przycinek.usa
23.11.05, 02:23
biznes.interia.pl/news?inf=687406
Kiedyś, w przystępie szczerości, Mahatma Gandhi powiedział, że nic nie jest
tak kosztowne, jak stworzenie wrażenia ubóstwa i prostoty. Idąc tropem tej
przenikliwej myśli można również powiedzieć, że nic nie wymaga tak
drobiazgowych przygotowań, jak stworzenie wrażenia spontaniczności. Ponieważ
demokratycznym wyborom musi towarzyszyć wrażenie spontaniczności, ba - jest to
nawet warunek prawny: wybory muszą być "wolne", więc w tej sytuacji już
rozumiemy, jak ważne jest przygotowanie właściwej alternatywy, zanim jeszcze
rozpocznie się jakiekolwiek głosowanie. Ci, którzy czuwają nad demokracją,
muszą przygotować wyborcom taką alternatywę, by z jednej strony mieli oni
wrażenie, iż wybierają, kogo chcą, ale z drugiej - żeby wybierając,
utrzymywali się w granicach nakreślonych przez grupę trzymającą władzę. Krótko
mówiąc, wybór powinien przypominać ofertę w kołchozowej stołówce: można jeść
albo nie jeść. W prawie cywilnym taka sytuacja nazywa się umową adhezyjną,
zwaną inaczej umową przez przystąpienie.
Ty prezesem, ja skarbnikiem...
Jak się dowiadujemy, najtęższe głowy w Platformie Obywatelskiej rozpoczęły
pracę nad przygotowaniem takiej właśnie oferty. Według posła Jana Rokity, dla
PO najważniejsze są dwa cele: gotowość do koalicji z PiS, kiedy tylko Jarosław
Kaczyński się opamięta oraz doprowadzenie do takiej polaryzacji sceny
politycznej, by PiS i PO zmieniały się u władzy przy kolejnych wyborach.
Przypomina to trochę samorodną piosenkę z okresu wzmożonej kolektywizacji w
Polsce: "My kułacy samodzielnie założymy dziś spółdzielnię. Ty prezesem, ja
skarbnikiem, zagłuszymy wszystkich krzykiem". Nie muszę chyba dodawać, że
celem owych "kułaków" było zamarkowanie spółdzielni, by w ten sposób uchronić
swoje mienie przed nieuchronną konfiskatą i rozkradzeniem.