ralston Kenia, cd. 13.03.03, 22:39 Jedziemy cały czas w kierunku na północny-zachód. Mijamy kolejne, podobne do siebie miasteczka i dość liczne misje różnych wyznań: protestanckie, katolickie ale też i położone przy niewielkich meczetach szkoły islamskie. W oddali na północnym wschodzie dumnie wznosi się Mount Kenya, tutejszy najwyższy szczyt. Asfalt robi się coraz gorszy. To znaczy jakby coraz mniej w nim asfaltu, a coraz więcej dziur... W pewnym momencie skręcamy na drogę gruntową. Wjeżdżamy wgłąb sawanny. Samochodem trzęsie coraz bardziej. Musimy trzymać się siedzeń, żeby nie uderzać głową o dach. Krajobraz robi się monotonny. Znikły, leżące widocznie tylko przy głównej trasie miasteczka i wioseczki – wokół tylko płaski, porośnięty trawą, teren. Olbrzymia, czerwona kula słońca leży już bardzo nisko nad horyzontem. W drgającym powietrzu czernieją sylwetki rzadko rosnących, pojedynczych drzew z płaskimi koronami. Miliony lat temu popioły wulkaniczne, niesione passatami, które wieją tu od południowego-wschodu osiadały na wyżynie. Większe okruchy osiadały w pobliżu największych wulkanów: Kilimandżaro, nie mniej potężnego niegdyś Ngorongoro, Meru i wielu innych, tworząc żyzną wulkaniczną glebę. Mniejsze, lżejsze drobiny przemierzały w powietrzu dalszą odległość i osiadały na równinach, które właśnie oglądamy. Woda deszczowa z łatwością wypłukiwała z nich sole zasadowe, tworząc z czasem grubą i twardą skorupę wapniową. Zalega ona dziś bardzo płytko i w wielu miejscach, gdzie naruszono sztucznie warstwę czerwonawej ziemi, już na głębokości 30 cm do pół metra widać biały kamień. To dlatego tak niewiele tu drzew, czy krzewów. Ich korzeniom nie udaje się przebić przez twardą skorupę, tylko trawy mają tu rację bytu... Nie bardzo wiemy w jaki sposób Julius orientuje się w tej plątaninie niewyraźnie czasem, wśród traw widocznych dróg. Żadnych tu drogowskazów, ani nawet charakterystycznych punktów orientacyjnych. A słońce wprost w oczach znika za horyzontem i w kilka chwil robi się zupełnie ciemno. Jako, że podróż trwa już dość długo zaczynamy w żartach przekomarzać się z kierowcą, że z pewnością zabłądziliśmy. Ten wyraźnie na żartach się nie zna, bo bierze to bardzo do siebie i odbiera jako brak zaufania do jego umiejętności przewodnika. Im więcej czasu upływa, tym bardziej sam staje się podenerwowany. Chwilami chyba sam zaczyna tracić wiarę w to, że jedziemy w dobrym kierunku. Przestajemy żartować, bo w pewnym momencie Julius zatrzymuje samochód i zawraca. Jedziemy w milczeniu w przeciwnym kierunku przez kilka kilometrów, żeby znowu zawrócić. Od kiedy zaszło słońce zupełnie straciłem orientację i nie wiem już, czy wracamy tą samą drogą, którą dopiero jechaliśmy, czy Julius już wybrał inny jej wariant. W końcu po blisko godzinie błądzenia, na skupionej twarzy naszego przewodnika pojawia się ulga... odnalazł stojącą przy drodze starą, białą niegdyś, teraz przerdzewiałą tablicę. I chociaż nie da się na niej odczytać żadnych napisów - pewnie wykręca kierownicą i teraz suniemy już w kompletnej ciemności po całkowitych wertepach. Ale zaledwie po kilkunastu minutach w światłach reflektorów ukazuje się grupa drzew, otoczona wysokim ogrodzeniem, z grutem kolczastym u góry. Uzbrojony strażnik otwiera najpierw jedną bramę, którą zamyka natychmiast po naszym wjeździe, po to żeby zaraz otworzyć następną. Wjeżdżamy do środka. Po chwili wyłaniają się światła kompleksu parterowych budyneczków. Jesteśmy na miejscu – w Lake Nakuru Lodge... cdn. Odpowiedz Link Zgłoś
aand Re: Kenia, cd. 14.03.03, 08:46 ...podkreciles temperature !:)) Dalej, co dalej ???!!! Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Kenia: Lake Nakuru Lodge 16.03.03, 22:28 Formalności meldunkowe trwają na szczęście niedługo i po chwili wędrujemy, w towarzystwie kilku murzynów – bagażowych, w stronę długiego, parterowego budyneczku. Pachnie wilgotną ziemią i trudną do określenia mieszanką zapachów roślinnych – egzotycznych kwiatów, jakichś pnączy i Bóg wie jeszcze, czego. Nie przypomina to czegokolwiek znanego do tej pory... Bagażowy prowadzi nas do naszej kwatery. Kilka dolarów napiwku sprawia, że ciemność nocy przerywa nagle widok dwóch rzędów uśmiechniętych zębów. I już wiemy, że nie mamy do czynienia z Masajem, bo ten miałby wybite dwie dolne jedynki, a tu proszę bardzo-pełny garnitur. Dentysta by się tu chyba nie wyżywił... Rozkładamy niespiesznie rzeczy, bo po wyjątkowo obfitym obiedzie, mimo późnej pory, ciągle nie odczuwamy głodu. Wnętrze pokoju urządzone jest w stylu kolonialnym. Wzrok przykuwają duże, ciężkie łóżka z ciemnego drewna, każde przykryte zwieszoną z sufitu moskitierą. Pozostałe sprzęty raczej skromne, kilka szafek, szafa, lustro... W łazience – tradycyjne brytyjskie rozwiązanie: dwa osobne krany. W jednym zimna woda, w drugim ukrop. Zęby muszę wypłukać w zimnej, bo kubeczka nigdzie nie widzę, a z ciepłą ryzykować nie będę, chociaż gębę mam nie wyparzoną :) W oczekiwaniu na dokończenie toalety przez resztę grupy, spaceruję po terenie ośrodka, wąskimi, wysypanymi żwirem alejkami. Wdycham wszystkie te niesamowite aromaty i oczyma wyobraźni próbuję przebić się przez ciemność otaczającą naszą oazę spokoju. Wzrok nie ma się bowiem na czym zatrzymać – nic nie rozświetla smolistej czerni, leżącej poza elektrycznym (!) ogrodzeniem... Dziwne jest to, że nie prześladują mnie żadne insekty. Nawet tuż przy lampach niewiele lata owadów. Może to dlatego, że mamy porę suchą... Przyjemnie jest krążyć tak wśród bujnej zieleni, w koszulce z krótkim rękawem i ze świadomością, że jest właśnie druga połowa stycznia. Kiedy wchodzmy grupą do sali restauracyjnej, ciszę przerywa jakiś kobiecy śpiew, do muzyki gitarowej. Jakież jest nasze zdziwienie, kiedy do naszego stolika podchodzi wykonawca – niemłody już murzyn i z całą pewnością – facet! Chociaż w to, że jest stuprocentowym mężczyzną, przy tym głosie jakoś uwierzyć nie możemy... Ale kolacja smakuje wybornie przy dźwiękach wesołej melodii i słów: Jambo, jambo! Habari gani. Mzuri, mzuri sana! Hakuna matata... Początkowa chęć pozostania dłużej, ustępuje jednak zmęczeniu i pomału zbieramy się z restauracji, chwytając jeszcze po drodze leżące na wielkich paterach, świeże ociekające sokiem owoce: ananasy i mango. Jeszce tylko chwila oddechu na wystawionych na werandzie domku rozkładanych fotelach, jakieś luźne pogaduchy i pakujemy się każdy pod swoją moskitierę. Pod powiekami przewijają się jeszcze obrazy minionego dnia i sen przychodzi nie wiadomo w którym momencie. Co jeszcze było rzeczywistymi wspomnieniami, a co już tylko sennym marzeniem? Nie wiem. Wiem tylko jedno - błogi sen przerywa brutalnie potworny hałas, patrzę na zegarek – nie ma jeszcze szóstej... c.d.n. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Stanislaw Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge IP: *.dip.t-dialin.net 17.03.03, 00:17 Wow! To bylo cudowne. Nie znalem Cie Ralston z tej strony. Nastroj oddales. Pisz tak dalej - bomba! Dzieki - czekam na cdn. Stanislaw Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 17.03.03, 09:05 Stanisław - nie rozśmieszaj mnie. Tego nastroju oddać się nie da. Ja, w każdym razie, nie umiem... Czytam jeszcze raz, to, co napisałem i nadziwić się nie mogę, że to takie płytkie i wyprane z nastroju. Trzeba albo tam pojechać, albo wysłać kogoś, komu "język giętki" pozwoli napisać, co pomyśli głowa... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge IP: *.piasta.pl 18.03.03, 01:09 trzeba to przede wszystkim zapamietac, a zeby zapamietac - przezyc, zeby przezyc - trzeba byc wrazliwym ... z wyrazami podziwu Chatka Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 09:02 Gość portalu: chatka_ napisał(a): > trzeba to przede wszystkim zapamietac, a zeby zapamietac - przezyc, zeby > przezyc - trzeba byc wrazliwym ... z wyrazami podziwu Chatka Żeby przeżyć, twardym trzeba być! A nie wrażliwym! Tam lwy były i faceci z dzidami! Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 10:35 niech bedzie po Twojemu, ale tylko w polowie: trzeba byc wrazliwym twardzielem! (naprawde nie ma sie czego wstydzic :) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 10:44 Dobra, dobra - Ty tu nie mydl oczu tematami zastępczymi, tylko zaraz gadaj - kiedy będzie o Lwowie. Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 10:52 Drodzy Panowie czy Wy tez z takim trudem jak Ralston przyjmujecie komplementy? :)) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 11:00 Droga Chatko, za komplementa dziękuję. A teraz proszę, tylko bez zawijania, odpowiedzieć, kiedy będą lwowskie opowieści :) Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 11:07 Zaczynasz mowic ludzikm glosem :) i od razu zmieklo mi serce, dzis beda zdjecia...z opowiastkami nie wyrobie sie do weekendu :( Najpierw obowiazki potem przyjemnosc :) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Kenia: Lake Nakuru National Park 18.03.03, 22:44 Ki diabeł? Drewniane poszycie dachu dudni jakby ktoś uderzał w nie czymś ciężkim. Pokusa, żeby znowu zakopać się w ciepłe łóżko jest przeogromna... ale o spaniu mowy nie ma. Hałasy nie ustają. Czy oni powariowali, żeby o tej porze robić remonty dachu?! Ale nagle źródło hałasów jakby zaczyna się przemieszczać i to w dość szybkim tempie, dudniąc w coraz to bardziej odległym fragmencie długiego budynku. To jednak nie mogą być robotnicy. W pośpiechu naciągam na siebie ubranie i wybiegam na dwór, po to, by po chwili... pędem wrócić do pokoju! Spokojnie – tym razem nie ze strachu, tylko po aparat. Kiedy jednak wracam, już uzbrojony w nowoczesną optykę – potężny pawian, znudzony odprawianymi przed chwilą dzikimi harcami po całym dachu, znika gdzieś pośród gałęzi drzew. Czemuż to, ach czemu nie mam teleobiektywu... Chwilę później przygodę z pawianami przeżywa Tadzio. Ich spore stado rozsiadło się leniwie, tuż za ogrodzeniem, przy niewielkim stawie. Kiedy jednak Tadek wyszedł na taras restauracji, trzy spore samce w jednej chwili przesadziły ogrodzenie. Nawet nie zdążyłem zauważyć w jaki sposób poradziły sobie z drutem pod napięciem. I już stoją na czworaka przed Tadziem, który zaskoczony zamarł w pół kroku... Cofnięte policzki, obnażone kły i ni to wycie, ni to syk wydobywający się z gardła (mowa oczywiście o pawianach, nie o Tadziu), mogą przestraszyć najdzielniejszego. Nie bardzo wiadomo – jak się zachować. W końcu niewielkie ma się doświadczenia w obronie przed pawianami. W Beskidach, skąd pochodzi Tadek, są już dzisiaj prawdziwą rzadkością :) Na szczęście w sukurs przychodzi jeden z kelnerów, który wybiega na taras, glośno łomocząc w blaszaną tacę. Pawiany pryskają na powrót za płot, a my od tej chwili wiemy, że bez blaszanej tacy na safari wybierać się nie ma po co... Za dnia wszystko wygląda inaczej. Mniej tajemniczo, za to o wiele barwniej. Jest wcześnie, więc długie cienie ścielą się jeszcze po ziemi, uplastyczniając teren wokół. Za kilka godzin, kiedy słońce będzie wysoko, będzie się wydawał bardziej płaski niż w tej chwili. Zmieniają się zresztą nie tylko kolory, ale i zapach. A to za sprawą kwiatów, które po nocy, pootwierały do słońca kielichy i zaczęły wydzielać rozmaite aromaty. Ciężkawy, wilgotny, trochę korzenny zapach poprzedniego wieczoru ustępuje na rzecz zdecydowanie słodkiej nucie kwiatowo- miodowej. c.d.n. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: hmc Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.xen.pl 18.03.03, 23:00 Fajnie by było pooglądać trochę zdjątek z Afryki Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 18.03.03, 23:04 Kup sobie album. National Geographic fajny wydało... ;) Odpowiedz Link Zgłoś
saunne Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 14:16 Rals jestes super! :)))))) pozdrawiam! Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 14:24 A powyższe, to w związku z czym? Dodam tylko, że zaszczycony jestem równie jak zażenowany :)) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: hmc Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.xen.pl 19.03.03, 15:09 Bardzo śmieszne Raals, bardzo. Pozdrawiam Hmc Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 15:13 Wcale nie śmieszne. Przynajmniej mi nie do śmiechu... Chcesz pooglądać dobre fotki - kup "Afryka" National Geographic, albo album młodego Gudzowatego, ale raczej to pierwsze polecam. Nie licz, że u mnie znajdziesz coś ciekawego :( Odpowiedz Link Zgłoś
aand Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 15:52 ralston napisał: > Nie licz, że u mnie znajdziesz coś ciekawego :( Kto jest za tym zeby Ralstonowi spuscic bencki za krnabrnosc i niska samoocene, reka do góry...? ;) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 16:01 aand napisał: > ralston napisał: > > > Nie licz, że u mnie znajdziesz coś ciekawego :( > > Kto jest za tym zeby Ralstonowi spuscic bencki za krnabrnosc i niska samoocene, > > reka do góry...? ;) Uważaj, żeby nie uschła :))) O moją samoocenę bądź spokojny! A zdjęcia kiepskie są i basta! Parę fotek, możecie pooglądać tu: www.plfoto.com/uzytkownik.php?authorname=ralston - bynajmniej nie najwyższych lotów, ale wstydzić się ich za bardzo nie muszę. Afryki tam jednak nie znajdziecie, ino nasze krajowe dzikie zakątki... Odpowiedz Link Zgłoś
aand Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 17:00 ...wystarczylo postraszyc i prosze! Dzieki Raals! :))) Tylko z samoocena nie przesadzaj w druga strone...:) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 17:08 Nikt nie musiał straszyć. Link do zdjęć się już wcześniej na tym wątku pojawił. Przy okazji opowieści dziwnej treści z Pogórza Przemyskiego :)) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.piasta.pl 20.03.03, 00:12 hi hi hi hi hi :) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chatka_ Razem czy osobno? IP: *.piasta.pl 20.03.03, 00:23 Zastanawialm sie jak wolicie podrozowac razem czy osobno? Wydaja sie byc oczywiste zalety podrozowania w grupie czy parze: poczucie bezpieczenstwa, podzial kosztow, a przede wszystkim mozliwosc wspolnego przezywania i dzielenia sie wrazeniami. Ale czy czasem to nas nie ogranicza, samo bycie w grupie, problemy grupy sprawiaja ze jestesmy bardziej na sobie niz na tym co dookola nas skupieni, mniej otwarci na tubylcow? Jakie sa Wasze doswiadczenia? Odpowiedz Link Zgłoś
aand Re: Doswiadczenia solowe :) 20.03.03, 09:02 Gość portalu: chatka_ napisał(a): > Zastanawialm sie jak wolicie podrozowac razem czy osobno? Wydaja sie byc > oczywiste zalety podrozowania w grupie czy parze: poczucie bezpieczenstwa, > podzial kosztow, a przede wszystkim mozliwosc wspolnego przezywania i dzielenia > > sie wrazeniami. Ale czy czasem to nas nie ogranicza, samo bycie w grupie, > problemy grupy sprawiaja ze jestesmy bardziej na sobie niz na tym co dookola > nas skupieni, mniej otwarci na tubylcow? Jakie sa Wasze doswiadczenia? Moze zaczne i opowiem jakie sa wrazenia z singlowych wypraw. :) Bezpieczenstwo - w grupie oczywiscie nie ma porównania. Pojedyncza osoba MUSI w praktyce liczyc tylko na siebie, ale i Herkules d..a kiedy ludzi kupa... Zmoich doswiadczen istotny jest tez kraj po który sie podrózuje. Dla mnie takim poligonem byla Skandynawia, b. spokojny region tyle ze gdyby na pólnocnych pustkowiach cos by sie przytrafilo to...kaplica. Na szczescie bodaj caly Pólwysep S. pokryty jest zasiegiem komórek. Mysle ze minimum bezpieczenstwa to dwie osoby. W krajach orientalnych minimum jeden chlopak do asekuracji dziewczyn (w Turcji na mojego kolege patrzyli z podziwem bo byl w towarzystwie trzech kolezanek i do tego blondynek! :)) Solo odpada gdy ma to byc wyprawa choc troche wyczynowa. Musi byc druga osoba do asekuracji przy np. wspinaniu, takoz i trekking moim zdaniem wymaga wsparcia wspóltowarzyszy. Pozostaje turystyka. Wrazenia - chocby nie wiem jak ciche i dyskretne to towarzystwo jednak absorbuje troche uwagi... i juz cos nam umyka...;)) Z pewnoscia swietny trening jezykowy. MUSIMY mówic bo NIKT za nas nie powie. Nie ma dylematów: idziemy tam czy gdzie indziej. Pojedynczej osobie chetniej pomagaja miejscowi. Kiedy bylem w Szkocji to lancuch ludzi dobrej woli przekazywal mnie mniemal z rak do rak gdy szukalem domu znajomej (zastrzezenie - to byla mala miejscowosc gdzie wszyscy sie znaja). Ciekawe zjawisko - w Norwegii gdy drzemalem w pociagu zdawalo mi sie ze ktos obok przechodzi i mówi po polsku. Budze sie...eee Norweg. I za pól godziny to samo.Cos jednak w glowie siedzi...:) Koszty - tu nie ma gadania. Lepiej jezdzic z kims. Koszty sie rozkladaja a i poratowac moga jakims jedzonkiem... To tyle co mi sie przypomina. Choc musze przyznac ze najwieksza wyprawa-wpadka to podróz autostopem z moim kolega, z Warszawy do Bordeaux. Ale o tym moze kiedy indziej...:) Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Doswiadczenia solowe :) 20.03.03, 23:10 aand napisał: > Pojedynczej osobie chetniej pomagaja miejscowi. Kiedy bylem > w Szkocji to lancuch ludzi dobrej woli przekazywal mnie mniemal z rak do rak > gdy szukalem domu znajomej (zastrzezenie - to byla mala miejscowosc gdzie > wszyscy sie znaja). Ciekawe zjawisko - w Norwegii gdy drzemalem w pociagu > zdawalo mi sie ze ktos obok przechodzi i mówi po polsku. Budze sie...eee > Norweg. I za pól godziny to samo.Cos jednak w glowie siedzi...:) cos w tym jest na rzeczy, podroz zaczeta samotnie, wcale samotnie nie musi sie skonczyc :) Pelno w Kathmandu, Londynie czy Ułan Bator backpackersow, ktorzy samotnie wyruszja ze Stanow czy Australii, i szukaja towarzystwa na miejscu: w trasie, w schroniskach, w kafejach internetowaych. I to rozwiazanie bardzo mi odpowiada, mozna byc albo nie byc w grupie, pojechac gdzies gdzie sie wcale nie planowalo, poobcowac z bardzo roznymi ludzmi! Aandzie czy moge liczyc na opowiastki ze Szkocji, marzy mi sie samotna :))patrz wyzej), wyprawa na Hebrydy. Przy okazji zahaczylabym o krance najbardziej na polnoc polozone, gdzie Ty z kolei byles! Please :) Odpowiedz Link Zgłoś
aand Re: Doswiadczenia solowe :) 21.03.03, 10:07 Napisze o Szkocji. Obiecuje...:))) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Razem czy osobno? 20.03.03, 11:07 Z moich doświadczeń solo - jest bardzo dobre na krótkie wypady. Na większe lepsza jest nieduża grupa. Zawsze to jest do kogo gębę otworzyć na jakimś pustkowiu. Natomiast dobrze, jak jest to grupa sprawdzonych, czy rekomendowanych osób a nie przypadkowy zbiór ludzi. Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Razem czy osobno? 20.03.03, 23:19 ralston napisał: > Z moich doświadczeń solo - jest bardzo dobre na krótkie wypady. Na większe > lepsza jest nieduża grupa. Zawsze to jest do kogo gębę otworzyć na jakimś > pustkowiu. Natomiast dobrze, jak jest to grupa sprawdzonych, czy > rekomendowanych osób a nie przypadkowy zbiór ludzi. Ten przypadkowy zbior ludzi czesto nie jest taki nieokreslony jak by sie wydalawalo. Pewne wyprawy, a szczegolnie trekking i tramping przyciagaja raczej podobny nam typ ludzi. Nie jest to do konca gwarancja udanych wakacji, ale zaryzykowac warto. Inaczej nie byloby tego wątku, tzn. nie zalozylaby go Chatka :))) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Razem czy osobno? 21.03.03, 11:11 To prawda, że jak jedziesz na tramping, to możesz zakładać, że nawet jeśli towarzystwa nie znasz, to jest pewne prawdopodobieństwo, że wyprawa się uda. Na pewno nie pojadą na coś takiego ludzie nastawienie na leżenie na plaży do góry brzuchem z tendencją do ponoszenia wysiłku tylko wtedy gdy chodzi o dotarcie do najbliższej budki z piwem lub smażalni rybek. Do tego jest to zawsze szansa na poznanie kogoś nowego, ciekawego... Odpowiedz Link Zgłoś
ormond Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 03:36 Alez ta cerkiew na Antoniuku sliczna. Czy ktos wie o jakiej web site na jej tamat. Moze cos wiecej o projektancie itd... Prawdziwa perla architektury sakralnej w Bialymstoku. Projektanci kosciolow- koszmarow czapki z glow i po nauke do... ktokolwiek projektowal ten gmach. Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:13 Nie gorączkuj się tak Ormond. Bywają też i ładne nowe kościoły. Jest jeden taki w Białym - neobarokowy. Moim zdaniem też perełka. Obejrzeć można tutaj: www.plfoto.com/zdjecie.php?picture=72937 A przy okazji można też zobaczyć jak wygląda bardzo dobre zdjęcie :) Odpowiedz Link Zgłoś
ormond Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:19 Moim zdaniem tez. Widzialem i podziwialem. Rzecz w tym, ze to nie dzielo naszych pozal-sie-Boze architektow od budwania kosciolow w stylu bunkier i jeszcze jeden bunkier, tylko kopia kosciola, ktor niegdys istnial gdzies na kresach. > Nie gorączkuj się tak Ormond. Bywają też i ładne nowe kościoły. Jest jeden taki > > w Białym - neobarokowy. Moim zdaniem też perełka. > Obejrzeć można tutaj: Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:27 Ale czyjaś w tym mądrość była, żeby nie budować bunkra, tortu, czy skoczni narciarskiej a postawić coś, co się już kiedyś sprawdziło, bodaj w Wilnie... Odpowiedz Link Zgłoś
ormond Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:41 Masz racje, niestety nie znam calej historii, ale opowiadono mi, ze to bylo dzielo-misja jakiegos ksiedza, oddanego sprawie. > Ale czyjaś w tym mądrość była, żeby nie budować bunkra, tortu, czy skoczni > narciarskiej a postawić coś, co się już kiedyś sprawdziło, bodaj w Wilnie... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.piasta.pl 20.03.03, 00:40 Podobala mi sie ta opowiastka :))))))) Odpowiedz Link Zgłoś
alex.4 Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:12 Chatko mam do Ciebie pytanie jako specjalisty. Włąśnie przymierzam sie do kupna aparatu cyfrowego. Nie chce robić zbyt profesjonalnych zdjęc. Mam pytanie. Jak długo przy 2mpikselach i lampie błyskowej trzeba czekać na zrobienie zdjęcia oswietlonego budynku nocą (podobno mozna, tylko to trwa), a po drugie czy warto połąszczyć się na zoom optyczny, czy moze zostać przy zoomie cyfrowym? Pozdr Jestem laikiem, wiec moje pytania pewnie są zupełnie trywialne... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:17 Alex - musisz popytać użytkowników sprzętu cyfrowego. Ormond, o ile pamiętam pracuje na takim. Chatka używa konwencjonalnego Canona EOS 300 :) Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 23:46 alex.4 napisał: > Chatko mam do Ciebie pytanie jako specjalisty. Włąśnie przymierzam sie do kupna > > aparatu cyfrowego. Nie chce robić zbyt profesjonalnych zdjęc. Mam pytanie. Jak > długo przy 2mpikselach i lampie błyskowej trzeba czekać na zrobienie zdjęcia > oswietlonego budynku nocą (podobno mozna, tylko to trwa), a po drugie czy warto > > połąszczyć się na zoom optyczny, czy moze zostać przy zoomie cyfrowym? > Pozdr > Jestem laikiem, wiec moje pytania pewnie są zupełnie trywialne... Alex wlasciwie Ralston Ci juz odpowiedzial(dzieki Rals). Przykro mi, ze musiales tyle sie napisac :) Mam nadzieje, ze zglosi sie ktos bardziej w temacie wyedukowany niz ja. Nawet gdybys mnie pytal o moj obiektyw to niewiele bys sie dowiedzial, ja jedynie wiem w ktora storne go skierowac, ewentualnie troche nim pokrecic :)) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:22 Gość portalu: chatka_ napisał(a): > Podobala mi sie ta opowiastka :))))))) Dzięki, ale nie powinienem pisać o tak późnej porze - gramatyka mi się w ostatnim zdaniu rozjechała :))) i dopiero rano zauważyłem :((( Poza tym W tej części od pobudki nie udało mi się dojechać nawet do śniadania. W tym tempie to Was pousypiam zanim dojdziemy do pierwszego lwa :))) Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 23:33 ralston napisał: > Gość portalu: chatka_ napisał(a): > > > Podobala mi sie ta opowiastka :))))))) > > Dzięki, ale nie powinienem pisać o tak późnej porze - gramatyka mi się w > ostatnim zdaniu rozjechała :))) i dopiero rano zauważyłem :((( > Poza tym W tej części od pobudki nie udało mi się dojechać nawet do śniadania. > W tym tempie to Was pousypiam zanim dojdziemy do pierwszego lwa :))) Raalsie nie ma sie czym martwic, inaczej dawno przestalabym juz pisac, za kazda opowiastka, ba!, postem powinnam slac drugi i poprawic bledy! Literowki da sie wybaczyc, ale teleportacja pomylic z deportacje!:)) Skladnia angielska tez mi sie zdarza :) Ale ludzie tu tak dobrze wychowani ze nie zwracaja uwagi :) Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 23:49 chatka_ napisała: > ralston napisał: > > > Gość portalu: chatka_ napisał(a): > > > > > Podobala mi sie ta opowiastka :))))))) > > > > Dzięki, ale nie powinienem pisać o tak późnej porze - gramatyka mi się w > > ostatnim zdaniu rozjechała :))) i dopiero rano zauważyłem :((( > > Poza tym W tej części od pobudki nie udało mi się dojechać nawet do > śniadania. > > W tym tempie to Was pousypiam zanim dojdziemy do pierwszego lwa :))) > > Raalsie nie ma sie czym martwic, inaczej dawno przestalabym juz pisac, za kazda > > opowiastka, ba!, postem powinnam slac drugi i poprawic bledy! Literowki da sie > wybaczyc, ale teleportacja pomylic z deportacje!:)) Skladnia angielska tez mi > sie zdarza :) Ale ludzie tu tak dobrze wychowani ze nie zwracaja uwagi :) :))) :))) :))) Niestety nie dalo sie bez bledow napisac :)))Naprawde ich nie zauwazam :) na papierze rowniez :( Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 20:09 Po śniadaniu, złożonym głównie z niewiarygodnych ilości świeżutkich i soczystych owoców – pakujemy się do naszego busika. Wcześniej Julius dokonuje tylko małej przeróbki. Podnosi dach, w taki sposób, że stojąc w samochodzie możemy wystawiać głowy na zewnątrz. Nie ujeżdżamy nawet stu metrów poza bramę, żeby odkryć, że to, co wydawało się jeszcze przed chwilą niezamieszkaną przestrzenią (jeśli nie liczyć garstki pawianów) – po prostu tętni życiem. Najpierw mijamy duże stado leniwie pasących się impali i gazeli Granta, potem w poprzek drogi przebiega stado gazeli Thompsona, ze skośnymi czarnymi pasami na boku. To jedne z mniejszych tutejszych kopytnych i podstawowe pożywienie gepardów. Pomału, z typowego buszu, porośniętego kolczastymi krzakami, wjeżdżamy pomiędzy drzewa o wysoko sklepionych, płaskich koronach i żółtawych pniach. Są to cieszące się niegdyś złą sławą yellow fever trees. Wokół wilgotnych miejsc, gdzie rosną, występowały i nadal występują, ogniska zachorowań na żółtą febrę. Tylko wcześniej nikt nie kojarzył tego z lęgnącymi się w podmokłych miejscach, komarami... Tymczasem, to właśnie drzewa okazały się zbawieniem, bo ich kora zawiera chininę, która leczy objawy febry. Julius uzgadnia z nami sprawy porządkowe. Kiedy chcemy się zatrzymać – mówimy „stop”, wtedy oglądamy, fotografujemy, a kiedy chcemy jechać dalej – mówimy „go”. Ustalenia, ustaleniami a po piętnastu minutach bezbłędnie reaguje na „jedziemy” i „stać”. A mówią, że ten polski taki trudny... Właśnie jesteśmy w przerwie między „stać” a „jedziemy”, bo podziwiamy stado bawołów. Budzi toto respekt, ale utytłane jest w błocku niemożebnie. Od dziś postanawiam mówić do dzieci – „ubrudziłeś się jak bawół”, bo naszej poczciwej świni trudno byłoby w tej konkurencji dotrzymać pola :) Mnóstwo czasu spędzamy na podziwianiu żyraf. To naprawdę piękne i dostojne zwierzęta. Poruszają się z niezwykłą gracją. Jesteśmy też świadkami pojedynku dwóch samców. Wygląda to z początku komicznie. Stoją do siebie bokami i markują uderzenia głową – na przemian pochylając je i prostując. Regularny balet! Ale kiedy któryś uznaje, że jest właściwy moment do ataku – głowa wędruje szerokim łukiem i następuje próba uderzenia przeciwnika rogami od dołu. Większość tych prób jest nieudanych – szyje im się plączą i potem chwilę trwa zanim ustawią się znowu na pozycjach wyjściowych – jak zawodnicy na macie – i zaczynają taniec od nowa. Kiedy jednak cios dochodzi przeciwnika, huk staje się bardzo donośny, mimo sporej odległości od zapaśników. Oj, to musiało zaboleć! c.d.n. Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 23:38 jakbym to widziala! A pelikany to jeszcze bede czy juz byly? Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 23:51 Będą. Skąd wiesz o pelikanach??? Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 23:56 Ktos mi kiedys pokazywal bardzo ladne zdjecia :) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Lake Nakuru National Park c.d. 21.03.03, 12:38 O.K. o pelikanach będzie w następnym odcinku... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Lake Nakuru National Park c.d. 2 23.03.03, 23:16 W oddali widać już błękitną plamę – to jezioro Nakuru. Zanim jednak dotrzemy nad brzeg, napotykamy kolejne dużo stado bawołów, mnóstwo różnego rodzaju gazel i antylop. Między nimi stadko masywnych waterbucków, jak nazywa je nasz przewodnik. Jednak na tym etapie wycieczki najciekawsze jest spotkanie ze złożonym z kilkunastu osobników, stadem nosorożców białych. Lake Nakuru National Park jest jednym z kenijskich sanktuariów tego ginącego gatunku. Tu jeszcze ciągle występują dość licznie. A prezentują się trzeba przyznać – majestatycznie. Potężne, zwaliste sylwetki i masywne rogi na nosach, budzą należny im respekt. Kiedy wyjeżdżamy na odkryty, pozbawiony drzew, teren w bezpośrednim pobliżu jeziora, upał staje się już bardzo dokuczliwy. Wokół błękitnej plamy jeziora daje się zauważyć różowawa otoczka. Bliższa lustracja przez lornetkę odkrywa przyczynę: są nią tysiące, dziesiątki tysięcy flamingów, brodzących w płytkiej wodzie, tuż przy brzegu. Wiatr zmienia się nieoczekiwanie i przynosi od strony jeziora chłodniejszy powiew, co odebralibyśmy w obecnym skwarze z radością, gdyby nie to, że podmuch przynosi ze sobą... nieznośny fetor ptasiego łajna. Natężenie smrodu rośnie w miarę jak podjeżdżamy bliżej brzegu jeziora. Okazuje się, że flamingi nie są jedynymi autorami tej regionalnej atrakcji. Po drodze, mijamy bowiem stado kilkunastu potężnych marabutów, które stoją w pewnym oddaleniu od wody i rozpościerają skrzydła, wystawiając je na wiatr, aby ten osuszył ich wilgotne pióra. Pomiędzy dwoma gatunkami flamingów, widać też czczone w Egipcie ibisy i niezliczone rzesze pelikanów. Po prostu ptasi raj, który natychmiast nasuwa skojarzenia z doliną Biebrzy i Narwi. Podobnie jak przy żyrafach o onnych kopytnych, tak i tu – migawka strzela sama i nie wiadomo kiedy kończą się kolejne rolki filmu. Jest o to łatwiej o tyle, że Julius pozwala nam opuścić samochód i zbliżyć się do ptaków. W buszu, ze względu na drapieżniki jest to zakazane i zagrożone dużymi karami. Tu mamy teren odkryty i pozbawiony nawet niskiej trawy, możemy się więc czuć bezpiecznie. Tak więc mamy pośród niezliczonych rzesz ptactwa, kilku osobników homo sapiens... z tym, że ledwie sapiens z powodu i upału, i duszącego smrodu ptasich odchodów. Okazuje się, że na próby zbliżania się z aparatem do brzegu, flamingi reagują ucieczką w głąb płytkiego jeziora. Obecnością ludzi zdają się za to nie przejmować specjalnie pelikany i marabuty: pozują wdzięcznie czy to w locie, czy to na ziemi, czy wreszcie na wodzie. Mamy kupę radochy, z pewną przewagą kupy wszakże, która oblepia nam trochę podeszwy butów i wnosi niepowtarzalny aromat do wnętrza busika. Ruszamy w stronę naszej lodge. O tej porze dnia słońce praży tak niemiłosiernie, że zwierzęta raczej szukają schronienia w cieniu i nie odnajdują większej przyjemności w pokazywaniu się europejskim turystom. Nie mamy więc za specjalnie czego szukać. Tak by się przynajmniej mogło z pozoru wydawać, bowiem po kilkunastu minutach jazdy musimy się nagle zatrzymać. Na środku drogi – na wprost nas ustawił się bowiem potężny samiec nosorożca. „Ustawił”, okazało się po chwili niezbyt aktualnym określeniem, bo zwierzę ruszyło lekkim truchtem (o ile można można w ogóle mówić o lekkim truchcie kilkutonowego, opancerzonego bydlęcia) prosto w naszym kierunku. Natychmiast przypomniałem sobie słowa Juliusa, który mówił, że zwierzęta w stadach na ogół nie są niebezpieczne, natomiast pojedynczych osobników nosorożców, słoni, bawołów czy lwów raczej należy unikać. Ten był jak najbardziej sam, a w dodatku miał na celowniku naszą chłodnicę! Zauważyłem, że Julius wrzucił wsteczny bieg, ale nie ruszał się z miejsca. Wtedy z krzaków po lewej stronie drogi wymaszerowała nagle jeszcze samica z młodym – takim całkiem maleńkim, raptem kilkusetkilogramowym, brzdącem. Nie wiedziałem już, czy to lepiej (nosorożec okazał się nie być samotnikiem) czy gorzej (zawsze obecność młodych zwiększa ryzyko). Cała trójka rozwiała jednak nasze wątpliwości i przemaszerowała dostojnie obok, niemal ocierając się o nasz samochód i łaskawie pozwalając się obfotografować. Chwilę później, w wysokiej trawie, pod jednym z rozłożystych drzew dostrzegamy grzywę króla zwierząt. Simba jest jednak leniwy i nawet się nie porusza na nasz widok. Szkoda, bo z trawy widać mu tylko czubek grzywy. Kawałek dalej Julius odkrywa, że pod krzakiem tuż przy drodze schowała się lwica. Ale podobnie jak przed chwilą wysoka trawa utrudnia obserwację. Wtem jednak trawa rozchyla się na moment i spośród źdźbeł wygląda na chwilę para młodych ciekawych ślepiów. Na moment, bo matka reaguje natychmiast pacnięciem łapą, z góry w wystający łepek. Ponad wszystko wybija się wówczas pisk Agnieszki, która chciałaby „pomiziać” kociaka. Na stwierdzenie, żeby wyszła i sobie pomiziała, zapał do miziania jej mija... Lwica zaniepokojona naszą przedłużającą się obecnością, postanawia przenieść się pod krzak, bardziej oddalony od drogi. I wtedy okazuje się, że małych jest cała trójka! Zanim docieramy do Lake Nakuru Lodge mijamy jeszcze stada impali, elandów, zebr, bawołów, kilkanaście żyraf, dziesiątki pawianów, mnóstwo gazel. Właściwie przez cały czas mamy w zasięgu wzroku jakieś zwierzęta. Tereny wokół po prostu tętnią życiem. Nam zaś tętnią już żołądki – całe szczęście że po chwili zasiadamy już na ocienionej werandzie i wcinamy miejscowe specjały. Trochę szkoda, że nie udało się zobaczyć więcej lwów, ale to nic – odbijemy sobie w Maasai Mara. Jak pisze przewodnik Pascala – tam lwa spotyka się pod co drugim krzakiem. A do Maasai Mara wyruszamy tuż po obiedzie... c.d.n. Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Kenia - Maasai Mara 05.04.03, 23:32 Z racji na to, że udało nam się dość szybko dostać do Mary, modyfikujemy nieco nasze plany i wizytę w masajskiej wiosce, przewidywaną na jutro, postanawiamy zrealizować już dziś. Zatrzymujemy samochód w pobliżu jednej z nich i delegujemy najstarszego z naszego grona Frankiego do pertraktacji z Masajami. Ten wraca po chwili z dobrą wiadomością – udało się wynegocjować znaczny rabat i zamiast zwyczajowych $20 zapłacimy tylko dychę od głowy. Druga dobra wiadomość jest taka, że będziemy mieli rzadką okazję zobaczyć wioskę w komplecie, bo właśnie przygnano stada bydła z pastwisk i wszyscy wojownicy oraz cały inwentarz jest we wsi. Wieś w tym przypadku oznacza kilkanaście, może dwadzieścia kilka chat, otoczonych grubym, wysokim płotem z kolczastych krzaków. Zanim jednak możemy wejść pomiędzy zabudowania oficjalnie, prostą angielszczyzną wita nas David – syn wodza wioski. Następnie kilkunastu mężczyzn, którzy w międzyczasie zebrali się gdzieś za naszymi plecami, wbiega gęsiego na plac przed wioską z jakimś monotonnym, trochę ponurym śpiewem na ustach. Ustawiają się w półkole i nie przestawając śpiewać rozpoczynają taniec wojowniów. Jest on niezwykle prosty. Polega na tym, że każdy z nich po kolei wybiega przed szereg i zaczyna rytmicznie skakać w górę. Po wykonaniu kilku podskoków, wraca do szeregu i zastępuje go następny tancerz. Podskakują wysoko, prawie się przy tym nie pochylając i prawie nie zginając kolan. Momentami sprawiają wrażenie jakby cała siła skoku brała się z ruchu samych tylko stóp. Cały czas utrzymują dumną wyprostowaną sylwetkę, podkreślaną dodatkowo przez atrybuty wojownika: czerwony lub fioletowy płaszcz oraz włócznię lub pasterski kij. Kiedy kolejka dobiega do ostatniego z wojowników i ten wraca w końcu do szeregu, zaczynają do podskoków wybiegać dwójkami. A w tle cały czas słychać gardłowy monotonny, przypominający mantrę śpiew. W pewnej chwili bez żadnego wyraźnego znaku znikają po kolei w wąskim przejściu kolczastego ogrodzenia wioski. Odczytujemy to jako zaproszenie do środka i wchodzimy do środka w towarzystwie małych chłopców, którzy nieco z boku przyglądali się tańcom dosrosłych a niektórzy z nich próbowali naśladowywać starszych. Teraz pora na śpiew powitalny kobiet. Wszystkie zgromadzone na środku dziedzińca śpiewają bardzo miłą dla ucha, choć trudną do powtórzenia melodię. Towarzyszą im małe dziewczynki. Cała grupa jest szalenie malownicza, poubierana w bajecznie kolorowe okrycia. Teraz dopiero mamy chwilę na to, żeby się rozejrzeć po wiosce. Jest to typowa masajska osada, jakich wiele mijaliśmy po drodze. Tworzą je domy zbudowane z hmmm.... krowiego łajna na szkielecie z patyków i gałęzi. W zarysie są okrągłe, średnica wynosi około 8-10 metrów. Wygląda na to, że wszystko tu kręci się wokół krów. David objaśnia nam, że cała dieta Masajów składała się od wieków z krowiego mleka i krowiej krwi. W celu jej pozyskania, nacinają skórę żywych zwierząt i zbierają do naczyń. Przy czym zwierzę nadal pozostaje żywe. Mięso krowie jadają właściwie dopiero wtedy, kiedy zwierzę nie może już ze starości dawać mleka. Taki sposób żywienia tłumaczy wygląd Masajów. Wszyscy bez wyjątku są bardzo szczupli i zdają się być dość wysocy. Choć to drugie to raczej pewne złudzenie wynikające z proporcji ciała, bo najwyższy spośród wojowników nie sięga mi wyżej niż do połowy głowy. W ostatnich latach dopiero dieta została poszerzona o kupowany od innych ryż i ryby. David objaśnia nam rozmaite zwyczaje Masajów. Tłumaczy na przykład, że poligamia jest tu po prostu pewną koniecznością życiową. Bo przecież jedna żona nie dałaby rady wydoić wszystkie krowy, ogotować strawę, naprawić ubrania i jeszcze zająć się gromadką dzieci. Stąd jeden mężczyzna musi mieć wiele żon. Wygląda jednak na to, przynajmniej według zapewnień Davida, że kobiety mają tu nienajgorzej. Na przykład każda ma swój osobny dom. Co prawda musi go sama wybudować a następnie pilnować, żeby dach był szczelny i naprawiać go po każdym większym deszczu. Na szczęście „materiału budowlanego” nie brakuje. Brodzimy w nim po kostki, choć staramy się poruszać tylko wydeptanymi ścieżkami. W tym posiadaniu osobnego domu przez każdą z żon, objawia się po raz kolejny pragmatyzm Masajów. Po pierwsze – nie ma zazdrości pomiędzy kobietami, bo nie wiedzą u której dzisiaj nocuje wojownik (no – chyba, że jest dopiero na dorobku i ma tylko dwie żony), po drugie – jeśli się chata zawali, co się zdarza, to zginie co najwyżej jedna żona a nie od razu wszystkie... David tłumaczy też skąd bierze się czerwony kolor ubrań. Otóż w zamierzeniu ma on odstraszać lwy. I tu z pewną dumą prezentuje nam bliznę biegnącą od szczytu ramienia aż do dolnej krawędzi łopatki – pamiątkę po spotkaniu z samotnym samcem. Co do wyglądu Masajów pewne skojarzenia nasuwają się same: Włócznie, długie czerwone płaszcze, sznurowane sandały – wypisz wymaluj - rzymski legionista. A przecież swego czasu Juliusz Cezar wysłał tu wojska w poszukiwaniu źródeł Nilu. Żaden z wysłanych legionów nie powrócił... Jeszcze tylko obowiązkowy zakup pamiątek i możemy wracać do samochodu. Niby wszystko jest w porządku ale jakoś dziwnie śmierdzi wewnątrz... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: saunne Re: Kenia - Maasai Mara IP: *.bialystok.sdi.tpnet.pl 06.04.03, 11:32 ralston napisał: W tym > posiadaniu osobnego domu przez każdą z żon, objawia się po raz kolejny > pragmatyzm Masajów. Po pierwsze – nie ma zazdrości pomiędzy kobietami, bo > nie > wiedzą u której dzisiaj nocuje wojownik (no – chyba, że jest dopiero na d > orobku > i ma tylko dwie żony), po drugie – jeśli się chata zawali, co się zdarza, > to > zginie co najwyżej jedna żona a nie od razu wszystkie... ;))) ;))) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chatka_ Re: Kenia - Maasai Mara IP: *.piasta.pl 09.04.03, 14:23 Na to czekalm! Po serii bliskich spotkan ze zwierztami liczylam ze opiszesz nam swoje spotkanie z ludzmi Czarnego Lądu...czy zdarzylo sie jakies szczegolne? Posluchaj jak pieknie Karen Blixen opisuje swoje: "Nigdy wczesniej nie zetknelam sie z z rodowitymi mieszkancami Afryki, a mimo wszystko weszli w moje zycie jak odpowiedz na jakis glos mojej natury, byc moze na sny mojego dziecinstwa, wiersze czytane i milowane dawno temu, emocje i instynkty ukryte gdzies w zakamarkach umyslu, gdyz zawsze dostrzegalam w sobie wieksze podobieństwo do tubylcow niz do bialych ludzi zyjacych na terytorium protektoratu. Od pierwszego dnia zadzierzgnela sie miedzy nami nic zrozumienia tak silna ze moge powiedziec, iz moja milosc do nich, niezaleznie od ich wieku, plci czy przynaleznosci szczepowej - szczegolnie zas uczucie, jakim dazylam Masajów, wojownicze plemie i zarazem moich sasiadow od chwili, gdy przekroczylam rzeke - byla najsilniejsza namietnoscia w calym moim dotychczasowym zyciu. Owe ciemne postacie, ktore mnie otaczaly, odpowidalay mi bez slow swoimi bezglosnymi lagodnymi ruchami i spokojnymi, pelnymi dobroci spojrzeniami.Gdy bylam z nimi sam na sam, ów rezonans przybieral na sile. zdarzalo sie , ze bedac na safari i znajdujac sie setki mil od innego bialego czlowieka, jedynie w towarzystwie tubylcow, czulam sie zjednoczona z moim otoczeniem, krajobrazem, ludzmi i wszystkimi godzinami dnia i nocy. Owo wrazenie przybieralo na sile w zwiazku z tym , ze nam bialym ludziom, tubylcy nadawali imiona charkteryzujace nas w ich rodzimym jezyku. (...) Ja i moj maz nosilsmy imie wauhauga - dzikie gesi. Pozniej gdy bylam sama na farmie, moj stary somalijski sluzacy powrociwszy do swojego kraju napisal do mnie list zaadresowany "Lwiaca Blixen". Jestem pewna, ze - przynajmniej kobieta- odzew z jakim sie spotyka w zyciu, stanowi warunek jej szczescia, albo tez sam w sobie jest swiadomoscia nieprzebranych bogactw" "Dagerotypy" Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia - Maasai Mara 09.04.03, 15:54 Gość portalu: chatka_ napisał(a): > Na to czekalm! Po serii bliskich spotkan ze zwierztami liczylam ze opiszesz nam > > swoje spotkanie z ludzmi Czarnego Lądu...czy zdarzylo sie jakies szczegolne? > > Posluchaj jak pieknie Karen Blixen opisuje swoje: > "Nigdy wczesniej nie zetknelam sie z z rodowitymi mieszkancami Afryki, a mimo > wszystko weszli w moje zycie jak odpowiedz na jakis glos mojej natury, byc moze > > na sny mojego dziecinstwa, wiersze czytane i milowane dawno temu, emocje i > instynkty ukryte gdzies w zakamarkach umyslu, gdyz zawsze dostrzegalam w sobie > > wieksze podobieństwo do tubylcow niz do bialych ludzi zyjacych na terytorium > protektoratu. Od pierwszego dnia zadzierzgnela sie miedzy nami nic zrozumienia > tak silna ze moge powiedziec, iz moja milosc do nich, niezaleznie od ich wieku, > > plci czy przynaleznosci szczepowej - szczegolnie zas uczucie, jakim dazylam > Masajów, wojownicze plemie i zarazem moich sasiadow od chwili, gdy > przekroczylam rzeke - byla najsilniejsza namietnoscia w calym moim > dotychczasowym zyciu. Owe ciemne postacie, ktore mnie otaczaly, odpowidalay mi > bez slow swoimi bezglosnymi lagodnymi ruchami i spokojnymi, pelnymi dobroci > spojrzeniami.Gdy bylam z nimi sam na sam, ów rezonans przybieral na sile. > zdarzalo sie , ze bedac na safari i znajdujac sie setki mil od innego bialego > czlowieka, jedynie w towarzystwie tubylcow, czulam sie zjednoczona z moim > otoczeniem, krajobrazem, ludzmi i wszystkimi godzinami dnia i nocy. Owo > wrazenie przybieralo na sile w zwiazku z tym , ze nam bialym ludziom, tubylcy > nadawali imiona charkteryzujace nas w ich rodzimym jezyku. (...) Ja i moj maz > nosilsmy imie wauhauga - dzikie gesi. Pozniej gdy bylam sama na farmie, moj > stary somalijski sluzacy powrociwszy do swojego kraju napisal do mnie list > zaadresowany "Lwiaca Blixen". Jestem pewna, ze - przynajmniej kobieta- odzew z > jakim sie spotyka w zyciu, stanowi warunek jej szczescia, albo tez sam w sobie > jest swiadomoscia nieprzebranych bogactw" > "Dagerotypy" Chatko - spotkania z ludźmi z Czarnego Lądu już tu były... Może nie w takiej dawce, ale się przewijali przewodnicy i tragarze, kierowcy i sprzedawcy, dorośli i dzieci. Za krótko byłem, żeby odczuć taką więź, o jakiej pisze Karen w swoich pamiętnikach - ale potwierdzam, że jest w tych ludziach jakis ogromny spokój widoczny w oczach i w tym jak się poruszają. Jest coś, co sprawia, że za Afryką się teskni... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chatka Re: Kenia - Maasai Mara IP: *.piasta.pl 10.04.03, 23:46 Chodzilo mi o szczegolnie bliskie, mile, sentymentalne, wazne spotkanie, czasem trwajace tylko tyle co podejscie do szczytu, albo nocleg w hostelu czy herbatka w jurcie, a mimo to na dlugo pozostaje w pamieci. Zdarzylo sie na szlaku wiele takich spotkan, ktore moze zycia nie odmienily ale ubogacily wielce. Pamietam Anglika antropolga na samotnej wedrowce przez Wielki Atlas, zostawil oprocz adresu swoje ulubione wiersze i muzyke; Berbera, ktory goscil chlebem i cudnie slodkimi winigronami i plakal jak o Allachu mowil; hammam-mame i jej ciepelko, i jak nigdzie indziej goscinnych Mongolow. Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Kenia - Maasai Mara 10.04.03, 23:53 Takim spotkaniem, które szczególnie w pamięć zapadło, było zejście z Barafu do Mweka w towarzystwie Muddy'ego. Wtedy naocznie przekonałem się, że nie wszyscy muzułmanie to wojujący ekstremiści. Schodziliśmy tak razem i prowadziliśmy dysputy teologiczne i polityczne... każdy z nas utykał na inną nogę. Podzieliliśmy się kijkami trekkingowymi, maścią od bólu, bandażem i owocem mango... To zbliża. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: chatka_ Tacy mili ludzie... IP: *.piasta.pl 11.04.03, 01:15 Gdzie w podrozy spotkaliscie sie z szczegolna zyczliwoscia? Gdzie ludzie wydali sie Wam najbardziej mili i goscinni? Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Tacy mili ludzie... 11.04.03, 09:53 Zdecydowanie z największymi oznakami życzliwości spotykałem się w Polsce - na Pogórzu Przemyskim, ale też i na Roztoczu i na Podlasiu. Duża otwartość, gotowość do pomocy, gotowość do dzielenia się tym, co mają (a skromnie mają na ogół i biedują). Wspaniali, fantastyczni ludzie. Dość miło kojarzą mi się Węgrzy. Gorzej było u Czechów i u Niemców... Odpowiedz Link Zgłoś
nxa Re: Tacy mili ludzie... 24.04.03, 08:32 No i dlaczego nikt tutaj nic nie wpisuje. Taki wątek dopiero na 5 stronie. Rozumię, że teraz nie sezon urlopowy ale tak zupełnie nic! Nie pokażę palcem kto miał opisać wycieczkę po stanach. Łażą sobie po amerykach, australiach i innych azjach i języka polskiego w palcach zapomnieli. Pisać, pisać proszę. Odpowiedz Link Zgłoś
ogabiniak Re: Tacy mili ludzie... 24.04.03, 09:10 ralston napisał: > Zdecydowanie z największymi oznakami życzliwości spotykałem się w Polsce - na > Pogórzu Przemyskim, ale też i na Roztoczu i na Podlasiu. Duża otwartość, > gotowość do pomocy, gotowość do dzielenia się tym, co mają (a skromnie mają na > ogół i biedują). Wspaniali, fantastyczni ludzie. > Dość miło kojarzą mi się Węgrzy. Gorzej było u Czechów i u Niemców... Popedzono tu kota to spiesze z obserwacjami zagranicznymi. Chociaz od 13 lat mieszkam wsrod Niemcow i znam wielu wspanialych ludzi to ogolnie prosty Hans ma uprzedzenia do Polakow. Czesto bywaja chamscy i lubia sie wywyzszac przy pierwszych kontaktach. Klepanie po plecach i "ty-kanie" to tez nie rzadkosc. Nauczylem sie dosc szybko prostowac takie zachowania godnosciom osobistom:) To chyba uprzedzenia dotyczace i Niemcow i Polakow na zasadzie wzajemnosci. Inna sprawa, ze media niemieckie robia duzo zlej roboty ale tlumacze to zwyklym populizmem: pisza to co przecietny Niemiec chcialby tam o nas przeczytac. Dwa przyklady: 1. Program telewizyjny o nowych zasadach ubezpieczenia samochodu. Podaje sie wiadomosc o jakiejs nowince technicznej w zabezpieczeniu samochodu przed kradzieza. Zastosowanie tego zabezpieczenia powoduje zmniejszenie stawki placonej ubezpieczalni. Program leci 20 minut, wypowiadaja sie rozni eksperci i w ostatnim zdaniu prowadzacy mowi: Bo jak wiadomo najwiecej samochodow w Niemczech kradna Polacy. Co samo w sobie juz nie bylo prawda. 2. Przed seansem w kinie leca rozne reklamy. Raklamuje sie gazeta Abendzeitung - ze kto czyta wie wiecej i tak dalej i w ostatniej sekwencji pokazuja zlozony autentyczny egzemplarz gdzie obok tytulu gazety jeszcze wiekszy tytul krzyczy: W Polsce oszukiwano! - chodzi o skoki narciarskie w Zakopanem przed ponad rokiem gdzie rzucano w Hannawalda butelkami i gdzie ponoc jemu nalezalo sie zwyciestwo. Taka raklama leci przez pare tygodni we wszystkich kinach. A specjalisci od reklamy wiedza jak przyciagac klieta do produktu. To boli. Czechow postrzegam natomiast na korzysc. Wiele razy wyskakiwalem z Bawarii na parodniowe wyjazdy do Czech i czulem sie tam sympatycznie. Maja troche kompleksow wobec nas i czasami potrafia byc zimni ale po przelamaniu pierwszych lodow sa wspanialymi druhami. No i nie lubia jak nazywamy ich Pepikami, czy "ze my to ich czapkami mozemy..." albo jak nie znajac czeskiego probujemy tworzyc w ich jezyku. Pozdrawiam Stanislaw PS. Aha jako, ze w ubieglym roku bylem w Belgii i Francji - CDN. Odpowiedz Link Zgłoś
nxa Re: Tacy mili ludzie... 24.04.03, 09:26 Stachu - masz pochwałę za prawidłową i szybką reakcję. Teraz spokojnie czekam na CDN. Odpowiedz Link Zgłoś
kojako1979 Re: 400!!! 27.04.03, 01:10 Extra! Podoba mi sie ten wątek. Pozdrawiam z Lublina! Odpowiedz Link Zgłoś
ogabiniak W Bawarii kradna ! 02.05.03, 00:03 W Bawarii kradna i jeszcze sie tym chwala. Szczegolnie duzo kradziezy odchodzi na 1 Maja i to w majestacie prawa. Stary bawarski zwyczaj nakazuje w kazdej nawet najmniejszej wiosce posiadac tzw. drzewo majowe. Jest to taki totem albo symbol informujacy o danej miejscowosci. Pien swierkowy, wysuszony i okorowany stawia sie wlasnie 1 maja w najbardziej znaczacym miejscu wioski - najczesciej na rynku lub przed ratuszem. Pien jest pomalowany spiralnie na calej dlugosci w dwa kolory niebieski i bialy - barwy Bawarii. Na samej gorze zawieszony jest wieniec tak, ze otacza pien w odleglosci ok. metra od gory. Potem ida poprzeczki na ktorych sa blaszane sylwetki najbardziej znaczacych mieszkancow. Jesli wiec najwazniejszy czy najbogatszy jest piekarz - to na najwyzszej poprzeczce widze sylwetke faceta co wyciaga na lopacie chleb z pieca, blacha ta jest oczywiscie pomalowana. I tak kolejno w dol w/g powazania - najpierw tam wystapi chlop co pedzi trzy krowy przed takim co ma tylko koze a jeszcze nizej bedzie baba co ma kilka kor. Oczywiscie miejsca najwyzsze sa zarezerwowane dla burmistrza, ksiedza czy policjanta. Stawianie drzewa majowego odbywa sie raz na kilkanascie lat chyba, ze ulegnie zniszczeniu lub zmieni sie hierarchia w wiosce. Jest to wielkie swieto z muzyka, piwem i golonka no i wiekszosc przychodzi na to w strojach ludowych. Drzewa nie mozna ot tak po prostu postawic dzwigiem czy wciagarka. Lina jest dla asekuracji zeby bylo bezpieczniej ale i tak trzeba stawiac recznie. Cala meska czesc wioski podchodzi pod lezace na stojakach drzewo, podklada podporki z dragow i na sygnal speca z glosnym "hop" unosi w gore koniec na kilka centymetrow stawiajac podporki na ziemie. Wazne jest by nie zrobic glupoty i nie wlozyc stopy pod taka podporke:) A podporki to po prostu dragi w ksztalcie litery X zwiatane w srodku lina. I tak stopniowo na kolejne "hop" drzewo majowe centymetr po centymetrze "idzie" w gore. Ci z konca ktorym konczy sie juz dlugosc podporki przebiegaja do srodka i cala grupa zbliza sie stopniowo coraz blizej grubego konca pnia. Lina jest caly czas po drugiej stronie nawijana na beben z zapadka dla, jak juz pisalem, asekuracji. Calosc stawiania trwa co najmniej godzine a nawet dwie i emocji jest co niemiara. Zerdzie trzeszcza, bawarskiem chlopom wylaza zyly z wysilku, nogi slizgaja sie po rozdeptanej ziemi i nagle - Jaaa!!! Jeszcze tylko przelozyc bolce przez pien, zakrecic sruby, zbic mlotkiem gwint zeby jakiemus wesolkowi nie przyszlo do glowy odkrecanie i kapela zaczyna swoja robote. Ale... jeszcze jakis mlody zwinnie wspina sie na gore by oczywiscie zrzucic line i mozna rozpoczac imprezke. No dobra - mozna zapytac, ale co kradna? No byla okazja - na portwele - jak wszyscy gapili sie w gore ale juz po "ptokach". Teraz to kazdy z portwelem leci po piwo, golonki czy precle. CDN Odpowiedz Link Zgłoś
ogabiniak Re: W Bawarii kradna ! 02.05.03, 20:47 Rumieniec wstydu wypelzl na me lico jak sobie przypomnialem ze pisalem "portwel" zamiast "portfel". Jakos tak na ranki malo obudzony bylem. Stanislaw Odpowiedz Link Zgłoś
ogabiniak Re: W Bawarii kradna ! 11.05.03, 07:31 No wiec kradna i to nie wasko:) Stawianie drzewa a wlasciwie slupa majowego to wielkie swieto i honor dla wioski. Zawsze znajda sie zawistni sasiedzi co chcieliby w tym przeszkodzic i krwi napsuc. Tradycyjnie wiec w noc poprzedzajaca impreze kradnie sie gotowe i pieknie przystrojone drzewo. A ze wiadomo, ze kradna wiec i straze sa zdwojone i swiatla nie gasza cala noc. Zdarza sie, ze pilnujacy przykuwaja sie lancuchem do drzewa i spia na nim. Nic nie pomaga. Najslynniejsi zlodzieje drzew majowych pochodza z Gautingu i ich uslugi sa dobrze oplacane. Mimo wszelkich trudnosci potrafia bezszelestnie wykrasc najbardziej pilnowane drzewa. Ani pies nie zaszczeka, ani lancuch pilnowacza nie zabrzeczy a drzewo znika. A jest wielkie i dlugie - czasami nawet do 30 metrow, jeszcze trzeba je wyniesc z wioski gdzie i za dnia bylo je ciezko na plac wmanewrowac. Rano tragedia - zanim jeszcze pierwsi mieszkancy zaczna sie zbierac drzewo trzeba odnalezc, przeplacic zlodziei i blyskawicznie dostarczyc na miejsce. I to sie tez udaje. A gawiedz nawet nie wie ile z tym bylo problemow. Jesli wiec spotkasz w bawarskiej wiosce podczas stawiania drzewa wesola gromadke chlopakow z Gautingu co jedza, pija i za nic nie placa to juz wiadomo o co chodzi... CDN Odpowiedz Link Zgłoś
nxa Re: Dziki jest ten swiat 03.06.03, 07:06 A może tak przed sezonem wakacyjno-urlopowym ktoś powspomina swoje wojaże ? Odpowiedz Link Zgłoś
ogabiniak Re: Dziki jest ten swiat 04.06.03, 06:59 nxa napisał: > A może tak przed sezonem wakacyjno-urlopowym ktoś powspomina swoje wojaże ? Fajnie by bylo poczytac no nie?, ale po co ceregiele moze jezdzi ktos za wschodnia granice po towar - fajki czy royal - tez chetnie poczytamy o takich wycieczkach. Ludziska! - do pior! Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Szamani 23.06.03, 12:37 Dzisiejsza informacja o uniewinnieniu Ukraińskiej szeptuchy, która leczyła rozmaite choroby poprzez pocieranie jajkiem przywołała skojarzenie z leczniczymi praktykami ludów Wschodniej Afryki. Czym oni leczyli, co przykładali, lub czym pocierali dokładnie nie wiem. W niektórych przypadkach była to wiedza nabyta drogą prób i błędów i przekazywana z pokolenia na pokolenie, jak na przykład leczenie febry miksturami na bazie sproszkowanej kory drzew. Dopiero później badania wykazały, że ta kora zawiera chininę. A czasami efekt uzdrowienia wychodził niejako przypadkiem - po prostu organizm sam zwalczał chorobę, pomimo stosowanych czarów i medykamentów. Podobnie jak się to pewnie od czasu do czasu udawało tej Ukraince. Ale do czego zmierzam: u Masajów, czy ludu Kikuju, współczesna medycyna długo nie cieszyła się powodzeniem, z racji na to, że wiele chorób potrafiła leczyć z pełnym sukcesem. Została przez to odarta z nimbu tajemniczości. O wiele większym szacunkiem cieszył się szaman, któremu nie zawsze się udawało, ale którego od czasu do czasu bóstwa wysłuchiwały. I ten element niepewności, który zawsze towarzyszył kuracji... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Pogórze Przemyskie 31.07.03, 10:30 Szukamy często tej egzotyki poza granicami kraju, często nie dostrzegając uroków tego, co sami mamy. Dlatego dziś kilka słów o naprawdę dzikiej krainie na południe od Przemyśla. Schodzimy z masywu Suchego Obycza, starym, w przeważającej części bukowym, lasem. Gdzieniegdzie tylko pojawiają się pojedyncze jodły. Przyjemny chłód ustępuje miejsca skwarowi, kiedy opuszczamy las i wychodzimy na drogę. Ta prowadzi wzdłuż granicy z Ukrainą w odległości nie większej niż trzysta metrów od tejże. Trochę mamy pietra, bo nieraz słyszeliśmy, że ukraińscy pogranicznicy potrafią przejść na polską stronę, żeby złowić jakiegoś turystę i doprowadzić do strażnicy pod pretekstem przekroczenia granicy. Można za to dostać trzy dni urlopu, więc pokusa jest czasami silna. Ale mimo, że chwilami widzimy wyraźnie tablice graniczne, nic szczególnego się nie dzieje. Pustka i brak jakichkolwiek śladów życia. Schodzimy na teren wsi Paportno. Byłej wsi. Dziś, gdyby nie często mijane drzewa owocowe w lesie, ciężko byłoby się domysleć, że kiedykolwiek była tu jakaś osada. Teraz w miejscu dawnych pól - ugory, zarastające pomału tarniną. Gęsta nie koszona trawa a właściwie zbite, poskręcane zielsko staje się siedliskiem dla rozmaitego robactwa, kleszczy i żmij. Dawną wieś przedzieliła granica. Mieszkańców wysiedlono w 1947 roku. Po polskiej stronie - w ramach akcji Wisła, po sowieckiej - po prostu zgodnie z ich praktyką oczyszczania terenów przygranicznych. Szukamy pozostałości po wsi, ale nie udaje się odnaleźć ani pozostałości po jakimkolwiek domu, ani nawet śladów studni. Z mapy wynikałoby, że powinien tu być jeszcze jakiś cmentarz, ale ten, też niełatwo odnaleźć. W końcu udaje się na niego natrafić - jest ukryty w jednej z licznych kęp drzew. Gdyby nie świeży, drewniany, krzyż ustawiony tu w 2000 roku przez grekokatolików z Przemyśla, prawdopodobnie minęlibyśmy cmentarzyk. Odnajdujemy ukryte w cieniu kilkanaście kamiennych nagrobków. Jeden z nich dość pokaźny, zbudowany z piaskowca. Większość raczej niepozorna, zniszczona i poprzechylana. Gdzieniegdzie piękne kute, żelazne krzyże. Napisy na nagrobkach często już nieczytelne, lub dające się tylko w części odcyfrować. Niektóre wyglądają, jakby ktoś umyślnie odłupał kawałki kamienia, by zatrzeć nazwisko. Część napisów pisana cyrylicą, część "łacinką". Smutna pozostałość tętniącego niegdyś życia... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: Pogórze Przemyskie 01.08.03, 10:02 Kopyśno. Mała wioseczka, zagubiona gdzieś pośród pagórków. Z dala od szlaków komunikacyjnych, nawet tych należących do trzeciej kolejności odśnieżania. Asfalt tu nie dotarł. Jedyna bita droga zimą jest prawdopodobnie zupełnie nieprzejezdna, chyba że konno... Kilka starych chałupin, niezbyt urodziwa, murowana cerkiew przy niej, nieco przechylona dzwonnica, z której dzwony poznikały już dawno. Obok dębowy krzyż postawiony w 1938 roku w 950 rocznicę chrztu Rusi. Krzyż ma się nieźle, choć wkopany jest bezpośrednio w ziemię, bez żadnej podmurówki. Dębina ciągle wygląda zdrowo. Dużo lepiej w każdym razie niż cmentarzyk przy cerkwii. Tu nagrobki są poprzechylane i przerośnięte wysoką na półtora metra trawą. Wśród nich grób starszego małżeństwa - spotkałem ich kilkanaście lat temu. Częstowali nas czymś do picia. Mężczyzna dał się naciągnąć na wspomnienia spod Monte Cassino. Po walkach została mu szeroka blizna w poprzek policzka. W ubiegłym roku spotkaliśmy tu ostatniego mieszkańca Kopyśna - ponad osiemdziesięcioletniego staruszka. Potwierdził nam legendę przeczytaną w jednej z lokalnych gazet o duchu wędrującym w poświacie błekitnego światła w jesienne noce ze wzgórza, na którym stał kiedyś dwór Kopystyńskich (najwybitniejszy przedstawiciel rodu, Michał Kopystyński był prawosławnym biskupem, jednym z dwóch na tamtych terenach, który nie podpisał unii) do małej kamiennej kapliczki w dole wsi. Kiedy żyła żona staruszka, nie pozwalała mu wychodzić, żeby zobaczyć co to. Dopiero po jej śmierci zdecydował się wyjść duchowi na przeciw. Twierdził, że widział postać ubraną w czarne długie szaty, niosącą latarnię z niebieskimi szybkami. Z opisu ubioru mógł to być jakiś Żyd. Może Łazor Moszkiewicz, który zapisał się w kronikach jako wyjątkowy podlec i okrutnik? A może sam władyka Kopystyński pokutuje za jakieś grzechy? Kto wie? Bliższych relacji nikt już nie udzieli. Staruszek zmarł bowiem niedługo po tym, jak spotkaliśmy go w ubiegłym roku. W tym roku zostawiliśmy samochody na podwórku pani, która jako jedna z ostatnich widziała klucznika cerkwi żywego. Dzień przed śmiercią goliła go w domu opieki w Huwnikach. Od niej dowiedzieliśmy się, że nazywał się Kettler. Dziś Kopyśno stoi puste... Przez kilka miesięcy usiłował tam mieszkać jakiś nawiedzony ekolog z żoną i tak na oko czteroletnią córką, ale najpierw uciekła mu żona z dzieckiem, potem on sam przeniósł się w bardziej cywilizowane rejony... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: koro Re: Pogórze Przemyskie IP: *.edytor.net / 195.136.45.* 05.10.03, 12:56 Łomża Wieczór. Ulica Makowa 26. W każdy pierwszy czwartek miesiąca w domu państwa Jakubowskich odbywa się "salon literacki". Odbywa sie? Spotyka? Tradycja bywania na salonach jest już tak odległa, ze zapomnieniu ulega nawet język tych sfer tyczący. Przez niewielki przedpokój wchodzimy do równie niedużego saloniku. Fotele wyplatane z wikliny, lampa z abażurem, obrazy i książki. Gospodyni podaje herbatę. W każdym dzbanku inny gatunek. Słone paluszki. Po chwili zaczyna się spektakl. Na koniec brawa i spotkanie z aktorami. W nocy czuję że ktos ściąga ze mnie koc. Otwieram oczy, ale nikogo w pokoju nie ma. Po chwili znów czuję, że ktoś ciagnie za koc. Nie otwierając oczu odmawiam głośno "wieczne odpoczywanie...". Rano patrzę za okno i choc to początek jesieni - widzę mnóstwo sniegu. Przed domem stoi dziwnie ubrana kobieta. Przecieram oczy. Sńieg znika. Nie ma też kobiety. O 9 rano w teatrze grają sztuke "Lejzorek Rotszwaniec". Główną role gra białostoczanin Tomek Rynkowski. Kolega z dawnego podwórka. Jest świetny. Spektakl tez klasa. Ale młodzież spędzona tu z liceum wyraźnie się nudzi. szepczą, wstają, rzucaja na scene monety. podczas przerwy wchodzę na wieżę. dawniej w tym budynku mieściła się remiza. obecnie łożyński teatr ma niesamowite wprost foyer. widac całą okolicę w promieniu kilkunastu kilometrów. idę na pocztę. muszę wysłać pocztówki do znajomych z tak egzotycznego miejsca. celowo wybieram dłuższą trasę. przez rynek starego miasta. jest senny deszczowy poranek i gdzieś miedzy kamieniczkami widac pola po drugiej stronie narwi. niesamowite. z centrum Łomży widać pola. Obok poczty znajduje się sklep filatelistyczny. Mozna tam kupic tez znaczki niestęplowane. Siedzę tam długo i wybieram rozmaite cymelia. Nie ma sensu się nigdzie śpieszyć. Czas zatrzymał sie w tym sklepiku przed wielu laty. Po godzinie wyjeżdżam. Na drodze nie działo się nic ciekawego, jeśli nie liczyć widoku dwóch traktorów zatopionych w starorzeczu Narwi. I dwóch sms- ów "pana rysunek bardzo nam sie podoba, ale raczej go nie wydrukujemy", "przepraszam, że ci się naprzykrzam, ale wzbudziłeś w mym sercu niepokój". Po godzinie jesteśmy na powrót w Białymstoku. Odpowiedz Link Zgłoś
ogabignac ISLANDIA 09.02.04, 23:19 Narodową potrawą Islandczyków jest pieczony łeb barani. Lby takie obdarte ze skóry i z wyłupionymi oczami można kupić w każdym większym markecie w Rejkiaviku. Tylko upiec w piekarniku, przerąbać siekierą na pół i do jedzonka! Itd, itp na wątku podróżniczym "Dziki jest ten świat" u Stanisława: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=52&w=1878032&a=4198630 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: koro barani łeb! IP: *.chello.pl 10.02.04, 23:37 a nie dałoby sie takiego łba przywieść do białego? może przynajmniej jakieś puszki? u nas w sklepach spokojnie mozna nabyć konserwy "głowizna". w dwóch rodzajach: wołowa i wieprzowa. możemy z nimi pójść na wymiankę. ale pewnie taki łeb naturalnych rozmiarów, prosto z dymiacego gara, to zupełnie inna zabawa. podpatrzeć ich zatem trzeba dokładnie. i potem jakiego barana u nas przyrządzić. kto się pisze? Odpowiedz Link Zgłoś
ogabignac Re: barani łeb! 11.02.04, 13:58 Gość portalu: koro napisał(a): > a nie dałoby sie takiego łba przywieść do białego? może przynajmniej jakieś > puszki? u nas w sklepach spokojnie mozna nabyć konserwy "głowizna". w dwóch > rodzajach: wołowa i wieprzowa. możemy z nimi pójść na wymiankę. > ale pewnie taki łeb naturalnych rozmiarów, prosto z dymiacego gara, to zupełnie > > inna zabawa. podpatrzeć ich zatem trzeba dokładnie. i potem jakiego barana u > nas przyrządzić. kto się pisze? Jak to się przyrządza za bardzo nie wiem. Ale masz rację, że raczej gotuje jak piecze. No coż w długie islandzkie wieczory ostrym kozikiem wykrawa te pychotki z różnych zakamarków, kocioł paruje inne łby się gotują - mistyka. To już lepiej taki łeb ogryzać niż wdepnąć gdzieś za opłotkami na złośliwego trolla. Odpowiedz Link Zgłoś
ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 01:45 ogabignac napisał: > Narodową potrawą Islandczyków jest pieczony łeb barani. > Lby takie obdarte ze skóry i z wyłupionymi oczami można kupić > w każdym większym markecie w Rejkiaviku. > Tylko upiec w piekarniku, przerąbać siekierą na pół i do jedzonka! ~~~~~~~~~~~~~~ O B R Z Y D L I S T W O ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Oni juz sie chyba tam calkowicie zmutwali w jakies potwory, najpewniej w wyniku kilkusetletniego inbreading (jak to jest po polsku, qva, zapomnialem), ze w takich rzeczach gustuja. Odpowiedz Link Zgłoś
ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 01:51 inbreading to pewnie ci chodzi o chów wsobny a może sów wchobny albo jakoś tak;) Odpowiedz Link Zgłoś
ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 01:59 ogabignac napisał: > inbreading to pewnie ci chodzi o chów wsobny a może sów wchobny albo > jakoś tak;) Zwyrodnienie spowodowane brakiem doplywu nowej krwi. Ogladalem film o Islandczykach. Oni tam maja tak ograniczone pole do doboru naturalnego, ze wiekszosc rodzin moze doprowadzic swoj drzewo genealogiczne kilkaset lat wstecz i wiecej. Na dobra sprawe, oni tam sa wszyscy swoimi kuzynami... zeby zrec takie obrzydlistwo. Brrrr!!! Odpowiedz Link Zgłoś
ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 02:16 Ten "chów wsobny" to nawet nam nie łatwo powiedzieć. Spróbuję jutro nauczyć tego pewnego niemiaszka;) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: koro Re: ISLANDIA IP: *.ikp.pl 11.02.04, 12:31 chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał genetyczny? a te islandki, po za tym że łby baranie pieką, to ładne są chociaż? a'propos baraniego łba, to rozumiem drugie danie, a zupę z czego robią? Odpowiedz Link Zgłoś
ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 12:47 Gość portalu: koro napisał(a): > chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał > genetyczny? Kiedys ogladalem film dokumentalny o tym jak to Islandia przyjela grupe emigrantow wietnamskich. Kiedy samolot juz dolatywal do celu, kazdemu z imigrantow rozdano kartke papieru z lista imion islandzkich i nakazono aby sobie wybral jedno z nich jako swoje nowe imie... Odpowiedz Link Zgłoś
ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 13:01 Pomimo upodobania Islandczykow do baraniego lba, pewien fakt wzbudzil we mnie do nich gleboka sympatie. Otoz wedlug CIA -The World Factbook (www.cia.gov/cia/publications/factbook/geos/ic.html), wydatki Islandii na zbrojenia wynosza $0 ("Military expenditures - dollar figure:$0). Przyklad iscie godny nasladowania!!!! Odpowiedz Link Zgłoś
ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 14:05 Surowe wyspiarskie życie nauczyło ich respektu do prawa. Przestępczość śladowa ale największa na świecie liczba samobójstw. Odpowiedz Link Zgłoś
ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 14:03 Gość portalu: koro napisał(a): > chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał > genetyczny? a te islandki, po za tym że łby baranie pieką, to ładne są chociaż? > > a'propos baraniego łba, to rozumiem drugie danie, a zupę z czego robią? Islandki to mają jedną wspólną z Kubankami cechę - bardzo uprzejme są;) I temperamentne. Pewnie ten Golfstrom przenosi z Karaibów dobre fluidy. Poza tym to wszystko już je różni - blade takie jakieś, nie opalone... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Re: ISLANDIA 11.02.04, 19:02 Gość portalu: koro napisał(a): > chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał > genetyczny? a te islandki, po za tym że łby baranie pieką, to ładne są chociaż? > > a'propos baraniego łba, to rozumiem drugie danie, a zupę z czego robią? A zupa to, zgaduję - rosół na baranim łbie ;))) Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Kenia - Masai Mara cd. 04.03.04, 16:52 Pierwsze podejrzenia co do źródła smrodu w samochodzie padają na nasze buty. Jednakże po bliższym badaniu na okoliczność zawartości krowiego łajna na podeszwach ta hipoteza ostatecznie upada. Mimo, że cały dziedziniec był pokryty pokaźną warstwą tego cennego opału i budulca, buty zostały przecież należycie wystukane i wytarte w piachu już po wyjściu poza obręb kolczastego parkanu odgradzającego wioskę Masajów od reszty świata. Na tyle skutecznie, że to z pewnością nie one roztaczają swojską woń wewnątrz Toyoty. Oględziny ubrań, czy nie ma na nich jakichś plam powstałych na skutek, na przykład otarcia się o ściany budynków, też nie przynoszą rezultatu. Po kilku minutach poszukiwań, powonienie zdaje się jednak prowadzić wszystkich w tym samym kierunku – to znaczy w stronę Jarkowego plecaka... Trop okazuje się słuszny. Źródłem smrodu są bez wszelkiego wątpienia... masajskie dzidy, które zakupił od Masajów. W przedziwny fascynujący sposób zaklęto w dwóch kawałkach drewna kondensat aromatyczny całej wioski. Co ciekawe inne pamiątki, w tym prymitywna włócznia, którą kupiłem – nie śmierdzą. Tajemnica tkwi prawdopodobnie w „szlachetnym” kolorze ciemnego drewna jaki mają Jarkowe włócznie – moja pozostała w jasnym kolorze, jego musiały zostać poddane specjalnemu procesowi technologicznemu, oczywiście przy użyciu powszechnie dostępnego „surowca”. Po tej konkluzji wywiązuje się gorączkowa dyskusja i naciski na Jarka, żeby natychmiast pozbył się trefnego towaru. Na jego argumenty, że przecież zapłacił padają kontrargumenty, że i tak nie wpuszczą go z bronią chemiczną na pokład samolotu i lepiej pozbyć się tego już teraz. Jaro pozostaje twardy i tak na zajadłych sporach, wspieranych groźbami, że jeszcze chwila i zostanie sam na poboczu ze swoimi dzidami wetkniętymi w [---] (ustawa o ochronie publikacji i widowisk...Dz. U. Nr...), czas nam schodzi aż do bramy Masai Mara Sarova Camp. Bramę przekraczamy, podobnie jak poprzedniego dnia już po ciemku... Odpowiedz Link Zgłoś
ralston Kenia Maasai Mara cd. 2 05.03.04, 18:44 Po zameldowaniu się na recepcji, kierujemy się wszyscy na przydzielone kwatery. Okazuje się, że są to namioty. Tyle że luksusowe. Wewnątrz łóżka i szafki nocne z lampkami. Na podłodze jakieś dywany. Szafa na ubrania, jakieś skrzynie, okna z zasłonami. Jedna ściana namiotu okazuje się być murowana – w tej części znajduje się łazienka z prysznicem i ubikacja. Wejście do namiotu zamykane jest na zamek błyskawiczny, który należy szczelnie zaciągać przy podłodze, żeby jakieś hadztwo nie wpełzło do środka. Po wręczeniu napiwku za przyniesienie bagażu, spod dwojga świecących w ciemności białek wydobywa się odgłos „tankju” i pojawia się dodatkowo szeroki biały pas pełnego garnituru zębów. Komplet uzębienia zdradza, że nie mamy do czynienia z Masajem. Tych spotykamy zresztą na powrót nieco później w pobliżu budynku recepcyjnego. Dużo ładniej ubrani, niż mieszkańcy wioski którą oddwiedzaliśmy, czyści, w jednolicie czerwonych płaszczach z licznymi ozdobami z koralików i krowiego włosia. W dłoniach - nieodłączne włócznie. Misternie upięte włosy posplatane w mnóstwo małych warkoczyków. Zaskakują gości ośrodka nagłym wyłonieniem się z kompletnych ciemności. Przemaszerowują między nimi dwójkami w dumnym milczeniu. Poruszają się praktycznie bezgłośnie, bo bosych stóp nie słychać w ciemności. Element zaskoczenia robi swoje - kieliszki zastygają w pół drogi do ust, leniwe dyskusje zamierają w pół zdania... Wojownicy ustawiają się w półkole i zaczyna się znany już niski, gardłowy śpiew. W ciemnościach, roświetlanych tylko blaskiem kilku pochodni, brzmi on jednak dużo bardziej niesamowicie. Ci, którzy kończą swoją serię skoków, nagle znikają gdzieś z tyłu a z ciemności wyłaniają się następni i tak taniec trwa... Trudno się chwilami zorientować ilu ich jest. W ciemności błyskają tylko oczy i rozświetlane blaskiem pochodni jaskrawoczerwone płaszcze. Kiedy pieśń się kończy Masajowie znikają równie nagle jak nagle się pojawili. Po prostu rozpływają się w ciemności... gdzieś pośród bujnej roślinności, w której wprost tonie Sarova Camp. Nawet mostek nad basenem opleciony jest jakimiś pnączami. Kolorów można się w tej chwili jedynie domyślać, za to ciemność nie przeszkadza w odbiorze aromatów i dźwięków. W tych pierwszych dominuje ciężka, duszna nuta, choć o tej porze nie jest wcale gorąco a nawet na tyle chłodno, że wciągam na siebie polar. Wśród odgłosów nocy dominuje cykanie jakichś świerszczy lub cykad, ale raz czy drugi dają się słyszeć jakieś ryki i poszczekiwania. Jutro będzie okazja przyjrzeć się bliżej sprawcom tych hałasów... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: koro Hermanówka gmina Juchnowiec IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 27.04.04, 15:58 godzina 22.00. koncert żab. cudo. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: KOWALSKI JAN dziki? IP: *.elpos.net 27.04.04, 16:48 Widziałem kiedyś na klatce taki napis:DZIFNY JEZD TIN ŚFIAD .Jak go zobaczyłem mało co nie pękłem ze śmiechu. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: koro Choroszcz IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 10.05.04, 18:52 dzis około południa odwiedziłem Choroszcz. siedziałem na przystanku autobusu 103 (bilet z centrum Białegostoku 3.20)i patrzyłem na pusty plac przed kościołem dominikanów, pomnik orła białego i jednopietrowe kamieniczki. wszystko skąpane było w siąpiącym kapusniaczku. i spiewał słowik. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: koro Wasilków IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 22.08.04, 06:49 wczoraj o zachodzie trafilem do Wasilkowa. udałem się nad zalew. już z daleka bije w nozdrza woń wodorostów i gnijących ryb. na resztkach betonowej wieży leżało trzech kolesi, nad nimi rozbita latarnia. na końcu betonowego pomostu siedziała samotnie jakaś panna. kolesie od czasu do czasu coś do niej wołali. w wodzie pełno mułu i mnóstwo zdechłych ryb. na resztkach ławek, które kiedys okalały zalew siedzą dwójkami młodzi ludzie. dlaczego wybrali to miejsce? czy dlatego, że w wasilkowie nie mają innego miejsca? a może dlatego, że zachód słońca nadal wygląda tu bajecznie? Odpowiedz Link Zgłoś
ogabignac Budapeszt 22.08.04, 12:55 Jest zupelnie inny jak z opisow naszych handlarzy z lat PRL-u. Skrajnie kontrastowy. Wielu Cyganow "pracujacych" wokol dworcow kolejowych w im wiadomy sposob. Przesliczne Wegierki patrzace odwaznie i nieprzesadnie feministyczne. Najwieksze i najlepiej zachowane miasto Aquincum z II wieku naszej ery - stolicy dawnej Panonii. Hotele przepyszne, marmurowe za pana najjasniejszego cesarza pobudowane i witrazami secesyjnymi poprzystrajane. Mosty nad Dunajem, urwiste wzgorze Gellerta co go kiedys w beczke wsadzili i z tego wzgorza do Dunaju stoczyli. I przeslicznie smierdzace siarka liczne laznie tureckie, i salami i tokaj... Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Re: Dziki jest ten świat 24.08.04, 17:50 Wakacje sie koncza a tylko dwa wpisy, nigdzie nie wyjezdzaliscie? Mozna tez zamiescic relacje z ubieglych lat...;) Pozdrawiam Koro Always On The Move i Staszka u Madziarow!:) Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ & & #35; 8222;...w Dolomiti Express& & #35; 8221; cz.1 24.08.04, 17:55 Opisane poniżej zdarzenia nigdyby nie mialy miejsca, gdyby nie ignorancja, lekkomyślność i uległość autorki na wpływ towarzystwa! ;) A może po prostu gdyby nie natura ludzka, która nie zawsze daje wiare temu co widza oczy: pomimo ewidentnych dowodow tego co nas czeka, w postaci ilustracji w przewodniku, rosło we mnie przekonanie, ze na naszej wyprawie takich historii nie będzie, ze takie ekspozycje występują gdzies wysoko w Alpach, a nie tam gdzie my podążamy czyli w Dolomity, pasmo gorskie w południowych Alpach...:)Tych co w Dolomitach byli proszę o przymrużenie oka na histerie autorki ;))) Wyruszamy wieczorem, tak żeby dojechać na nocna imprezę, a raczej na nocleg u znajomych w Gliwicach, gdyż nastepnego dnia musimy ruszyć o świcie, by na wieczór dotrzeć do Cortiny d’Ampezzo. Droga mija nam całkiem przyjemnie na lekturze "Szkoły fotografowania". Gdy jesteśmy już o pół dnia od celu dochodzę do wniosku, ze należałoby się bardziej szczegółowo zapoznać się z programem naszej wyprawy, bo przecież lubię przed każdą wyjazdem wiedzieć dokąd zmierzam ;) Czytam przewodnik D. Tkaczyka, ale co raz sprawdzam okładkę, autora i tytuł, bo po kilku rozdziałach odnoszę wrazenie, ze wzięliśmy świetny kryminał! Czyta się z zapartym tchem, i szybko udaje mi się wytypować kto będzie mordercą: Monte Cristallo, Sorapis albo Shiara. Wszyscy są jednakowoż podejrzani: stopień trudności 4/6, wysoka ekspozycja, wedrowka po powietrznych nie zawsze ubezpieczonych półkach, konieczne doświadczenie górskie, zagrożenie spadającymi kamieniami itp. Następnego dnia Monte Cristallo jest już poza podejrzeniem, przynajmniej w moim przypadku. Na widok góry wyrastającej mi sprzed nosa decyduje się dogłębniej wczytac się lekture przewodnika w schronisku Lorenzii (2932 m), spod którego startuje via ferrata Maria Bianchi... Jestem jednak wzrokowcem, widok poszarpanej skały z kawałkiem metalowej liny (gdzie do cholery jest sciezka???) i stromizny szczytu "nieopodal" paraliżuje mnie. Siedzę na oszklonym tarasie schroniska i gapie się na gore jak w pysk rekinowi w jakimś oceanarium! Zerkam na tych co wychodzą na ferrate, sporo młodzieży, ale i tez ludzi starszych, a także, o kurcze te dzieciaki nie mogą mieć więcej niż 10 lat... Żałuję przez jakieś 4 godziny przez które musze czekać na naszych troje, a wystarczyłaby godzinka na oswojenie się... Jest godz. 15 gdy wszyscy schodzą na taras schroniska, umęczeni, ale gotowi pójść przynajmniej na kawałek sąsiedzkiej ferraty Ivano Dibona , bo jest jeszcze całkiem wcześnie i nie widzi nam się zbieganie piarżystym żlebem, ani zjazd wyciągiem za kolejne 10 E. Po mostkach i drabinach wchodzimy na grzbiet, z drżeniem przepinam co każdy metr moje karabinki. Kątem oka zauważam bajecznie rozpościerające się dookoła widoki, czasem przystaje by sie rozejrzeć i nabrać powietrza... Szybko orientujemy się, ze nie uda nam się tego dnia dojść do planowanego zejścia, musimy, bardziej niż chcemy, na widok stromego piarżyska, skrócić trasę. Mam wyjątkowo dluuugą okazje nauczyć się schodzić po obsuwającym się spod nog żwirze. Czuje, ze dla podbudowania morale potrzebny mi tego dnia jakis mały sukces, tym bardziej, ze wyraźnie dużo lepiej idzie mi spadanie, i slalom gigant na piętach kończę pod wyciągiem jako pierwsza, na szczęście nie na wyciągu ;). Może cos wewnątrz gnało mnie na kolejna ferrate...:) A tu można sobie obejrzec czyjaś relacje na zdjęciach, z opisywanych miejsc. www.camk.edu.pl/~ptz/hobbies/dolomiti03/ I może jeszcze jeden bardzo praktyczny adresik dotyczący Dolomit: www.republika.pl/jarekkardasz/Dolomity.htm Odpowiedz Link Zgłoś
chatka_ Sorapiss znaczy amfiteatr cz.2 25.08.04, 16:49 Nie odjeżdżamy zbyt daleko od Cortiny i udajemy się nieco na zachód w masyw Sorapiss o charakterystycznym kształcie gigantycznego amfiteatru, który to grupa zawdzięcza lodowcowi. Przed nami trzy dlugie i trudne ferraty, które nie sposób pokonać w ciągu jednego dnia. Robimy przepakowanie i do plecakow wkladamy namioty, zapas wody na dwa dni i ruszamy w stronę schroniska Vandelli. Ruch na szlaku jak pod Trzema Koronami. Nic dziwnego, trasa jest wyjatkowo piekna, waska sciezka biegnie początkowo przez las, po czym wylania się i trawersując odslania widok na wspaniale wysokogórskie panoramy. Dopiero gdy dochodzimy do schroniska możemy w całości podziwiac regularny kształt masywu, zasłaniający swym półkolistym kształtem polowe widnokręgu. Chłopcy badają mapę i wskazują na zachodnia ścianę, po której mamy się wspinać. Znowu nie bardzo dajemy im wiarę i uważamy to za świetny żart. Posłusznie jednak ruszamy na szlak, który początkowo nie sprawia żadnych trudności, idziemy praktycznie po płaskim terenie, po gładkim jakby sprasowanym glazowisku. Gdzieniegdzie widać szczeliny i pęknięcia, z gory wyraźniej zobaczymy caly ten cyrk jaki pozostawił po sobie lodowiec. Nieuchronnie zbliżamy się do miejsca w którym kończy się sciezka, przynajmniej w poziomie. Wystarczy zadrzeć glowe do gory, tak mocno jak tylko się da, aby zobaczyc jej ciag dalszy...To miejsce chłopcy ochrzczą na nasza cześć ściana płaczu ;). Najpierw po drabinach, potem po wybrzuszonych skalach, mozolnie w wielkim skupieniu wspinamy się do gory. Palcami wyszukuje ostrej krawędzi i podciągam w gore stuk odpinam jeden karabinek, przekladam za bolec przytwierdzający do skaly metalowa line ubezpieczajaca stuk wpinam karabinek do liny stuk odpinam drugi, przekladam i wpinam z jednej strony na druga stuk monotonnie i religijnie jak oczka z drutu na drut stuk jeszcze nie potrze w dol, za wczesnie stuk ale tez nie czuje strachu stuk tylko skupienie jak nad robótka reczna stuk stuk stuk słychać cisze i te rytmiczna melodie dochadzaca z gory i z dolu. Kazdy w swoim tempie dochodzimy do lewego krańca amfiteatru i szerokim grzbietem przechodzimy na druga stronę, kończy się ferrata, ścieżką, choc wcale niełatwą, schodzimy do biwaku Comici, z charakterystyczna a Alpach metalowa kapsuła, która mieści dwa piętrowe lozka i stolik. Jest około godz. 19, sprawdzamy zapas wody, okazuje się, ze wspólnie mamy już tylko 0,7 l, a najbliższy strumień przewidujemy dopiero o godz. 14 nastepnego dnia... Znajdujemy możliwość zejścia, wygląda na to, ze zanim calkiem się ściemni będziemy na dole. Trudna to decyzja bo zamykamy w ten sposób drogę powrotu na Sorapiss, tylko perspektywa kąpieli w morzu jest w stanie nas wszystkich pogodzić i zachęcić do zejścia z gor. Tylko dlaczego nikt z mapy nie odczytał jaka stromizna dzieli nas od tych marzen... Stromy żleb, wyczyszczony z grubszego piargu, pokonuje opierając się na rekach, a pozniej za reke, do samego praktycznie końca, nie jestem w stanie odpowiedzialnie uczynic żadnego kroku, gdyby jeszcze nie ten widok bez dna, za każdym obejściem gory wylania się kolejne dno, az i to znika nam z oczu gdy zapada noc. A to dopiero polowa drogi, na chwile zanim wejdziemy do lasu udaje nam się zobaczyć w dole wąską nitke strumienia do ktorego zmierzamy. Chłopcy zapalają czołówki, nie schodzimy a zbiegamy, po czyms co podczas deszczu zamienia się pewnie w potok. Liczymy, ze tedy dojdziemy do rzeki na dole, jeśli nie szlakiem, który niewiadomo kiedy zgubiliśmy... Wpadamy wprost na ścieżkę, teraz już wyraźnie słyszymy z prawej i lewej strony szemrzacy jakze dla nas mily odglos potoku. Stajemy nasłuchując i nie bardzo mogąc się ruszyc, nogi nam się trzęsą, cali się trzęsiemy ze smiechu. Piotr maksymalista w temacie gor i sportow wydaje z siebie dwa slowa: ale wyrypa. Pot nam kapie z powiek, spod powiek lzy szczęścia. Jedyne miejsce suche na mnie to dwie kieszonki hm... na klatce piersiowej ;) Rozbijamy obóz nad potokim w cieniu gory, która z czułością oslania nas od księżycowego blasku. Długo wpatruje się w granat nieba, boje się zamknąć oczy, wracaja obrazy z drogi powrotnej, przywoluje najpiękniejsze zalane w słońcu panoramy, a i tak, jakby nałożyły się na siebie dwa filmy, przed oczy wracają chwile grozy z ostatnich paru godzin. Cóż jeszcze może nam się przydarzyć? Jeszcze burzy by tylko brakowalo... Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: koro Kopisk IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 17.09.04, 11:43 Do Kopiska polożonego na polanie Puszczy Knyszyńskiej dojechac mozna dwojako. Albo skręcić z szosy Ełckiej w prawo, drogowskaz Chraboły, albo z trasy na Augustów skręcić w lewo. drogowskaz Kopisk 4. Jest to pięknie położona na wzgórzu wioseczka o zabudowie drewnianej i niesamowicie szczerych ludziach. Aby sie o tym przekonac wystarczy zajśc do miejscowego sklepu, który znajduje się naprzeciwko kościoła. Sklepik rozpoznamy po drewnianej tabliczce, na której ktos napisał ręcznie "Kiosk spożywczy". Przy odrobinie szczęścia spotkamy babcię z białym kotem. Mruczek ma tylko trzy nogi i niesamowicie bogaty życiorys. bBabcia nam wszystko opowie. W lasach wokół Kopiska znaleźć mozna mnóstwo grzybów. nalezy sie jeno zabezpieczyc przed klaszczami, gdyz i one upodobały sobie ten cudowny zakątek. Z innych przedstawicieli fauny występują tu bobry, orły i rysie. tego ostatniego co prawda nie widziałem, ale słyszałem opowieści. Oczywiście na ławeczce pod sklepem. Odpowiedz Link Zgłoś