Witam,
chciałam podzielić się swoimi wrażeniami z zabiegu wykonanego w szpitalu przy
ul.Kopernika w Krakowie.
Na wizycie wstępnej, na której ustalany jest termin, przekazano mi całą listę
badań do wykonania oraz "zastrzelono" pytaniem o to, czy jestem zaszczepiona
przeciw żółtaczce B. Oczywiście nie byłam, co spowodowało przesunięcie
terminu o ok. 2 m-ce oraz miało wpływ na słabą przewidywalność momentu cyklu,
na który przypadł zabieg (ale o tym za chwilę). Ta lista to kartka ze
standartową listą, wręczaną chyba wszystkim pacjentkom "jak leci". Ja
podeszłam do sprawy poważnie, bo po prostu bardzo zależało mi na tym, żeby
móc ten zabieg mieć "państwowo" (a nie prywatnie za 3 tys. zł) ale później
okazało się, że nie wszystkie te badania są potrzebne. Skutkiem tego szłam do
szpitala nie będąc pewna, czy brak niektórych z nich nie będzie przypadkiem
pretekstem do odesłania mnie z kwitkiem. Co prawda, na owej karteczce jest
adnotacja, że "badania moga byc wykonane też w szpitalu, ale spowoduje to
wydłużenie pobytu" ... jednak nie chciałam ryzykować. Wiadomo, że służba
zdrowia jest niedofinansowana i "kombinuje jak koń pod górkę" czego by tu nie
zrzucić na pacjenta, co wydaje się w jej sytuacji niejednokroć logiczne...
Same badania robiłam prywatnie, ale na szczęście bezpłatnie, bo miałam ten
fuks, że pracodawca wykupił mi karnet w prywatnej przychodni. Trzecim stresem
było to, że najniespodziewaniej w świecie wyszła mi w cytologii III grupa i
znowuż bałam się, że mnie doeślą z kwitkiem... Jako czwarty stres wpisałabym
przestrogę dot. wstrzemięźliwości hm hm... nazwijmy to "alkowianej"

Stawiłam się w szpitalu o 7.10 Recepcja izby przyjęć już działała. W
poczekalni było zaledwie kilka osób. Pani z okienka sprawdziła ubezpieczenie
i skierowanie i poleciła, żeby zaczekać na przyjęcie. Po jakichś 30 min.
zaczęto wzywać do gabinetu, gdzie pani pielęgniarka zakładała karty
szpitalne, wypytując o dane osobowe, wstukując godzinę przyjęcia (7.40) i
odsyłając następnie do szatni mieszczącej sie nieopodal, w poziomie
piwnicznym. Do szatni wchodziło się pojedynczo i za "bloczkiem" pozostawiało
tam wierzchnią odzież. Nastepnie udałam się na III piętro, na właściwy
oddział (Klinika Niepłodności) i zameldowałam się w pokoju pielęgniarek. Tam
dopytano mnie jeszcze o to i owo i przeglądnięto dokumentację medyczną, którą
uzbierałam (cytologia nie wzbudziła alarmu - może dlatego, że i tak miał mnie
potem badać tzn. kwalifikowac lekarz), część zatrzymując w karcie. Trafiłam
na swoją salę (godz.8.20) - 3 osobowa, schludna, z umywalką. W ogóle budynek
szpitala jest stary (nawet zabytkowy), ale utrzymany porządnie i schludnie.
Na moim oddziale było chyba 10 sal - do dyspozytcji 3 ubikacje i w sumie
chyba tez 3 prysznice. Czyste. Z dostępnym papierem toaletowym,
dezynfekcującym mydłem do rąk i jednorazowymi ręcznikami. Kolejek do toalet w
każdym razie nnie było.
Rozpakowałam się w sali i wypełniałam ankietę anestezjologiczną (uczulenia,
choroby itd.). Na wszelki wypadek byłam na czczo (gdyby chcieli mi pobierac
krew na badania). Po niedługim czasie pojawiła się pani opiekunka studentów
(to szpital akademii medycznej) i zaprosiła mnie do osobnego gabinetu na
wywiad z nimi. Potem wezwano mnie na USG, na którym "wyskoczyła mi" ni z tąd
ni z owąd toriel na jajniku 3 x 4 cm (prwdp krwotoczna, jak powiedziała
lekarka). Po USG było badanie ginekologiczne przez lekarza, któy potem miał
wykonywac zabieg. Obejrzał moją szyjkę, wypisał na karcie "czysta"
(podejrzałam). Chyba nawet nie przeglądał moich badań, które położyłam na
biurku, a które potem i tak trafiły do wnętrza karty (bałam się o tą III
grupę). Jednak się wydało, że jestem w 20 dniu cyklu, czyli jak na standarty,
trochę za późno, bo (cyt.) "przecież za chwilę pani będzie miała okres", na
co ja lekko już płaczliwym głosem poprosiłam, żeby jednak wykonano mi ten
zabieg, bo tyle na niego czekałam, tyle robiłam badań, wzięłam sobie urlop z
pracy... no, lekarz się zgodził. Rzutem na taśmę zapytał jeszcze, czy "było
zbliżenie", na co szczerze odparłam "tydzień temu"...lekarz się zawahał, ale
wobec mojej prośby, posłał tylko na badanie betaHCG "na wszelki wypadek".
Wróciłam do sali w niepewności, że mimo starań, odeślą mnie jednak z
kwitkiem. Myślałam sobie, że taka ostrożność ze strony lekarza (co do momentu
cyklu, ew. zbliżeń, stanu szyjki/pochwy) jest chwalebna, ale... no nie wiem.
Wówczas podejrzewałam raczej lekką chęć zmniejszenia ilości pacjentek "do
zabiegu". Na chwilę obecną jestem wdzięczna, że przymknął oko na ten mój
nieszczęsny 20 dc dzień cyklu, przdtygodniowe "zbliżenie" i podejrzaną grupę
III w cytologii...
c.d.n. ...