sevenseas
18.10.08, 12:53
Wczesniej pisalem o odbiciu ale teraz po przeczytaniu tego i kilku
plotkach wycofuje sie z odbicia.
W chwili, gdy ciemniaki, jak pijany płotu, czepiły się prezydenta i
wałkują Kaczyńskiego w usłużnych mediach na wszelkie sposoby,
zaczynają się pojawiać coraz poważniejsze głosy dot. kryzysu
finansowego w Polsce. Ciekawe jednak jest to, że nadal kontrastują
one z doskonałym samopoczuciem ciemniaków. Czyżby ciemniactwo było
az tak ciemne? To jest możliwe.
Analiza sporządzona przez O. Kowalewskiego i opublikowana na stronie
Bankiera.pl potwierdza słuszność alarmujących wypowiedzi o
transferowaniu pieniędzy z polskich banków do przeżywających
trudności finansowe zachodnich banków (spółek matek). Wczoraj
wprawdzie rzecznik Pekao strasznie się oburzał na artykuł z "NDz",
który odbił się szerokim echem nie tylko na stronach "Pulsu
Biznesu", ale i w innych mediach, a w którym twierdzono, że Pekao
przekazało spore pieniądze bankowi Unicredit - i żeby było
śmieszniej, nie zaprzeczył faktowi przekazania tych pieniędzy, tylko
stwierdził, że chodzi o kwotę mniejszą o 1 mld zł, a zatem "NDz"
kłamie - jednakże Kowalewski w swoim tekście stwierdza, że takich
transferów (czyli drenażu naszego rynku, jak to określił jeden z
analityków) mogło już być i może nadal być dużo więcej.
Słuchałem też wczoraj wypowiedzi jednej z przedstawicielek Komisji
Nadzoru Finansowego i wynikało z niej, że po pierwsze, o szczegółach
nie można mówić, bo to tajemnica, po drugie KNF od jakiegoś już
czasu wysyła ostrzegawcze listy do banków, by informowały o swoich
poważnych transakcjach, a po trzecie - czego już pani z KNF nie
powiedziała, ale co dało się wysnuć spomiędzy wierszy - nawet jeśli
dochodzi do jakichś nielegalnych transferów, to i tak KNF nic bankom
nie może zrobić. Nic. (No bo co, będzie się procesować o
odszkodowania przez najbliższe lata? Obłoży sankcjami?) Inny
analityk z kolei uspokajał, że do takich operacji banki matki by się
nie posunęły, gdyż osłabiłoby to zaufanie do nich klientów w naszym
kraju oraz podkopałoby to ich pozycję na naszym rynku. Tylko, czy w
sytuacji, gdy płonie las, ktoś ogląda się na róże?
Jak na mój gust, to biorąc pod uwagę (utrwalone 20-
letnią "transformacją") realia polskiego kapitalizmu politycznego
(albo mówiąc jaśniej: kapitalizmu sterowanego), w którym największe
interesy zakładało się i robiło poprzez dojścia, czyli koneksje z
najsilniejszymi środowiskami politycznymi - to wcale by nie było
dziwne, gdyby lokujący u nas niemały kapitał, zagraniczni
inwestorzy, traktowali Polskę jako republikę bananową, w której
dopóki jest w miarę stabilna sytuacja gospodarcza, to się doi to, co
się da wydoić, a gdy się szykuje poważny kryzys, to się aktywa
likwiduje i błyskawicznie przerzuca na inne rynki. Taka filozofia
działania w ekonomii ma zresztą swoje racjonalne wytłumaczenie -
inwestuje się dopóki można zyskać, a następie się przenosi środki
finansowe gdzie indziej. W sytuacji zaś, gdy kryzys finansowy
rozlewa się po potęgach gospodarczych, nie zaś "gdzieś tam po
krajach Trzeciego Świata", to nikt się na aktywa w Polsce nie będzie
oglądał, bo w interesach, tak jak i w polityce sentymentów nie ma.
No i poza tym, nie okłamujmy się, Polska i jej gospodarka wcale nie
daje wielkich powodów do kochania nawet dla wyjątkowo spolegliwych
wobec fiskalizmu, inwestorów (chociaż funkcjonowanie "wakacji
podatkowych" dla niektórych z nich, otwierało drogę do sporych
przychodów).
Analitycy nas uspokajają, że krach finansowy na Ukrainie wynika z
niewłaściwego nadzoru bankowego (sama Ukraina zapowiada uieganie się
o pomoc MFW w wys. 10-15 mld dol. - zastanawiam się, czy w ten
sposób nie chcą się ratować przy okazji oligarchowie (nie tylko
tamtejsi)), zapowiadające się bankructwa dwóch fabryk w Czechach to
nic wielkiego, zaś pogłębiający się kryzys na Węgrzech niemal
natychmiast opanowano, wspierając tamtejszą bankowość potężnym
zastrzykiem pieniędzy z zagranicy. O krachu w Rosji mówią niewiele
zapewne z tego powodu, że tam trudno cokolwiek przewidzieć. Ja zaś
zastanawiam się, czy obecny kryzys nie jest czasami narastaniem
jakby dwóch zjawisk niezależnych od siebie - z jednej strony
faktycznie załamania się na rynku kredytowym w USA i zapowiadającej
się na Zachodzie recesji - z drugiej - załamania się kapitalizmu
politycznego na "wschodzących europejskich rynkach", który wyrastał
także z fikcyjnych mechanizmów ekonomicznych, jak kapitalizm
spekulacyjny. No ale, czas pokaże.
Wróćmy do tekstu Kowalewskiego. Twierdzi on, że w naszym przypadku
kredytowanie banków zagranicznych przez polskie banki, nie zaś brak
zaufania klientów czy kredytobiorców mogłyby się stać takim punktem
zapalnym. Nawiasem mówiąc to, co już przeżywają ci ostatni (w
związku z drastycznymi zmianami wprowadzanymi ad hoc przez banki na
rynku kredytów), zaczyna coraz szerzej opisywać prasa. Innymi słowy,
zapewnienia analityków prorządowych z samym Rostowskim włącznie,
dot. tego, że u nas kredytów nie kupuje się tak łatwo, jak w
Stanach, wobec tego nie ma zagrożenia - nie ujmowałyby istoty
rzeczy. Warto przy tej okazji wspomnieć, że wczoraj w sejmie
wiceminister finansów Daniluk stwierdził, że istnieją "pewne
zagrożenia", choć jednocześnie przekonywał, że wszystko jest na
bieżąco monitorowane. Jakżeby inaczej. Nikt z nas nie wątpi,
zważywszy na to, co faktycznie polski rząd czy instytucje nadzoru
mogą zrobić w przypadku coraz większych transferów pieniędzy z
polskich banków.
Kowalewski pisze zaś:
"Na ewentualny transfer środków z Polski może również wskazywać
osłabienie się złotego w stosunku do głównych walut światowych.
Szybka wymiana waluty przez polskie banki mogła nie tylko być
przyczyną osłabienia się złotówki, ale również może być przyczyną
dużych wahań, które od niedawna obserwujemy na rynku walutowym.
Zagraniczne banki mogły się wcześniej dowiedzieć o zaostrzeniu
kontroli przez KNF i w tym celu wymusić szybszą wymianę i transfer
środków zagranicę. Działania te tłumaczyłyby zagadkowe osłabienie
się złotówki pod koniec ostatniego tygodnia.
Dlatego gdyby się obecnie okazało, że któryś z banków zagranicznych
przeżywa kłopoty finansowe i ma on również działalność w Polsce, to
może mieć to dużo większy wpływ na krajowy sektor bankowy niż
dotychczas sądzono. W szczególności, gdy uwzględni się fakt, że
lokaty banków krajowych w bankach zagranicznych często przekraczają
100% funduszy własnych. W konsekwencji upadłość podmiotu
dominującego mogłaby zarazem skutkować upadłością banku krajowego. W
tym przypadku problemy z płynnością banku krajowego czy też jego
upadłość wywołana przez zagraniczny bank może się bardzo szybko
przenieść również na inne banki krajowe. Zakładając także, iż inne
banki krajowe są również pozbawione płynnych aktywów i mają dziś
problemy z płynnością może się okazać, że efekt domina jest dziś
bardzo prawdopodobny."
Niebezpieczeństwo jest więc poważne. Kowalewski dodaje zresztą, że
transfery mogły się zacząć o wiele wcześniej, właśnie na wieść, że
polskie instytucje kontrolujące finanse będą się chciały przyjrzeć
jakimś nadzwyczajnym działaniom banków. No ale czy to jest jakiś
ważny problem? Wystarczy zrobić sobie poranną prasówkę lub pooglądać
kanały informacyjne. Ciemniactwo w natarciu, zaś to, że gdzieś
pustoszeje kasa - what's up, doc? To się ją po prostu zapełni na
nowo, choćby kolejnym haraczem nałożonym na podatników. Zaciśnijmy
pasa - przeżyjmy to jeszcze raz. Szkoda tylko, że nie można rządu
przy okazji wytransferować