (nb. jego logo zawiera błąd ortograficzny:
wielką literę “R” przy drugim słowie). Bardzo oglądany, obdarowany rzadką w
telewizji rozległością czasową - półtorej godziny! - zdaje się zapowiadać owo
“nowe”, tak upragnione przez wielu, mianowicie transmisję zespołu wyznawanych
wartości. Każdorazowo temat jest tak ustawiony, aby prowadzący i jego
zwolennicy mogli do owego wybranego zespołu wartości przekonywać, a raczej,
aby mogli głosić go jak najbardziej wyraziście. Do tego potrzebni są także
rozmówcy ustawieni w charakterze przeciwników i dopuszczani do głosu o tyle, o
ile dostarczają okazji do artykułowania kolejnych punktów wyznawanego credo.
To założenie jest z tygodnia na tydzień coraz wyraźniejsze i sądzę, że ani
prowadzący, ani jego koherenci nie tylko nie chcieliby temu zaprzeczyć, ale
wręcz uważają to za właściwe wypełnianie swojej misji telewizyjnej. Nazywałoby
się to “dawaniem świadectwa”. Wtedy wprawdzie pytanie, czy to jeszcze jest
rozmowa, musi zabrzmieć niepokojącym powątpiewaniem, ale można uznać, iż
“warto” ma walor wręcz jaskrawy, walor świadectwa właśnie. Tylko że...
Jeden z ostatnich programów Jana Pospieszalskiego, poświęcony problemowi
“teczek” byłych tajnych współpracowników esbecji, a wywołany artykułami
prasowymi, które zasady udostępniania teczek potraktowały z surową krytyką -
otóż ten program prowadzony był w sposób budzący poważny sprzeciw. Jedna
strona reprezentowała stuprocentowe racje, druga - zgłaszająca zastrzeżenia -
traktowana była po prostu wrogo i pogardliwie. Padały pseudoargumenty ad
personam, klasycznie “poniżej pasa”. Przerywano przeciwnikom, zakrzykiwano
ich. Prowadzący program nie reagował na żaden chwyt demagogiczny, nie żądał
przyzwoitego poziomu dyskusji. Dziwnie dobrani goście dzielili się na tych,
którzy mają po swojej stronie całą rację, demonstrowaną z nieukrywaną pogardą
dla przeciwników - i na tych zasługujących tylko na najwyższą podejrzliwość (w
imię słynnego argumentu: widocznie sami mają czego się bać...).
Czy więc aby na pewno “warto rozmawiać”? Rozmowa to nie była w ogóle.
A jaka wartość poza satysfakcją z zatriumfowania własnej niewzruszonej racji
mogła wyniknąć z półtoragodzinnego sporu? Satysfakcja takimi metodami uzyskana
musi budzić powątpiewanie i niesmak. Może więc lepiej pomyśleć o innym tytule
dla następnych odcinków cyklu?
-
Polityka i Gospodarka