gandalph
08.02.15, 16:10
Swego czasu, będąc jeszcze uczniakiem, rozczytywałem się w Trylogii Sienkiewicza do tego stopnia, że wiele fragmentów znałem na pamięć. Z upływem czasu przeszło mi to nieco – z różnych powodów. Ale zarówno wtedy, jak i długo później nie rozumiałem tego oto fragmentu; dokładniej mówiąc nie rozumiałem w pełni:
„Wojny domowe przeżyły go i ciągnęły się jeszcze długo. Przyszła potem zaraza i Szwedzi. Tatarzy stale prawie gościli na Ukrainie zagarniając tłumy ludu w niewolę. Opustoszała Rzeczpospolita, opustoszała Ukraina. Wilcy wyli na zgliszczach dawnych miast i kwitnące niegdyś kraje były jakby wielki grobowiec. Nienawiść wrosła w serca i zatruła krew pobratymczą.”
Mniej zorientowanym wyjaśniam, że jest to końcowy fragment z „Ogniem i mieczem”, a dokładniej mówiąc – z epilogu poświęconemu bitwie beresteckiej. Precyzując: nie bardzo rozumiałem ostatnie zdanie, to o „krwi pobratymczej”.
Wyjaśnienie przyszło w wiele lat później, już pod koniec studiów i po studiach. W mrocznych latach stanu wojennego wręcz połykałem książki historyczne, niekiedy wracając do wcześniejszych lektur i dokonując „genialnych odkryć”. I oto u Jasienicy natrafiłem na taki fragment (tak, tak, wiem, pisma Jasienicy to nie historiografia, lecz publicystyka):
„Czytało się nieraz w przeszłości, czyta i za dni naszych dość uproszczone wywody na temat.. zasług pługa polskiego" w tamtych stronach. Dawniej się je sławiło, a teraz pisze, że chłop ruski orał rolę polskiego pana i na tym polegać miała istota sprawy. W rzeczywistości bywało często wręcz przeciwnie - parobek był Polakiem, pan Ukraińcem. Za czasów litewskiego zwierzchnictwa tylko Wołyń i Podole naprawdę żyły, na pozostałych połaciach kraju, jeśli się spotykało człowieka, to takiego, co władał dobrze nie sierpem, lecz arkanem. Z ostatnich lat panowania Zygmunta Augusta pochodzą wstrząsające opisy urodzajnych, aż ku Czarnemu Morzu ciągnących się przestrzeni, które „dzikiego pola wystawują postać". Unia lubelska przyłączyła całą Kijowszczyznę do ludnej Korony. Na południowym wschodzie pańszczyzna wyglądała cokolwiek inaczej niż w okolicach Poznania, Sandomierza czy Krakowa. Dziedzic dawał osadnikom swobodę na lat dwadzieścia, niekiedy na okres w dwójnasób długi, znęcał ich do siebie, zapraszał przez specjalnych wysłańców. Był dość potężny, by kpić ze skierowanych przeciwko zbiegostwu chłopów ustaw, których dziesiątki uchwaliły sejmy już w stuleciu XVI. Ucieczka stanowi często akt odwagi. Ryzyko przenosi w nieznane a niebezpieczne strony podejmują najdzielniejsi, która to reguła dotyczy zarówno wyprawy statku „Mayflower" przez Atlantyk, jak i kolonizacji Ukrainy. Liczne wsie i miasteczka w Polsce rdzennej wyzbywały się obywateli, tych co bardziej rzutkich i przedsiębiorczych. Pustoszały całe połacie Korony, Anna Jagiellonka gorzko się martwiła o przyszłość swych rozległych włości mazowieckich. Dawno już temu nazwano to wszystko ,,wielką ofiarą", i słusznie. Teza o kolonialnej eksploatacji Ukrainy przez Polskę wygląda nieco dziwnie, skoro Korona zainwestowała w Ruś to, co najcenniejsze - ludzi. Tysiące uchodźców z Nadwiśla przestało być Polakami raz na zawsze. U schyłku XVI wieku cała Rzeczpospolita liczyła mniej niż osiem milionów mieszkańców. Administracja słabo wykonywała podówczas swoje powinności, ale dziedzicom przysługiwało prawo ścigania zbiegłych poddanych. Chłop zanurzał się więc w stepy i obcy lud, zmieniał imię i wiarę, przyswajał język. Brał na się nową postać, sobą samym i potomkami wzbogacał „naród ruski wszystek", które to słowa wygłosić miał w niedalekiej przyszłości Bohdan Chmielnicki, zapowiadając nowe porządki ,,aż po Lublin, po Kraków". Rzeczpospolita nikogo przymusowo nie polonizowała, a zachodzące w jej organizmie procesy wzmagały prężność narodów sfederowanych z polskim. I dlatego właśnie zostawiła nam spadek, którego wartości pojąć nie mogli głosiciele nacjonalizmu. Michał Bobrzyński powiedział o nim ostateczną prawdę, zwąc go „zaparciem się i zaprzeczeniem całej naszej historii wiekowej pracy".
Ale nie sama tylko obawa przed łapaczami i chęć przystosowania się rychło przeistaczały Polaka w Rusina. Dokonywała również podbojów wielka siła przyciągania, cechująca ludową kulturę ukraińską. Ta sama, która dzisiaj dokonuje dziwów... w Kanadzie. Wielu emigrantów polskich zmienia tam narodowość, umieszcza się jednak nie w rzędzie Anglików czy Francuzów, lecz Ukraińców.”
Niech każdy sobie to przemyśli a zwłaszcza niech uświadomi sobie, że pewnie gdyby w Polsce i na Ukrainie przeprowadzić masowe badania DNA, to okazałoby się, że co drugi Polak znad Wisły i Odry ma dalekich kuzynów nad Dnieprem i Dniestrem. Ukraińcy bowiem to nasi braci bynajmniej nie w przenośni, lecz dosłownie, w sensie pokrewieństwa. Nie dość przypominać, że Korona Polska zajęła w XIV wieku ledwie część Wołynia i Podola oraz Ruś Czerwoną, cała reszta przypadła Litwie, która jednak nie była w stanie wykrzesać z siebie tyle materiału ludzkiego, aby zaludnić te pustkowia obrócone swego czasu w perzynę przez Mongołów i Złotą Ordę. Nie dość przypominać, że w XVI wieku Kijów, stolica Rusi swego czasu była nic nieznaczącą dziurą liczącą ledwie 3 tys. mieszkańców. Nie dość przypominać, że gęstość zaludnienia Bracławszczyzny, Kijowskiego itd. nie przekraczała 1 mieszkańca na kilometr kwadratowy. To Unia Lubelska dopiero otworzyła bramę polskiemu (polskiemu w sensie etnicznym) osadnictwu na tych ziemiach.
Wniosek jest jeden: w postaniu Chmielnickiego dochodziło do BRATOBÓJCZYCH rzezi. Weźmy fragment (dotyczy wiosny 1655 r., wydarzeń na Ukrainie równie mało znanych, co haniebnych):
„„By nam byli choć zwykłym hałakowaniem swoim pomogli, pewnie byśmy byli na wieczny czas Ukrainę uspokoili, i Króla JMci robotą naszą ucieszyli" - pisał 5 lutego Stefan Czarniecki. - Teraz - dodał po upływie dwóch dni - „spólnie z Tatarami wozy odsyłamy, idziemy na wojnę, i ziemię kijowską pustoszyć będziemy...". Omylił się. Ofiarą dalszych działań padła Bracławszczyzna, bo tak było wygodniej ordzie. Umowy co do zakazu brania niewolnika spadły, oczywiście, z porządku dziennego. Zaczęło się płacić Tatarom złotówkami oraz sztukami atłasu, a skończyło na czymś zgoła innym. Rewera Potocki, człowiek stary, osiemdziesięcioletni prawie, i poczciwy, nie chciał sobie rąk paskudzić, odjechał na zachód. Wkrótce król odwołał do Polski Czarnieckiego Stanisław Lanckoroński niedługo wytrzymał nerwowo. Jak opowiadali współcześni, do tego doszło, że hetman polny na jawie, w dnie białe rozmawiał z marami. Operacje wojskowe przybrały postać wielkich łowów na ludzi. Tatarzy grali rolę myśliwych, Polacy spełniali obowiązki nagonki. Brali miasta, tabory i musieli oddawać żywy łup. „Wracała orda - pisał Ludwik Kubala - pędząc olbrzymi jasyr bydła i ludzi - jak ruchome targowisko, wędrówka narodu ruskiego na odpust do Krymu."”
I jeszcze jeden fragment:
„Moskwa zamęczyła Daniela Wyhowskiego, który po pierwszej ugodzie perejasławskiej znalazł się wśród najwierniejszych carowi, Rzeczpospolita rozstrzelała jego brata, Iwana, współtwórcę Unii Hadziackiej. Najwymowniejsze są zawsze fakty. W danym wypadku pokazują one, do czego prowadziła nieustanna kozacka gra...”
Wnioski niech każdy wyciąga sobie sam. Jedno tylko: aby porozumieć się w rodzinie, między braćmi, obcy nie są potrzebni, bo będą tylko jątrzyć. Jak schodząca ze sceny dziejów monarchia habsburska, która wyreżyserowała konflikt polsko-ukraiński, bynajmniej nie dopiero w 1918 r., lecz znacznie wcześniej. Zapomina się bowiem o tym, że klinem między Polakami i Rusinami miała być uchwalona w 1914 r. nowa ordynacja wyborcza, faworyzująca Rusinów kosztem Polaków; mowa o Galicji. Rzecz w tym, że owej ordynacji nie zdążono wypróbować, bo wybuchła wojna. Ale intencje niekiedy są znamienne.