przycinek.usa
26.03.05, 20:27
Chiny: strach przed cenami
Maciej Kuźmicz 25-03-2005, ostatnia aktualizacja 25-03-2005 17:34
Bank centralny Chin ostrzega przed rosnącą inflacją i przeinwestowaniem.
Firmy nic sobie z tego nie robią - do Państwa Środka pieniądze płyną szerokim
strumieniem
Nie zauważyliśmy złagodzenia presji inflacyjnej - napisali w swoim oficjalnym
komunikacie ekonomiści Ludowego Banku Chin (banku centralnego Państwa
Środka). Komunikat to wstępne podsumowanie pierwszego kwartału chińskiej
gospodarki, opublikowała go agencja Xinhua. Jest utrzymany w uspokajającym
tonie, ale w rzeczywistości to dzwonek alarmowy dla chińskiej gospodarki,
która pomimo prób schłodzenia nadal rośnie. Jak napisali ekonomiści banku,
metody spowalniania wzrostu gospodarczego, jakie zalecił Pekin, zaczynają
działać (m.in. ograniczenie akcji kredytowej przez banki), ale nadal nie
widać końca szalonego boomu inwestycyjnego.
Bank na pewno nie będzie na razie zmieniał stóp procentowych - zapewnił, że
chce prowadzić stabilną politykę monetarną - ale dał wyraźny sygnał, że ceny
rosną za szybko. W lutym w tempie 3,9 proc., czyli aż o 2 pkt proc. szybciej
niż w styczniu. Wstępnych danych z marca jeszcze nie ma, ale ekonomiści są
przekonani, że nie będą lepsze.
W szczytowym momencie ub.r. w lipcu stopa inflacji sięgnęła nawet 5,3 proc. i
LBCh nie chce powtórzenia tej sytuacji. Wysokie ceny uderzają przede
wszystkim w najuboższych i potęgują jeszcze nierówności pomiędzy bogatymi i
biednymi w Chinach - a tego Pekin boi się jak ognia.
Dlatego właśnie bank centralny zapowiedział, że jeszcze dokładniej niż do tej
pory będzie kontrolował politykę kredytową banków komercyjnych.
Nie wyjaśnił, w jaki sposób zamierza tego dokonać i w jakich segmentach
gospodarki, ale analitycy domyślają się, że przede wszystkim będzie starał
się nie dopuścić do przegrzania na rynku nieruchomości. To m.in. inwestycje w
tym sektorze spowodowały, że chińskie PKB rosło w ub.r. w tempie 9,5 proc. W
tym roku może być jeszcze wyższe.
Bank centralny stara się również uzdrowić sytuację w sektorze finansowym:
dziś banki komercyjne w Chinach mają ponad 200 mld dol. złych długów, a już w
przyszłym roku będą musiały się zmierzyć z zagraniczną konkurencją - otwarcie
sektora usług finansowych to jeden z warunków przystąpienia Chin do Światowej
Organizacji Handlu (WTO).
Na razie polityka LBCh nie przynosi spodziewanych efektów: w styczniu i lutym
wartość inwestycji w całej gospodarce wyniosła 50,9 mld dol., czyli aż o 24,5
proc. więcej niż w tym samym okresie w roku ubiegłym! Rządowe założenia
wzrostu inwestycji to 16 proc. na ten rok i jeżeli nadal inwestorzy będą
lokować swoje pieniądze w Państwie Środka, nic nie wskazuje na to, by
oficjalne prognozy się sprawdziły.
To poważny problem dla najszybciej rozwijającej się gospodarki w Azji.
Chińczycy obawiają się przegrzania koniunktury i załamania, które może się
zacząć właśnie od rynku nieruchomości i złych kredytów udzielonych
deweloperom. Dlatego w ub.r. minimalne oprocentowanie długoterminowych
kredytów hipotecznych wzrosło z 5,31 do 5,51 proc.
Ludowy Bank Chin nie skomentował ewentualnego uwolnienia kursu chińskiego
juana, ale zapowiedział, że nową szefową Państwowej Administracji Wymiany
Walut zostanie Hu Xiaolian - dotychczas jedna z doradców szefa LBCh. Ta
instytucja chińskiego systemu finansowego odpowiada właśnie za kurs juana i
chińskie rezerwy walutowe. W 2004 r. wzrosły one o 200 mld dol., do poziomu
610 mld dol. Pod względem wielkości rezerwy walutowe Państwa Środka są drugie
na świecie, zaraz po japońskich.
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2622272.html