Dodaj do ulubionych

Dziki jest ten swiat

    • ralston Kenia, cd. 13.03.03, 22:39
      Jedziemy cały czas w kierunku na północny-zachód. Mijamy kolejne, podobne do
      siebie miasteczka i dość liczne misje różnych wyznań: protestanckie, katolickie
      ale też i położone przy niewielkich meczetach szkoły islamskie. W oddali na
      północnym wschodzie dumnie wznosi się Mount Kenya, tutejszy najwyższy szczyt.
      Asfalt robi się coraz gorszy. To znaczy jakby coraz mniej w nim asfaltu, a
      coraz więcej dziur... W pewnym momencie skręcamy na drogę gruntową. Wjeżdżamy
      wgłąb sawanny. Samochodem trzęsie coraz bardziej. Musimy trzymać się siedzeń,
      żeby nie uderzać głową o dach. Krajobraz robi się monotonny. Znikły, leżące
      widocznie tylko przy głównej trasie miasteczka i wioseczki – wokół tylko
      płaski, porośnięty trawą, teren. Olbrzymia, czerwona kula słońca leży już
      bardzo nisko nad horyzontem. W drgającym powietrzu czernieją sylwetki rzadko
      rosnących, pojedynczych drzew z płaskimi koronami. Miliony lat temu popioły
      wulkaniczne, niesione passatami, które wieją tu od południowego-wschodu
      osiadały na wyżynie. Większe okruchy osiadały w pobliżu największych wulkanów:
      Kilimandżaro, nie mniej potężnego niegdyś Ngorongoro, Meru i wielu innych,
      tworząc żyzną wulkaniczną glebę. Mniejsze, lżejsze drobiny przemierzały w
      powietrzu dalszą odległość i osiadały na równinach, które właśnie oglądamy.
      Woda deszczowa z łatwością wypłukiwała z nich sole zasadowe, tworząc z czasem
      grubą i twardą skorupę wapniową. Zalega ona dziś bardzo płytko i w wielu
      miejscach, gdzie naruszono sztucznie warstwę czerwonawej ziemi, już na
      głębokości 30 cm do pół metra widać biały kamień. To dlatego tak niewiele tu
      drzew, czy krzewów. Ich korzeniom nie udaje się przebić przez twardą skorupę,
      tylko trawy mają tu rację bytu...
      Nie bardzo wiemy w jaki sposób Julius orientuje się w tej plątaninie
      niewyraźnie czasem, wśród traw widocznych dróg. Żadnych tu drogowskazów, ani
      nawet charakterystycznych punktów orientacyjnych. A słońce wprost w oczach
      znika za horyzontem i w kilka chwil robi się zupełnie ciemno. Jako, że podróż
      trwa już dość długo zaczynamy w żartach przekomarzać się z kierowcą, że z
      pewnością zabłądziliśmy. Ten wyraźnie na żartach się nie zna, bo bierze to
      bardzo do siebie i odbiera jako brak zaufania do jego umiejętności przewodnika.
      Im więcej czasu upływa, tym bardziej sam staje się podenerwowany. Chwilami
      chyba sam zaczyna tracić wiarę w to, że jedziemy w dobrym kierunku. Przestajemy
      żartować, bo w pewnym momencie Julius zatrzymuje samochód i zawraca. Jedziemy w
      milczeniu w przeciwnym kierunku przez kilka kilometrów, żeby znowu zawrócić. Od
      kiedy zaszło słońce zupełnie straciłem orientację i nie wiem już, czy wracamy
      tą samą drogą, którą dopiero jechaliśmy, czy Julius już wybrał inny jej
      wariant. W końcu po blisko godzinie błądzenia, na skupionej twarzy naszego
      przewodnika pojawia się ulga... odnalazł stojącą przy drodze starą, białą
      niegdyś, teraz przerdzewiałą tablicę. I chociaż nie da się na niej odczytać
      żadnych napisów - pewnie wykręca kierownicą i teraz suniemy już w kompletnej
      ciemności po całkowitych wertepach. Ale zaledwie po kilkunastu minutach w
      światłach reflektorów ukazuje się grupa drzew, otoczona wysokim ogrodzeniem, z
      grutem kolczastym u góry. Uzbrojony strażnik otwiera najpierw jedną bramę,
      którą zamyka natychmiast po naszym wjeździe, po to żeby zaraz otworzyć
      następną. Wjeżdżamy do środka. Po chwili wyłaniają się światła kompleksu
      parterowych budyneczków. Jesteśmy na miejscu – w Lake Nakuru Lodge...

      cdn.
      • aand Re: Kenia, cd. 14.03.03, 08:46
        ...podkreciles temperature !:)) Dalej, co dalej ???!!!
    • ralston Kenia: Lake Nakuru Lodge 16.03.03, 22:28
      Formalności meldunkowe trwają na szczęście niedługo i po chwili wędrujemy, w
      towarzystwie kilku murzynów – bagażowych, w stronę długiego, parterowego
      budyneczku. Pachnie wilgotną ziemią i trudną do określenia mieszanką zapachów
      roślinnych – egzotycznych kwiatów, jakichś pnączy i Bóg wie jeszcze, czego. Nie
      przypomina to czegokolwiek znanego do tej pory... Bagażowy prowadzi nas do
      naszej kwatery. Kilka dolarów napiwku sprawia, że ciemność nocy przerywa nagle
      widok dwóch rzędów uśmiechniętych zębów. I już wiemy, że nie mamy do czynienia
      z Masajem, bo ten miałby wybite dwie dolne jedynki, a tu proszę bardzo-pełny
      garnitur. Dentysta by się tu chyba nie wyżywił... Rozkładamy niespiesznie
      rzeczy, bo po wyjątkowo obfitym obiedzie, mimo późnej pory, ciągle nie
      odczuwamy głodu. Wnętrze pokoju urządzone jest w stylu kolonialnym. Wzrok
      przykuwają duże, ciężkie łóżka z ciemnego drewna, każde przykryte zwieszoną z
      sufitu moskitierą. Pozostałe sprzęty raczej skromne, kilka szafek, szafa,
      lustro... W łazience – tradycyjne brytyjskie rozwiązanie: dwa osobne krany. W
      jednym zimna woda, w drugim ukrop. Zęby muszę wypłukać w zimnej, bo kubeczka
      nigdzie nie widzę, a z ciepłą ryzykować nie będę, chociaż gębę mam nie
      wyparzoną :)
      W oczekiwaniu na dokończenie toalety przez resztę grupy, spaceruję po terenie
      ośrodka, wąskimi, wysypanymi żwirem alejkami. Wdycham wszystkie te niesamowite
      aromaty i oczyma wyobraźni próbuję przebić się przez ciemność otaczającą naszą
      oazę spokoju. Wzrok nie ma się bowiem na czym zatrzymać – nic nie rozświetla
      smolistej czerni, leżącej poza elektrycznym (!) ogrodzeniem... Dziwne jest to,
      że nie prześladują mnie żadne insekty. Nawet tuż przy lampach niewiele lata
      owadów. Może to dlatego, że mamy porę suchą... Przyjemnie jest krążyć tak wśród
      bujnej zieleni, w koszulce z krótkim rękawem i ze świadomością, że jest właśnie
      druga połowa stycznia.
      Kiedy wchodzmy grupą do sali restauracyjnej, ciszę przerywa jakiś kobiecy
      śpiew, do muzyki gitarowej. Jakież jest nasze zdziwienie, kiedy do naszego
      stolika podchodzi wykonawca – niemłody już murzyn i z całą pewnością – facet!
      Chociaż w to, że jest stuprocentowym mężczyzną, przy tym głosie jakoś uwierzyć
      nie możemy... Ale kolacja smakuje wybornie przy dźwiękach wesołej melodii i
      słów: Jambo, jambo! Habari gani. Mzuri, mzuri sana! Hakuna matata...
      Początkowa chęć pozostania dłużej, ustępuje jednak zmęczeniu i pomału zbieramy
      się z restauracji, chwytając jeszcze po drodze leżące na wielkich paterach,
      świeże ociekające sokiem owoce: ananasy i mango. Jeszce tylko chwila oddechu na
      wystawionych na werandzie domku rozkładanych fotelach, jakieś luźne pogaduchy i
      pakujemy się każdy pod swoją moskitierę. Pod powiekami przewijają się jeszcze
      obrazy minionego dnia i sen przychodzi nie wiadomo w którym momencie. Co
      jeszcze było rzeczywistymi wspomnieniami, a co już tylko sennym marzeniem? Nie
      wiem. Wiem tylko jedno - błogi sen przerywa brutalnie potworny hałas, patrzę na
      zegarek – nie ma jeszcze szóstej...

      c.d.n.
      • Gość: Stanislaw Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge IP: *.dip.t-dialin.net 17.03.03, 00:17
        Wow! To bylo cudowne.
        Nie znalem Cie Ralston z tej strony.
        Nastroj oddales. Pisz tak dalej - bomba!
        Dzieki - czekam na cdn.
        Stanislaw
        • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 17.03.03, 09:05
          Stanisław - nie rozśmieszaj mnie. Tego nastroju oddać się nie da. Ja, w każdym
          razie, nie umiem... Czytam jeszcze raz, to, co napisałem i nadziwić się nie
          mogę, że to takie płytkie i wyprane z nastroju. Trzeba albo tam pojechać, albo
          wysłać kogoś, komu "język giętki" pozwoli napisać, co pomyśli głowa...
          • Gość: chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge IP: *.piasta.pl 18.03.03, 01:09
            trzeba to przede wszystkim zapamietac, a zeby zapamietac - przezyc, zeby
            przezyc - trzeba byc wrazliwym ... z wyrazami podziwu Chatka
            • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 09:02
              Gość portalu: chatka_ napisał(a):

              > trzeba to przede wszystkim zapamietac, a zeby zapamietac - przezyc, zeby
              > przezyc - trzeba byc wrazliwym ... z wyrazami podziwu Chatka

              Żeby przeżyć, twardym trzeba być! A nie wrażliwym! Tam lwy były i faceci z
              dzidami!
              • chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 10:35
                niech bedzie po Twojemu, ale tylko w polowie: trzeba byc wrazliwym twardzielem!
                (naprawde nie ma sie czego wstydzic :)
                • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 10:44
                  Dobra, dobra - Ty tu nie mydl oczu tematami zastępczymi, tylko zaraz gadaj -
                  kiedy będzie o Lwowie.
                  • chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 10:52
                    Drodzy Panowie czy Wy tez z takim trudem jak Ralston przyjmujecie
                    komplementy? :))
                    • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 11:00
                      Droga Chatko, za komplementa dziękuję. A teraz proszę, tylko bez zawijania,
                      odpowiedzieć, kiedy będą lwowskie opowieści :)
                      • chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru Lodge 18.03.03, 11:07
                        Zaczynasz mowic ludzikm glosem :) i od razu zmieklo mi serce, dzis beda
                        zdjecia...z opowiastkami nie wyrobie sie do weekendu :( Najpierw obowiazki
                        potem przyjemnosc :)
    • ralston Kenia: Lake Nakuru National Park 18.03.03, 22:44
      Ki diabeł? Drewniane poszycie dachu dudni jakby ktoś uderzał w nie czymś
      ciężkim. Pokusa, żeby znowu zakopać się w ciepłe łóżko jest przeogromna... ale
      o spaniu mowy nie ma. Hałasy nie ustają. Czy oni powariowali, żeby o tej porze
      robić remonty dachu?! Ale nagle źródło hałasów jakby zaczyna się przemieszczać
      i to w dość szybkim tempie, dudniąc w coraz to bardziej odległym fragmencie
      długiego budynku. To jednak nie mogą być robotnicy. W pośpiechu naciągam na
      siebie ubranie i wybiegam na dwór, po to, by po chwili... pędem wrócić do
      pokoju! Spokojnie – tym razem nie ze strachu, tylko po aparat. Kiedy jednak
      wracam, już uzbrojony w nowoczesną optykę – potężny pawian, znudzony
      odprawianymi przed chwilą dzikimi harcami po całym dachu, znika gdzieś pośród
      gałęzi drzew. Czemuż to, ach czemu nie mam teleobiektywu...
      Chwilę później przygodę z pawianami przeżywa Tadzio. Ich spore stado rozsiadło
      się leniwie, tuż za ogrodzeniem, przy niewielkim stawie. Kiedy jednak Tadek
      wyszedł na taras restauracji, trzy spore samce w jednej chwili przesadziły
      ogrodzenie. Nawet nie zdążyłem zauważyć w jaki sposób poradziły sobie z drutem
      pod napięciem. I już stoją na czworaka przed Tadziem, który zaskoczony zamarł w
      pół kroku... Cofnięte policzki, obnażone kły i ni to wycie, ni to syk
      wydobywający się z gardła (mowa oczywiście o pawianach, nie o Tadziu), mogą
      przestraszyć najdzielniejszego. Nie bardzo wiadomo – jak się zachować. W końcu
      niewielkie ma się doświadczenia w obronie przed pawianami. W Beskidach, skąd
      pochodzi Tadek, są już dzisiaj prawdziwą rzadkością :) Na szczęście w sukurs
      przychodzi jeden z kelnerów, który wybiega na taras, glośno łomocząc w blaszaną
      tacę. Pawiany pryskają na powrót za płot, a my od tej chwili wiemy, że bez
      blaszanej tacy na safari wybierać się nie ma po co...
      Za dnia wszystko wygląda inaczej. Mniej tajemniczo, za to o wiele barwniej.
      Jest wcześnie, więc długie cienie ścielą się jeszcze po ziemi, uplastyczniając
      teren wokół. Za kilka godzin, kiedy słońce będzie wysoko, będzie się wydawał
      bardziej płaski niż w tej chwili. Zmieniają się zresztą nie tylko kolory, ale i
      zapach. A to za sprawą kwiatów, które po nocy, pootwierały do słońca kielichy i
      zaczęły wydzielać rozmaite aromaty. Ciężkawy, wilgotny, trochę korzenny zapach
      poprzedniego wieczoru ustępuje na rzecz zdecydowanie słodkiej nucie kwiatowo-
      miodowej.
      c.d.n.
      • Gość: hmc Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.xen.pl 18.03.03, 23:00
        Fajnie by było pooglądać trochę zdjątek z Afryki
        • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 18.03.03, 23:04
          Kup sobie album. National Geographic fajny wydało... ;)
          • saunne Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 14:16
            Rals jestes super! :))))))

            pozdrawiam!
            • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 14:24
              A powyższe, to w związku z czym?
              Dodam tylko, że zaszczycony jestem równie jak zażenowany :))
          • Gość: hmc Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.xen.pl 19.03.03, 15:09
            Bardzo śmieszne Raals, bardzo.
            Pozdrawiam Hmc
            • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 15:13
              Wcale nie śmieszne. Przynajmniej mi nie do śmiechu... Chcesz pooglądać dobre
              fotki - kup "Afryka" National Geographic, albo album młodego Gudzowatego, ale
              raczej to pierwsze polecam.
              Nie licz, że u mnie znajdziesz coś ciekawego :(
              • aand Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 15:52
                ralston napisał:

                > Nie licz, że u mnie znajdziesz coś ciekawego :(

                Kto jest za tym zeby Ralstonowi spuscic bencki za krnabrnosc i niska samoocene,
                reka do góry...? ;)
                • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 16:01
                  aand napisał:

                  > ralston napisał:
                  >
                  > > Nie licz, że u mnie znajdziesz coś ciekawego :(
                  >
                  > Kto jest za tym zeby Ralstonowi spuscic bencki za krnabrnosc i niska
                  samoocene,
                  >
                  > reka do góry...? ;)

                  Uważaj, żeby nie uschła :))) O moją samoocenę bądź spokojny! A zdjęcia kiepskie
                  są i basta! Parę fotek, możecie pooglądać tu:

                  www.plfoto.com/uzytkownik.php?authorname=ralston
                  - bynajmniej nie najwyższych lotów, ale wstydzić się ich za bardzo nie muszę.
                  Afryki tam jednak nie znajdziecie, ino nasze krajowe dzikie zakątki...
                  • aand Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 17:00
                    ...wystarczylo postraszyc i prosze! Dzieki Raals! :))) Tylko z samoocena nie
                    przesadzaj w druga strone...:)
                    • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 19.03.03, 17:08
                      Nikt nie musiał straszyć. Link do zdjęć się już wcześniej na tym wątku pojawił.
                      Przy okazji opowieści dziwnej treści z Pogórza Przemyskiego :))
                      • Gość: chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.piasta.pl 20.03.03, 00:12
                        hi hi hi hi hi :)
                        • Gość: chatka_ Razem czy osobno? IP: *.piasta.pl 20.03.03, 00:23
                          Zastanawialm sie jak wolicie podrozowac razem czy osobno? Wydaja sie byc
                          oczywiste zalety podrozowania w grupie czy parze: poczucie bezpieczenstwa,
                          podzial kosztow, a przede wszystkim mozliwosc wspolnego przezywania i dzielenia
                          sie wrazeniami. Ale czy czasem to nas nie ogranicza, samo bycie w grupie,
                          problemy grupy sprawiaja ze jestesmy bardziej na sobie niz na tym co dookola
                          nas skupieni, mniej otwarci na tubylcow? Jakie sa Wasze doswiadczenia?
                          • aand Re: Doswiadczenia solowe :) 20.03.03, 09:02
                            Gość portalu: chatka_ napisał(a):

                            > Zastanawialm sie jak wolicie podrozowac razem czy osobno? Wydaja sie byc
                            > oczywiste zalety podrozowania w grupie czy parze: poczucie bezpieczenstwa,
                            > podzial kosztow, a przede wszystkim mozliwosc wspolnego przezywania i
                            dzielenia
                            >
                            > sie wrazeniami. Ale czy czasem to nas nie ogranicza, samo bycie w grupie,
                            > problemy grupy sprawiaja ze jestesmy bardziej na sobie niz na tym co dookola
                            > nas skupieni, mniej otwarci na tubylcow? Jakie sa Wasze doswiadczenia?

                            Moze zaczne i opowiem jakie sa wrazenia z singlowych wypraw. :)
                            Bezpieczenstwo - w grupie oczywiscie nie ma porównania. Pojedyncza osoba MUSI w
                            praktyce liczyc tylko na siebie, ale i Herkules d..a kiedy ludzi kupa... Zmoich
                            doswiadczen istotny jest tez kraj po który sie podrózuje. Dla mnie takim
                            poligonem byla Skandynawia, b. spokojny region tyle ze gdyby na pólnocnych
                            pustkowiach cos by sie przytrafilo to...kaplica. Na szczescie bodaj caly
                            Pólwysep S. pokryty jest zasiegiem komórek. Mysle ze minimum bezpieczenstwa to
                            dwie osoby. W krajach orientalnych minimum jeden chlopak do asekuracji
                            dziewczyn (w Turcji na mojego kolege patrzyli z podziwem bo byl w towarzystwie
                            trzech kolezanek i do tego blondynek! :)) Solo odpada gdy ma to byc wyprawa
                            choc troche wyczynowa. Musi byc druga osoba do asekuracji przy np. wspinaniu,
                            takoz i trekking moim zdaniem wymaga wsparcia wspóltowarzyszy. Pozostaje
                            turystyka.
                            Wrazenia - chocby nie wiem jak ciche i dyskretne to towarzystwo jednak
                            absorbuje troche uwagi... i juz cos nam umyka...;)) Z pewnoscia swietny trening
                            jezykowy. MUSIMY mówic bo NIKT za nas nie powie. Nie ma dylematów: idziemy tam
                            czy gdzie indziej. Pojedynczej osobie chetniej pomagaja miejscowi. Kiedy bylem
                            w Szkocji to lancuch ludzi dobrej woli przekazywal mnie mniemal z rak do rak
                            gdy szukalem domu znajomej (zastrzezenie - to byla mala miejscowosc gdzie
                            wszyscy sie znaja). Ciekawe zjawisko - w Norwegii gdy drzemalem w pociagu
                            zdawalo mi sie ze ktos obok przechodzi i mówi po polsku. Budze sie...eee
                            Norweg. I za pól godziny to samo.Cos jednak w glowie siedzi...:)
                            Koszty - tu nie ma gadania. Lepiej jezdzic z kims. Koszty sie rozkladaja a i
                            poratowac moga jakims jedzonkiem...
                            To tyle co mi sie przypomina. Choc musze przyznac ze najwieksza wyprawa-wpadka
                            to podróz autostopem z moim kolega, z Warszawy do Bordeaux. Ale o tym moze
                            kiedy indziej...:)
                            • chatka_ Re: Doswiadczenia solowe :) 20.03.03, 23:10
                              aand napisał:

                              > Pojedynczej osobie chetniej pomagaja miejscowi. Kiedy bylem
                              > w Szkocji to lancuch ludzi dobrej woli przekazywal mnie mniemal z rak do rak
                              > gdy szukalem domu znajomej (zastrzezenie - to byla mala miejscowosc gdzie
                              > wszyscy sie znaja). Ciekawe zjawisko - w Norwegii gdy drzemalem w pociagu
                              > zdawalo mi sie ze ktos obok przechodzi i mówi po polsku. Budze sie...eee

                              > Norweg. I za pól godziny to samo.Cos jednak w glowie siedzi...:)

                              cos w tym jest na rzeczy, podroz zaczeta samotnie, wcale samotnie nie musi sie
                              skonczyc :) Pelno w Kathmandu, Londynie czy Ułan Bator backpackersow, ktorzy
                              samotnie wyruszja ze Stanow czy Australii, i szukaja towarzystwa na miejscu: w
                              trasie, w schroniskach, w kafejach internetowaych. I to rozwiazanie bardzo mi
                              odpowiada, mozna byc albo nie byc w grupie, pojechac gdzies gdzie sie wcale nie
                              planowalo, poobcowac z bardzo roznymi ludzmi!
                              Aandzie czy moge liczyc na opowiastki ze Szkocji, marzy mi sie samotna :))patrz
                              wyzej), wyprawa na Hebrydy. Przy okazji zahaczylabym o krance najbardziej na
                              polnoc polozone, gdzie Ty z kolei byles! Please :)


                              • aand Re: Doswiadczenia solowe :) 21.03.03, 10:07
                                Napisze o Szkocji. Obiecuje...:)))
                          • ralston Re: Razem czy osobno? 20.03.03, 11:07
                            Z moich doświadczeń solo - jest bardzo dobre na krótkie wypady. Na większe
                            lepsza jest nieduża grupa. Zawsze to jest do kogo gębę otworzyć na jakimś
                            pustkowiu. Natomiast dobrze, jak jest to grupa sprawdzonych, czy
                            rekomendowanych osób a nie przypadkowy zbiór ludzi.
                            • chatka_ Re: Razem czy osobno? 20.03.03, 23:19
                              ralston napisał:

                              > Z moich doświadczeń solo - jest bardzo dobre na krótkie wypady. Na większe
                              > lepsza jest nieduża grupa. Zawsze to jest do kogo gębę otworzyć na jakimś
                              > pustkowiu. Natomiast dobrze, jak jest to grupa sprawdzonych, czy
                              > rekomendowanych osób a nie przypadkowy zbiór ludzi.

                              Ten przypadkowy zbior ludzi czesto nie jest taki nieokreslony jak by sie
                              wydalawalo. Pewne wyprawy, a szczegolnie trekking i tramping przyciagaja raczej
                              podobny nam typ ludzi. Nie jest to do konca gwarancja udanych wakacji, ale
                              zaryzykowac warto. Inaczej nie byloby tego wątku, tzn. nie zalozylaby go
                              Chatka :)))
                              • ralston Re: Razem czy osobno? 21.03.03, 11:11
                                To prawda, że jak jedziesz na tramping, to możesz zakładać, że nawet jeśli
                                towarzystwa nie znasz, to jest pewne prawdopodobieństwo, że wyprawa się uda. Na
                                pewno nie pojadą na coś takiego ludzie nastawienie na leżenie na plaży do góry
                                brzuchem z tendencją do ponoszenia wysiłku tylko wtedy gdy chodzi o dotarcie do
                                najbliższej budki z piwem lub smażalni rybek.
                                Do tego jest to zawsze szansa na poznanie kogoś nowego, ciekawego...
                  • ormond Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 03:36
                    Alez ta cerkiew na Antoniuku sliczna. Czy ktos wie o jakiej web site na jej
                    tamat. Moze cos wiecej o projektancie itd...
                    Prawdziwa perla architektury sakralnej w Bialymstoku. Projektanci kosciolow-
                    koszmarow czapki z glow i po nauke do... ktokolwiek projektowal ten gmach.
                    • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:13
                      Nie gorączkuj się tak Ormond. Bywają też i ładne nowe kościoły. Jest jeden taki
                      w Białym - neobarokowy. Moim zdaniem też perełka.
                      Obejrzeć można tutaj:
                      www.plfoto.com/zdjecie.php?picture=72937
                      A przy okazji można też zobaczyć jak wygląda bardzo dobre zdjęcie :)
                      • ormond Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:19
                        Moim zdaniem tez. Widzialem i podziwialem. Rzecz w tym,
                        ze to nie dzielo naszych pozal-sie-Boze architektow od
                        budwania kosciolow w stylu bunkier i jeszcze jeden
                        bunkier, tylko kopia kosciola, ktor niegdys istnial
                        gdzies na kresach.

                        > Nie gorączkuj się tak Ormond. Bywają też i ładne nowe
                        kościoły. Jest jeden taki
                        >
                        > w Białym - neobarokowy. Moim zdaniem też perełka.
                        > Obejrzeć można tutaj:
                        • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:27
                          Ale czyjaś w tym mądrość była, żeby nie budować bunkra, tortu, czy skoczni
                          narciarskiej a postawić coś, co się już kiedyś sprawdziło, bodaj w Wilnie...
                          • ormond Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:41
                            Masz racje, niestety nie znam calej historii, ale
                            opowiadono mi, ze to bylo dzielo-misja jakiegos ksiedza,
                            oddanego sprawie.



                            > Ale czyjaś w tym mądrość była, żeby nie budować bunkra,
                            tortu, czy skoczni
                            > narciarskiej a postawić coś, co się już kiedyś
                            sprawdziło, bodaj w Wilnie...
      • Gość: chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park IP: *.piasta.pl 20.03.03, 00:40
        Podobala mi sie ta opowiastka :)))))))
        • alex.4 Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:12
          Chatko mam do Ciebie pytanie jako specjalisty. Włąśnie przymierzam sie do kupna
          aparatu cyfrowego. Nie chce robić zbyt profesjonalnych zdjęc. Mam pytanie. Jak
          długo przy 2mpikselach i lampie błyskowej trzeba czekać na zrobienie zdjęcia
          oswietlonego budynku nocą (podobno mozna, tylko to trwa), a po drugie czy warto
          połąszczyć się na zoom optyczny, czy moze zostać przy zoomie cyfrowym?
          Pozdr
          Jestem laikiem, wiec moje pytania pewnie są zupełnie trywialne...
          • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:17
            Alex - musisz popytać użytkowników sprzętu cyfrowego. Ormond, o ile pamiętam
            pracuje na takim. Chatka używa konwencjonalnego Canona EOS 300 :)
          • chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 23:46
            alex.4 napisał:

            > Chatko mam do Ciebie pytanie jako specjalisty. Włąśnie przymierzam sie do
            kupna
            >
            > aparatu cyfrowego. Nie chce robić zbyt profesjonalnych zdjęc. Mam pytanie.
            Jak
            > długo przy 2mpikselach i lampie błyskowej trzeba czekać na zrobienie zdjęcia
            > oswietlonego budynku nocą (podobno mozna, tylko to trwa), a po drugie czy
            warto
            >
            > połąszczyć się na zoom optyczny, czy moze zostać przy zoomie cyfrowym?
            > Pozdr
            > Jestem laikiem, wiec moje pytania pewnie są zupełnie trywialne...

            Alex wlasciwie Ralston Ci juz odpowiedzial(dzieki Rals). Przykro mi, ze
            musiales tyle sie napisac :) Mam nadzieje, ze zglosi sie ktos bardziej w
            temacie wyedukowany niz ja. Nawet gdybys mnie pytal o moj obiektyw to niewiele
            bys sie dowiedzial, ja jedynie wiem w ktora storne go skierowac, ewentualnie
            troche nim pokrecic :))
        • ralston Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 11:22
          Gość portalu: chatka_ napisał(a):

          > Podobala mi sie ta opowiastka :)))))))

          Dzięki, ale nie powinienem pisać o tak późnej porze - gramatyka mi się w
          ostatnim zdaniu rozjechała :))) i dopiero rano zauważyłem :(((
          Poza tym W tej części od pobudki nie udało mi się dojechać nawet do śniadania.
          W tym tempie to Was pousypiam zanim dojdziemy do pierwszego lwa :)))
          • chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 23:33
            ralston napisał:

            > Gość portalu: chatka_ napisał(a):
            >
            > > Podobala mi sie ta opowiastka :)))))))
            >
            > Dzięki, ale nie powinienem pisać o tak późnej porze - gramatyka mi się w
            > ostatnim zdaniu rozjechała :))) i dopiero rano zauważyłem :(((
            > Poza tym W tej części od pobudki nie udało mi się dojechać nawet do
            śniadania.
            > W tym tempie to Was pousypiam zanim dojdziemy do pierwszego lwa :)))

            Raalsie nie ma sie czym martwic, inaczej dawno przestalabym juz pisac, za kazda
            opowiastka, ba!, postem powinnam slac drugi i poprawic bledy! Literowki da sie
            wybaczyc, ale teleportacja pomylic z deportacje!:)) Skladnia angielska tez mi
            sie zdarza :) Ale ludzie tu tak dobrze wychowani ze nie zwracaja uwagi :)

            • chatka_ Re: Kenia: Lake Nakuru National Park 20.03.03, 23:49
              chatka_ napisała:

              > ralston napisał:
              >
              > > Gość portalu: chatka_ napisał(a):
              > >
              > > > Podobala mi sie ta opowiastka :)))))))
              > >
              > > Dzięki, ale nie powinienem pisać o tak późnej porze - gramatyka mi się w
              > > ostatnim zdaniu rozjechała :))) i dopiero rano zauważyłem :(((
              > > Poza tym W tej części od pobudki nie udało mi się dojechać nawet do
              > śniadania.
              > > W tym tempie to Was pousypiam zanim dojdziemy do pierwszego lwa :)))
              >
              > Raalsie nie ma sie czym martwic, inaczej dawno przestalabym juz pisac, za
              kazda
              >
              > opowiastka, ba!, postem powinnam slac drugi i poprawic bledy! Literowki da
              sie
              > wybaczyc, ale teleportacja pomylic z deportacje!:)) Skladnia angielska tez
              mi
              > sie zdarza :) Ale ludzie tu tak dobrze wychowani ze nie zwracaja uwagi :)

              :))) :))) :))) Niestety nie dalo sie bez bledow napisac :)))Naprawde ich nie
              zauwazam :) na papierze rowniez :(

    • ralston Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 20:09
      Po śniadaniu, złożonym głównie z niewiarygodnych ilości świeżutkich i
      soczystych owoców – pakujemy się do naszego busika. Wcześniej Julius dokonuje
      tylko małej przeróbki. Podnosi dach, w taki sposób, że stojąc w samochodzie
      możemy wystawiać głowy na zewnątrz. Nie ujeżdżamy nawet stu metrów poza bramę,
      żeby odkryć, że to, co wydawało się jeszcze przed chwilą niezamieszkaną
      przestrzenią (jeśli nie liczyć garstki pawianów) – po prostu tętni życiem.
      Najpierw mijamy duże stado leniwie pasących się impali i gazeli Granta, potem w
      poprzek drogi przebiega stado gazeli Thompsona, ze skośnymi czarnymi pasami na
      boku. To jedne z mniejszych tutejszych kopytnych i podstawowe pożywienie
      gepardów. Pomału, z typowego buszu, porośniętego kolczastymi krzakami,
      wjeżdżamy pomiędzy drzewa o wysoko sklepionych, płaskich koronach i żółtawych
      pniach. Są to cieszące się niegdyś złą sławą yellow fever trees. Wokół
      wilgotnych miejsc, gdzie rosną, występowały i nadal występują, ogniska
      zachorowań na żółtą febrę. Tylko wcześniej nikt nie kojarzył tego z lęgnącymi
      się w podmokłych miejscach, komarami... Tymczasem, to właśnie drzewa okazały
      się zbawieniem, bo ich kora zawiera chininę, która leczy objawy febry.
      Julius uzgadnia z nami sprawy porządkowe. Kiedy chcemy się zatrzymać –
      mówimy „stop”, wtedy oglądamy, fotografujemy, a kiedy chcemy jechać dalej –
      mówimy „go”. Ustalenia, ustaleniami a po piętnastu minutach bezbłędnie reaguje
      na „jedziemy” i „stać”. A mówią, że ten polski taki trudny... Właśnie jesteśmy
      w przerwie między „stać” a „jedziemy”, bo podziwiamy stado bawołów. Budzi toto
      respekt, ale utytłane jest w błocku niemożebnie. Od dziś postanawiam mówić do
      dzieci – „ubrudziłeś się jak bawół”, bo naszej poczciwej świni trudno byłoby w
      tej konkurencji dotrzymać pola :)
      Mnóstwo czasu spędzamy na podziwianiu żyraf. To naprawdę piękne i dostojne
      zwierzęta. Poruszają się z niezwykłą gracją. Jesteśmy też świadkami pojedynku
      dwóch samców. Wygląda to z początku komicznie. Stoją do siebie bokami i
      markują uderzenia głową – na przemian pochylając je i prostując. Regularny
      balet! Ale kiedy któryś uznaje, że jest właściwy moment do ataku – głowa
      wędruje szerokim łukiem i następuje próba uderzenia przeciwnika rogami od dołu.
      Większość tych prób jest nieudanych – szyje im się plączą i potem chwilę trwa
      zanim ustawią się znowu na pozycjach wyjściowych – jak zawodnicy na macie – i
      zaczynają taniec od nowa. Kiedy jednak cios dochodzi przeciwnika, huk staje się
      bardzo donośny, mimo sporej odległości od zapaśników. Oj, to musiało zaboleć!

      c.d.n.
      • chatka_ Re: Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 23:38
        jakbym to widziala! A pelikany to jeszcze bede czy juz byly?
        • ralston Re: Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 23:51
          Będą. Skąd wiesz o pelikanach???
          • chatka_ Re: Lake Nakuru National Park c.d. 20.03.03, 23:56
            Ktos mi kiedys pokazywal bardzo ladne zdjecia :)
            • ralston Re: Lake Nakuru National Park c.d. 21.03.03, 12:38
              O.K. o pelikanach będzie w następnym odcinku...
    • ralston Lake Nakuru National Park c.d. 2 23.03.03, 23:16
      W oddali widać już błękitną plamę – to jezioro Nakuru. Zanim jednak dotrzemy
      nad brzeg, napotykamy kolejne dużo stado bawołów, mnóstwo różnego rodzaju gazel
      i antylop. Między nimi stadko masywnych waterbucków, jak nazywa je nasz
      przewodnik. Jednak na tym etapie wycieczki najciekawsze jest spotkanie ze
      złożonym z kilkunastu osobników, stadem nosorożców białych. Lake Nakuru
      National Park jest jednym z kenijskich sanktuariów tego ginącego gatunku. Tu
      jeszcze ciągle występują dość licznie. A prezentują się trzeba przyznać –
      majestatycznie. Potężne, zwaliste sylwetki i masywne rogi na nosach, budzą
      należny im respekt.
      Kiedy wyjeżdżamy na odkryty, pozbawiony drzew, teren w bezpośrednim pobliżu
      jeziora, upał staje się już bardzo dokuczliwy. Wokół błękitnej plamy jeziora
      daje się zauważyć różowawa otoczka. Bliższa lustracja przez lornetkę odkrywa
      przyczynę: są nią tysiące, dziesiątki tysięcy flamingów, brodzących w płytkiej
      wodzie, tuż przy brzegu. Wiatr zmienia się nieoczekiwanie i przynosi od strony
      jeziora chłodniejszy powiew, co odebralibyśmy w obecnym skwarze z radością,
      gdyby nie to, że podmuch przynosi ze sobą... nieznośny fetor ptasiego łajna.
      Natężenie smrodu rośnie w miarę jak podjeżdżamy bliżej brzegu jeziora. Okazuje
      się, że flamingi nie są jedynymi autorami tej regionalnej atrakcji. Po drodze,
      mijamy bowiem stado kilkunastu potężnych marabutów, które stoją w pewnym
      oddaleniu od wody i rozpościerają skrzydła, wystawiając je na wiatr, aby ten
      osuszył ich wilgotne pióra. Pomiędzy dwoma gatunkami flamingów, widać też
      czczone w Egipcie ibisy i niezliczone rzesze pelikanów. Po prostu ptasi raj,
      który natychmiast nasuwa skojarzenia z doliną Biebrzy i Narwi. Podobnie jak
      przy żyrafach o onnych kopytnych, tak i tu – migawka strzela sama i nie wiadomo
      kiedy kończą się kolejne rolki filmu. Jest o to łatwiej o tyle, że Julius
      pozwala nam opuścić samochód i zbliżyć się do ptaków. W buszu, ze względu na
      drapieżniki jest to zakazane i zagrożone dużymi karami. Tu mamy teren odkryty i
      pozbawiony nawet niskiej trawy, możemy się więc czuć bezpiecznie. Tak więc mamy
      pośród niezliczonych rzesz ptactwa, kilku osobników homo sapiens... z tym, że
      ledwie sapiens z powodu i upału, i duszącego smrodu ptasich odchodów. Okazuje
      się, że na próby zbliżania się z aparatem do brzegu, flamingi reagują ucieczką
      w głąb płytkiego jeziora. Obecnością ludzi zdają się za to nie przejmować
      specjalnie pelikany i marabuty: pozują wdzięcznie czy to w locie, czy to na
      ziemi, czy wreszcie na wodzie. Mamy kupę radochy, z pewną przewagą kupy
      wszakże, która oblepia nam trochę podeszwy butów i wnosi niepowtarzalny aromat
      do wnętrza busika.
      Ruszamy w stronę naszej lodge. O tej porze dnia słońce praży tak
      niemiłosiernie, że zwierzęta raczej szukają schronienia w cieniu i nie
      odnajdują większej przyjemności w pokazywaniu się europejskim turystom. Nie
      mamy więc za specjalnie czego szukać. Tak by się przynajmniej mogło z pozoru
      wydawać, bowiem po kilkunastu minutach jazdy musimy się nagle zatrzymać. Na
      środku drogi – na wprost nas ustawił się bowiem potężny samiec
      nosorożca. „Ustawił”, okazało się po chwili niezbyt aktualnym określeniem, bo
      zwierzę ruszyło lekkim truchtem (o ile można można w ogóle mówić o lekkim
      truchcie kilkutonowego, opancerzonego bydlęcia) prosto w naszym kierunku.
      Natychmiast przypomniałem sobie słowa Juliusa, który mówił, że zwierzęta w
      stadach na ogół nie są niebezpieczne, natomiast pojedynczych osobników
      nosorożców, słoni, bawołów czy lwów raczej należy unikać. Ten był jak
      najbardziej sam, a w dodatku miał na celowniku naszą chłodnicę! Zauważyłem, że
      Julius wrzucił wsteczny bieg, ale nie ruszał się z miejsca. Wtedy z krzaków po
      lewej stronie drogi wymaszerowała nagle jeszcze samica z młodym – takim całkiem
      maleńkim, raptem kilkusetkilogramowym, brzdącem. Nie wiedziałem już, czy to
      lepiej (nosorożec okazał się nie być samotnikiem) czy gorzej (zawsze obecność
      młodych zwiększa ryzyko). Cała trójka rozwiała jednak nasze wątpliwości i
      przemaszerowała dostojnie obok, niemal ocierając się o nasz samochód i łaskawie
      pozwalając się obfotografować.
      Chwilę później, w wysokiej trawie, pod jednym z rozłożystych drzew dostrzegamy
      grzywę króla zwierząt. Simba jest jednak leniwy i nawet się nie porusza na nasz
      widok. Szkoda, bo z trawy widać mu tylko czubek grzywy. Kawałek dalej Julius
      odkrywa, że pod krzakiem tuż przy drodze schowała się lwica. Ale podobnie jak
      przed chwilą wysoka trawa utrudnia obserwację. Wtem jednak trawa rozchyla się
      na moment i spośród źdźbeł wygląda na chwilę para młodych ciekawych ślepiów. Na
      moment, bo matka reaguje natychmiast pacnięciem łapą, z góry w wystający łepek.
      Ponad wszystko wybija się wówczas pisk Agnieszki, która chciałaby „pomiziać”
      kociaka. Na stwierdzenie, żeby wyszła i sobie pomiziała, zapał do miziania jej
      mija... Lwica zaniepokojona naszą przedłużającą się obecnością, postanawia
      przenieść się pod krzak, bardziej oddalony od drogi. I wtedy okazuje się, że
      małych jest cała trójka!
      Zanim docieramy do Lake Nakuru Lodge mijamy jeszcze stada impali, elandów,
      zebr, bawołów, kilkanaście żyraf, dziesiątki pawianów, mnóstwo gazel. Właściwie
      przez cały czas mamy w zasięgu wzroku jakieś zwierzęta. Tereny wokół po prostu
      tętnią życiem. Nam zaś tętnią już żołądki – całe szczęście że po chwili
      zasiadamy już na ocienionej werandzie i wcinamy miejscowe specjały. Trochę
      szkoda, że nie udało się zobaczyć więcej lwów, ale to nic – odbijemy sobie w
      Maasai Mara. Jak pisze przewodnik Pascala – tam lwa spotyka się pod co drugim
      krzakiem. A do Maasai Mara wyruszamy tuż po obiedzie...

      c.d.n.
    • ralston Kenia - Maasai Mara 05.04.03, 23:32
      Z racji na to, że udało nam się dość szybko dostać do Mary, modyfikujemy nieco
      nasze plany i wizytę w masajskiej wiosce, przewidywaną na jutro, postanawiamy
      zrealizować już dziś. Zatrzymujemy samochód w pobliżu jednej z nich i
      delegujemy najstarszego z naszego grona Frankiego do pertraktacji z Masajami.
      Ten wraca po chwili z dobrą wiadomością – udało się wynegocjować znaczny rabat
      i zamiast zwyczajowych $20 zapłacimy tylko dychę od głowy. Druga dobra
      wiadomość jest taka, że będziemy mieli rzadką okazję zobaczyć wioskę w
      komplecie, bo właśnie przygnano stada bydła z pastwisk i wszyscy wojownicy
      oraz cały inwentarz jest we wsi.
      Wieś w tym przypadku oznacza kilkanaście, może dwadzieścia kilka chat,
      otoczonych grubym, wysokim płotem z kolczastych krzaków. Zanim jednak możemy
      wejść pomiędzy zabudowania oficjalnie, prostą angielszczyzną wita nas David –
      syn wodza wioski. Następnie kilkunastu mężczyzn, którzy w międzyczasie zebrali
      się gdzieś za naszymi plecami, wbiega gęsiego na plac przed wioską z jakimś
      monotonnym, trochę ponurym śpiewem na ustach. Ustawiają się w półkole i nie
      przestawając śpiewać rozpoczynają taniec wojowniów. Jest on niezwykle prosty.
      Polega na tym, że każdy z nich po kolei wybiega przed szereg i zaczyna
      rytmicznie skakać w górę. Po wykonaniu kilku podskoków, wraca do szeregu i
      zastępuje go następny tancerz. Podskakują wysoko, prawie się przy tym nie
      pochylając i prawie nie zginając kolan. Momentami sprawiają wrażenie jakby cała
      siła skoku brała się z ruchu samych tylko stóp. Cały czas utrzymują dumną
      wyprostowaną sylwetkę, podkreślaną dodatkowo przez atrybuty wojownika: czerwony
      lub fioletowy płaszcz oraz włócznię lub pasterski kij. Kiedy kolejka dobiega do
      ostatniego z wojowników i ten wraca w końcu do szeregu, zaczynają do podskoków
      wybiegać dwójkami. A w tle cały czas słychać gardłowy monotonny, przypominający
      mantrę śpiew. W pewnej chwili bez żadnego wyraźnego znaku znikają po kolei w
      wąskim przejściu kolczastego ogrodzenia wioski. Odczytujemy to jako zaproszenie
      do środka i wchodzimy do środka w towarzystwie małych chłopców, którzy nieco z
      boku przyglądali się tańcom dosrosłych a niektórzy z nich próbowali
      naśladowywać starszych. Teraz pora na śpiew powitalny kobiet. Wszystkie
      zgromadzone na środku dziedzińca śpiewają bardzo miłą dla ucha, choć trudną do
      powtórzenia melodię. Towarzyszą im małe dziewczynki. Cała grupa jest szalenie
      malownicza, poubierana w bajecznie kolorowe okrycia.
      Teraz dopiero mamy chwilę na to, żeby się rozejrzeć po wiosce. Jest to typowa
      masajska osada, jakich wiele mijaliśmy po drodze. Tworzą je domy zbudowane z
      hmmm.... krowiego łajna na szkielecie z patyków i gałęzi. W zarysie są okrągłe,
      średnica wynosi około 8-10 metrów. Wygląda na to, że wszystko tu kręci się
      wokół krów. David objaśnia nam, że cała dieta Masajów składała się od wieków z
      krowiego mleka i krowiej krwi. W celu jej pozyskania, nacinają skórę żywych
      zwierząt i zbierają do naczyń. Przy czym zwierzę nadal pozostaje żywe. Mięso
      krowie jadają właściwie dopiero wtedy, kiedy zwierzę nie może już ze starości
      dawać mleka. Taki sposób żywienia tłumaczy wygląd Masajów. Wszyscy bez wyjątku
      są bardzo szczupli i zdają się być dość wysocy. Choć to drugie to raczej pewne
      złudzenie wynikające z proporcji ciała, bo najwyższy spośród wojowników nie
      sięga mi wyżej niż do połowy głowy. W ostatnich latach dopiero dieta została
      poszerzona o kupowany od innych ryż i ryby.
      David objaśnia nam rozmaite zwyczaje Masajów. Tłumaczy na przykład, że
      poligamia jest tu po prostu pewną koniecznością życiową. Bo przecież jedna żona
      nie dałaby rady wydoić wszystkie krowy, ogotować strawę, naprawić ubrania i
      jeszcze zająć się gromadką dzieci. Stąd jeden mężczyzna musi mieć wiele żon.
      Wygląda jednak na to, przynajmniej według zapewnień Davida, że kobiety mają tu
      nienajgorzej. Na przykład każda ma swój osobny dom. Co prawda musi go sama
      wybudować a następnie pilnować, żeby dach był szczelny i naprawiać go po każdym
      większym deszczu. Na szczęście „materiału budowlanego” nie brakuje. Brodzimy w
      nim po kostki, choć staramy się poruszać tylko wydeptanymi ścieżkami. W tym
      posiadaniu osobnego domu przez każdą z żon, objawia się po raz kolejny
      pragmatyzm Masajów. Po pierwsze – nie ma zazdrości pomiędzy kobietami, bo nie
      wiedzą u której dzisiaj nocuje wojownik (no – chyba, że jest dopiero na dorobku
      i ma tylko dwie żony), po drugie – jeśli się chata zawali, co się zdarza, to
      zginie co najwyżej jedna żona a nie od razu wszystkie...
      David tłumaczy też skąd bierze się czerwony kolor ubrań. Otóż w zamierzeniu ma
      on odstraszać lwy. I tu z pewną dumą prezentuje nam bliznę biegnącą od szczytu
      ramienia aż do dolnej krawędzi łopatki – pamiątkę po spotkaniu z samotnym
      samcem. Co do wyglądu Masajów pewne skojarzenia nasuwają się same: Włócznie,
      długie czerwone płaszcze, sznurowane sandały – wypisz wymaluj - rzymski
      legionista. A przecież swego czasu Juliusz Cezar wysłał tu wojska w
      poszukiwaniu źródeł Nilu. Żaden z wysłanych legionów nie powrócił...
      Jeszcze tylko obowiązkowy zakup pamiątek i możemy wracać do samochodu. Niby
      wszystko jest w porządku ale jakoś dziwnie śmierdzi wewnątrz...
      • Gość: saunne Re: Kenia - Maasai Mara IP: *.bialystok.sdi.tpnet.pl 06.04.03, 11:32
        ralston napisał:

        W tym
        > posiadaniu osobnego domu przez każdą z żon, objawia się po raz kolejny
        > pragmatyzm Masajów. Po pierwsze – nie ma zazdrości pomiędzy kobietami, bo
        > nie
        > wiedzą u której dzisiaj nocuje wojownik (no – chyba, że jest dopiero na d
        > orobku
        > i ma tylko dwie żony), po drugie – jeśli się chata zawali, co się zdarza,
        > to
        > zginie co najwyżej jedna żona a nie od razu wszystkie...

        ;))) ;)))
      • Gość: chatka_ Re: Kenia - Maasai Mara IP: *.piasta.pl 09.04.03, 14:23
        Na to czekalm! Po serii bliskich spotkan ze zwierztami liczylam ze opiszesz nam
        swoje spotkanie z ludzmi Czarnego Lądu...czy zdarzylo sie jakies szczegolne?

        Posluchaj jak pieknie Karen Blixen opisuje swoje:
        "Nigdy wczesniej nie zetknelam sie z z rodowitymi mieszkancami Afryki, a mimo
        wszystko weszli w moje zycie jak odpowiedz na jakis glos mojej natury, byc moze
        na sny mojego dziecinstwa, wiersze czytane i milowane dawno temu, emocje i
        instynkty ukryte gdzies w zakamarkach umyslu, gdyz zawsze dostrzegalam w sobie
        wieksze podobieństwo do tubylcow niz do bialych ludzi zyjacych na terytorium
        protektoratu. Od pierwszego dnia zadzierzgnela sie miedzy nami nic zrozumienia
        tak silna ze moge powiedziec, iz moja milosc do nich, niezaleznie od ich wieku,
        plci czy przynaleznosci szczepowej - szczegolnie zas uczucie, jakim dazylam
        Masajów, wojownicze plemie i zarazem moich sasiadow od chwili, gdy
        przekroczylam rzeke - byla najsilniejsza namietnoscia w calym moim
        dotychczasowym zyciu. Owe ciemne postacie, ktore mnie otaczaly, odpowidalay mi
        bez slow swoimi bezglosnymi lagodnymi ruchami i spokojnymi, pelnymi dobroci
        spojrzeniami.Gdy bylam z nimi sam na sam, ów rezonans przybieral na sile.
        zdarzalo sie , ze bedac na safari i znajdujac sie setki mil od innego bialego
        czlowieka, jedynie w towarzystwie tubylcow, czulam sie zjednoczona z moim
        otoczeniem, krajobrazem, ludzmi i wszystkimi godzinami dnia i nocy. Owo
        wrazenie przybieralo na sile w zwiazku z tym , ze nam bialym ludziom, tubylcy
        nadawali imiona charkteryzujace nas w ich rodzimym jezyku. (...) Ja i moj maz
        nosilsmy imie wauhauga - dzikie gesi. Pozniej gdy bylam sama na farmie, moj
        stary somalijski sluzacy powrociwszy do swojego kraju napisal do mnie list
        zaadresowany "Lwiaca Blixen". Jestem pewna, ze - przynajmniej kobieta- odzew z
        jakim sie spotyka w zyciu, stanowi warunek jej szczescia, albo tez sam w sobie
        jest swiadomoscia nieprzebranych bogactw"
        "Dagerotypy"
        • ralston Re: Kenia - Maasai Mara 09.04.03, 15:54
          Gość portalu: chatka_ napisał(a):

          > Na to czekalm! Po serii bliskich spotkan ze zwierztami liczylam ze opiszesz
          nam
          >
          > swoje spotkanie z ludzmi Czarnego Lądu...czy zdarzylo sie jakies szczegolne?
          >
          > Posluchaj jak pieknie Karen Blixen opisuje swoje:
          > "Nigdy wczesniej nie zetknelam sie z z rodowitymi mieszkancami Afryki, a mimo
          > wszystko weszli w moje zycie jak odpowiedz na jakis glos mojej natury, byc
          moze
          >
          > na sny mojego dziecinstwa, wiersze czytane i milowane dawno temu, emocje i
          > instynkty ukryte gdzies w zakamarkach umyslu, gdyz zawsze dostrzegalam w
          sobie
          >
          > wieksze podobieństwo do tubylcow niz do bialych ludzi zyjacych na terytorium
          > protektoratu. Od pierwszego dnia zadzierzgnela sie miedzy nami nic
          zrozumienia
          > tak silna ze moge powiedziec, iz moja milosc do nich, niezaleznie od ich
          wieku,
          >
          > plci czy przynaleznosci szczepowej - szczegolnie zas uczucie, jakim dazylam
          > Masajów, wojownicze plemie i zarazem moich sasiadow od chwili, gdy
          > przekroczylam rzeke - byla najsilniejsza namietnoscia w calym moim
          > dotychczasowym zyciu. Owe ciemne postacie, ktore mnie otaczaly, odpowidalay
          mi
          > bez slow swoimi bezglosnymi lagodnymi ruchami i spokojnymi, pelnymi dobroci
          > spojrzeniami.Gdy bylam z nimi sam na sam, ów rezonans przybieral na sile.
          > zdarzalo sie , ze bedac na safari i znajdujac sie setki mil od innego bialego
          > czlowieka, jedynie w towarzystwie tubylcow, czulam sie zjednoczona z moim
          > otoczeniem, krajobrazem, ludzmi i wszystkimi godzinami dnia i nocy. Owo
          > wrazenie przybieralo na sile w zwiazku z tym , ze nam bialym ludziom, tubylcy
          > nadawali imiona charkteryzujace nas w ich rodzimym jezyku. (...) Ja i moj maz
          > nosilsmy imie wauhauga - dzikie gesi. Pozniej gdy bylam sama na farmie, moj
          > stary somalijski sluzacy powrociwszy do swojego kraju napisal do mnie list
          > zaadresowany "Lwiaca Blixen". Jestem pewna, ze - przynajmniej kobieta- odzew
          z
          > jakim sie spotyka w zyciu, stanowi warunek jej szczescia, albo tez sam w
          sobie
          > jest swiadomoscia nieprzebranych bogactw"
          > "Dagerotypy"

          Chatko - spotkania z ludźmi z Czarnego Lądu już tu były... Może nie w takiej
          dawce, ale się przewijali przewodnicy i tragarze, kierowcy i sprzedawcy,
          dorośli i dzieci. Za krótko byłem, żeby odczuć taką więź, o jakiej pisze Karen
          w swoich pamiętnikach - ale potwierdzam, że jest w tych ludziach jakis ogromny
          spokój widoczny w oczach i w tym jak się poruszają. Jest coś, co sprawia, że za
          Afryką się teskni...
          • Gość: chatka Re: Kenia - Maasai Mara IP: *.piasta.pl 10.04.03, 23:46
            Chodzilo mi o szczegolnie bliskie, mile, sentymentalne, wazne spotkanie,
            czasem trwajace tylko tyle co podejscie do szczytu, albo nocleg w hostelu czy
            herbatka w jurcie, a mimo to na dlugo pozostaje w pamieci. Zdarzylo sie na
            szlaku wiele takich spotkan, ktore moze zycia nie odmienily ale ubogacily
            wielce. Pamietam Anglika antropolga na samotnej wedrowce przez Wielki Atlas,
            zostawil oprocz adresu swoje ulubione wiersze i muzyke; Berbera, ktory goscil
            chlebem i cudnie slodkimi winigronami i plakal jak o Allachu mowil; hammam-mame
            i jej ciepelko, i jak nigdzie indziej goscinnych Mongolow.

            • ralston Re: Kenia - Maasai Mara 10.04.03, 23:53
              Takim spotkaniem, które szczególnie w pamięć zapadło, było zejście z Barafu do
              Mweka w towarzystwie Muddy'ego. Wtedy naocznie przekonałem się, że nie wszyscy
              muzułmanie to wojujący ekstremiści. Schodziliśmy tak razem i prowadziliśmy
              dysputy teologiczne i polityczne... każdy z nas utykał na inną nogę.
              Podzieliliśmy się kijkami trekkingowymi, maścią od bólu, bandażem i owocem
              mango... To zbliża.
              • Gość: chatka_ Tacy mili ludzie... IP: *.piasta.pl 11.04.03, 01:15
                Gdzie w podrozy spotkaliscie sie z szczegolna zyczliwoscia? Gdzie ludzie wydali
                sie Wam najbardziej mili i goscinni?
                • ralston Re: Tacy mili ludzie... 11.04.03, 09:53
                  Zdecydowanie z największymi oznakami życzliwości spotykałem się w Polsce - na
                  Pogórzu Przemyskim, ale też i na Roztoczu i na Podlasiu. Duża otwartość,
                  gotowość do pomocy, gotowość do dzielenia się tym, co mają (a skromnie mają na
                  ogół i biedują). Wspaniali, fantastyczni ludzie.
                  Dość miło kojarzą mi się Węgrzy. Gorzej było u Czechów i u Niemców...
                  • nxa Re: Tacy mili ludzie... 24.04.03, 08:32
                    No i dlaczego nikt tutaj nic nie wpisuje. Taki wątek dopiero na 5 stronie.
                    Rozumię, że teraz nie sezon urlopowy ale tak zupełnie nic! Nie pokażę palcem
                    kto miał opisać wycieczkę po stanach. Łażą sobie po amerykach, australiach i
                    innych azjach i języka polskiego w palcach zapomnieli. Pisać, pisać proszę.
                  • ogabiniak Re: Tacy mili ludzie... 24.04.03, 09:10
                    ralston napisał:

                    > Zdecydowanie z największymi oznakami życzliwości spotykałem się w Polsce - na
                    > Pogórzu Przemyskim, ale też i na Roztoczu i na Podlasiu. Duża otwartość,
                    > gotowość do pomocy, gotowość do dzielenia się tym, co mają (a skromnie mają
                    na
                    > ogół i biedują). Wspaniali, fantastyczni ludzie.
                    > Dość miło kojarzą mi się Węgrzy. Gorzej było u Czechów i u Niemców...

                    Popedzono tu kota to spiesze z obserwacjami zagranicznymi.
                    Chociaz od 13 lat mieszkam wsrod Niemcow i znam wielu
                    wspanialych ludzi to ogolnie prosty Hans ma uprzedzenia
                    do Polakow. Czesto bywaja chamscy i lubia sie wywyzszac
                    przy pierwszych kontaktach. Klepanie po plecach i "ty-kanie" to
                    tez nie rzadkosc. Nauczylem sie dosc szybko prostowac takie
                    zachowania godnosciom osobistom:) To chyba uprzedzenia dotyczace
                    i Niemcow i Polakow na zasadzie wzajemnosci. Inna sprawa, ze
                    media niemieckie robia duzo zlej roboty ale tlumacze to zwyklym
                    populizmem: pisza to co przecietny Niemiec chcialby tam o nas
                    przeczytac. Dwa przyklady:
                    1. Program telewizyjny o nowych zasadach ubezpieczenia samochodu.
                    Podaje sie wiadomosc o jakiejs nowince technicznej w zabezpieczeniu
                    samochodu przed kradzieza. Zastosowanie tego zabezpieczenia
                    powoduje zmniejszenie stawki placonej ubezpieczalni. Program
                    leci 20 minut, wypowiadaja sie rozni eksperci i w ostatnim
                    zdaniu prowadzacy mowi: Bo jak wiadomo najwiecej samochodow
                    w Niemczech kradna Polacy. Co samo w sobie juz nie bylo prawda.
                    2. Przed seansem w kinie leca rozne reklamy. Raklamuje sie
                    gazeta Abendzeitung - ze kto czyta wie wiecej i tak dalej
                    i w ostatniej sekwencji pokazuja zlozony autentyczny egzemplarz
                    gdzie obok tytulu gazety jeszcze wiekszy tytul krzyczy:
                    W Polsce oszukiwano! - chodzi o skoki narciarskie w Zakopanem
                    przed ponad rokiem gdzie rzucano w Hannawalda butelkami i gdzie
                    ponoc jemu nalezalo sie zwyciestwo. Taka raklama leci przez
                    pare tygodni we wszystkich kinach. A specjalisci od reklamy
                    wiedza jak przyciagac klieta do produktu. To boli.
                    Czechow postrzegam natomiast na korzysc. Wiele razy
                    wyskakiwalem z Bawarii na parodniowe wyjazdy do Czech i czulem
                    sie tam sympatycznie. Maja troche kompleksow wobec nas i czasami
                    potrafia byc zimni ale po przelamaniu pierwszych lodow sa wspanialymi
                    druhami. No i nie lubia jak nazywamy ich Pepikami, czy "ze my to ich
                    czapkami mozemy..." albo jak nie znajac czeskiego probujemy tworzyc
                    w ich jezyku. Pozdrawiam Stanislaw
                    PS. Aha jako, ze w ubieglym roku bylem w Belgii i Francji - CDN.
                    • nxa Re: Tacy mili ludzie... 24.04.03, 09:26
                      Stachu - masz pochwałę za prawidłową i szybką reakcję. Teraz spokojnie czekam
                      na CDN.
                      • kojako1979 Re: 400!!! 27.04.03, 01:10
                        Extra! Podoba mi sie ten wątek. Pozdrawiam z Lublina!
    • ogabiniak W Bawarii kradna ! 02.05.03, 00:03
      W Bawarii kradna i jeszcze sie tym chwala. Szczegolnie
      duzo kradziezy odchodzi na 1 Maja i to w majestacie prawa.
      Stary bawarski zwyczaj nakazuje w kazdej nawet najmniejszej
      wiosce posiadac tzw. drzewo majowe. Jest to taki totem albo
      symbol informujacy o danej miejscowosci. Pien swierkowy, wysuszony
      i okorowany stawia sie wlasnie 1 maja w najbardziej znaczacym
      miejscu wioski - najczesciej na rynku lub przed ratuszem.
      Pien jest pomalowany spiralnie na calej dlugosci w dwa kolory
      niebieski i bialy - barwy Bawarii. Na samej gorze zawieszony jest
      wieniec tak, ze otacza pien w odleglosci ok. metra od gory.
      Potem ida poprzeczki na ktorych sa blaszane sylwetki najbardziej
      znaczacych mieszkancow. Jesli wiec najwazniejszy czy najbogatszy
      jest piekarz - to na najwyzszej poprzeczce widze sylwetke faceta
      co wyciaga na lopacie chleb z pieca, blacha ta jest oczywiscie
      pomalowana. I tak kolejno w dol w/g powazania - najpierw tam
      wystapi chlop co pedzi trzy krowy przed takim co ma tylko koze
      a jeszcze nizej bedzie baba co ma kilka kor. Oczywiscie miejsca
      najwyzsze sa zarezerwowane dla burmistrza, ksiedza czy policjanta.
      Stawianie drzewa majowego odbywa sie raz na kilkanascie lat
      chyba, ze ulegnie zniszczeniu lub zmieni sie hierarchia w wiosce.
      Jest to wielkie swieto z muzyka, piwem i golonka no i wiekszosc
      przychodzi na to w strojach ludowych.
      Drzewa nie mozna ot tak po prostu postawic dzwigiem czy wciagarka.
      Lina jest dla asekuracji zeby bylo bezpieczniej ale i tak trzeba
      stawiac recznie. Cala meska czesc wioski podchodzi pod lezace na stojakach
      drzewo, podklada podporki z dragow i na sygnal speca z glosnym "hop" unosi
      w gore koniec na kilka centymetrow stawiajac podporki na ziemie. Wazne
      jest by nie zrobic glupoty i nie wlozyc stopy pod taka podporke:)
      A podporki to po prostu dragi w ksztalcie litery X zwiatane w srodku lina.
      I tak stopniowo na kolejne "hop" drzewo majowe centymetr po centymetrze
      "idzie" w gore. Ci z konca ktorym konczy sie juz dlugosc podporki
      przebiegaja do srodka i cala grupa zbliza sie stopniowo coraz blizej
      grubego konca pnia. Lina jest caly czas po drugiej stronie nawijana
      na beben z zapadka dla, jak juz pisalem, asekuracji. Calosc stawiania
      trwa co najmniej godzine a nawet dwie i emocji jest co niemiara.
      Zerdzie trzeszcza, bawarskiem chlopom wylaza zyly z wysilku, nogi
      slizgaja sie po rozdeptanej ziemi i nagle - Jaaa!!!
      Jeszcze tylko przelozyc bolce przez pien, zakrecic sruby, zbic mlotkiem
      gwint zeby jakiemus wesolkowi nie przyszlo do glowy odkrecanie i kapela
      zaczyna swoja robote. Ale... jeszcze jakis mlody zwinnie wspina sie na
      gore by oczywiscie zrzucic line i mozna rozpoczac imprezke.
      No dobra - mozna zapytac, ale co kradna?
      No byla okazja - na portwele - jak wszyscy gapili sie w gore ale juz
      po "ptokach". Teraz to kazdy z portwelem leci po piwo, golonki czy
      precle. CDN
      • ogabiniak Re: W Bawarii kradna ! 02.05.03, 20:47
        Rumieniec wstydu wypelzl na me lico jak sobie przypomnialem
        ze pisalem "portwel" zamiast "portfel".
        Jakos tak na ranki malo obudzony bylem.
        Stanislaw
        • ogabiniak Re: W Bawarii kradna ! 11.05.03, 07:31
          No wiec kradna i to nie wasko:)
          Stawianie drzewa a wlasciwie slupa majowego
          to wielkie swieto i honor dla wioski.
          Zawsze znajda sie zawistni sasiedzi co
          chcieliby w tym przeszkodzic i krwi
          napsuc.
          Tradycyjnie wiec w noc poprzedzajaca impreze
          kradnie sie gotowe i pieknie przystrojone
          drzewo. A ze wiadomo, ze kradna wiec i straze
          sa zdwojone i swiatla nie gasza cala noc.
          Zdarza sie, ze pilnujacy przykuwaja sie lancuchem
          do drzewa i spia na nim. Nic nie pomaga.
          Najslynniejsi zlodzieje drzew majowych pochodza
          z Gautingu i ich uslugi sa dobrze oplacane.
          Mimo wszelkich trudnosci potrafia bezszelestnie
          wykrasc najbardziej pilnowane drzewa.
          Ani pies nie zaszczeka, ani lancuch pilnowacza
          nie zabrzeczy a drzewo znika.
          A jest wielkie i dlugie - czasami nawet do 30 metrow,
          jeszcze trzeba je wyniesc z wioski gdzie i za dnia
          bylo je ciezko na plac wmanewrowac.
          Rano tragedia - zanim jeszcze pierwsi mieszkancy
          zaczna sie zbierac drzewo trzeba odnalezc,
          przeplacic zlodziei i blyskawicznie dostarczyc na
          miejsce. I to sie tez udaje. A gawiedz nawet nie
          wie ile z tym bylo problemow.
          Jesli wiec spotkasz w bawarskiej wiosce podczas
          stawiania drzewa wesola gromadke chlopakow z
          Gautingu co jedza, pija i za nic nie placa to
          juz wiadomo o co chodzi... CDN
    • nxa Re: Dziki jest ten swiat 03.06.03, 07:06
      A może tak przed sezonem wakacyjno-urlopowym ktoś powspomina swoje wojaże ?
      • ogabiniak Re: Dziki jest ten swiat 04.06.03, 06:59
        nxa napisał:

        > A może tak przed sezonem wakacyjno-urlopowym ktoś powspomina swoje wojaże ?
        Fajnie by bylo poczytac no nie?, ale po co ceregiele moze jezdzi ktos za
        wschodnia granice po towar - fajki czy royal - tez chetnie poczytamy o takich
        wycieczkach. Ludziska! - do pior!
    • ralston Szamani 23.06.03, 12:37
      Dzisiejsza informacja o uniewinnieniu Ukraińskiej szeptuchy, która leczyła
      rozmaite choroby poprzez pocieranie jajkiem przywołała skojarzenie z
      leczniczymi praktykami ludów Wschodniej Afryki. Czym oni leczyli, co
      przykładali, lub czym pocierali dokładnie nie wiem. W niektórych przypadkach
      była to wiedza nabyta drogą prób i błędów i przekazywana z pokolenia na
      pokolenie, jak na przykład leczenie febry miksturami na bazie sproszkowanej
      kory drzew. Dopiero później badania wykazały, że ta kora zawiera chininę. A
      czasami efekt uzdrowienia wychodził niejako przypadkiem - po prostu organizm
      sam zwalczał chorobę, pomimo stosowanych czarów i medykamentów. Podobnie jak
      się to pewnie od czasu do czasu udawało tej Ukraince.
      Ale do czego zmierzam: u Masajów, czy ludu Kikuju, współczesna medycyna długo
      nie cieszyła się powodzeniem, z racji na to, że wiele chorób potrafiła leczyć z
      pełnym sukcesem. Została przez to odarta z nimbu tajemniczości. O wiele
      większym szacunkiem cieszył się szaman, któremu nie zawsze się udawało, ale
      którego od czasu do czasu bóstwa wysłuchiwały. I ten element niepewności, który
      zawsze towarzyszył kuracji...
    • ralston Pogórze Przemyskie 31.07.03, 10:30
      Szukamy często tej egzotyki poza granicami kraju, często nie dostrzegając
      uroków tego, co sami mamy. Dlatego dziś kilka słów o naprawdę dzikiej krainie
      na południe od Przemyśla.
      Schodzimy z masywu Suchego Obycza, starym, w przeważającej części bukowym,
      lasem. Gdzieniegdzie tylko pojawiają się pojedyncze jodły. Przyjemny chłód
      ustępuje miejsca skwarowi, kiedy opuszczamy las i wychodzimy na drogę. Ta
      prowadzi wzdłuż granicy z Ukrainą w odległości nie większej niż trzysta metrów
      od tejże. Trochę mamy pietra, bo nieraz słyszeliśmy, że ukraińscy pogranicznicy
      potrafią przejść na polską stronę, żeby złowić jakiegoś turystę i doprowadzić
      do strażnicy pod pretekstem przekroczenia granicy. Można za to dostać trzy dni
      urlopu, więc pokusa jest czasami silna. Ale mimo, że chwilami widzimy wyraźnie
      tablice graniczne, nic szczególnego się nie dzieje. Pustka i brak jakichkolwiek
      śladów życia. Schodzimy na teren wsi Paportno. Byłej wsi. Dziś, gdyby nie
      często mijane drzewa owocowe w lesie, ciężko byłoby się domysleć, że
      kiedykolwiek była tu jakaś osada. Teraz w miejscu dawnych pól - ugory,
      zarastające pomału tarniną. Gęsta nie koszona trawa a właściwie zbite,
      poskręcane zielsko staje się siedliskiem dla rozmaitego robactwa, kleszczy i
      żmij. Dawną wieś przedzieliła granica. Mieszkańców wysiedlono w 1947 roku. Po
      polskiej stronie - w ramach akcji Wisła, po sowieckiej - po prostu zgodnie z
      ich praktyką oczyszczania terenów przygranicznych.
      Szukamy pozostałości po wsi, ale nie udaje się odnaleźć ani pozostałości po
      jakimkolwiek domu, ani nawet śladów studni. Z mapy wynikałoby, że powinien tu
      być jeszcze jakiś cmentarz, ale ten, też niełatwo odnaleźć. W końcu udaje się
      na niego natrafić - jest ukryty w jednej z licznych kęp drzew. Gdyby nie
      świeży, drewniany, krzyż ustawiony tu w 2000 roku przez grekokatolików z
      Przemyśla, prawdopodobnie minęlibyśmy cmentarzyk. Odnajdujemy ukryte w cieniu
      kilkanaście kamiennych nagrobków. Jeden z nich dość pokaźny, zbudowany z
      piaskowca. Większość raczej niepozorna, zniszczona i poprzechylana.
      Gdzieniegdzie piękne kute, żelazne krzyże. Napisy na nagrobkach często już
      nieczytelne, lub dające się tylko w części odcyfrować. Niektóre wyglądają,
      jakby ktoś umyślnie odłupał kawałki kamienia, by zatrzeć nazwisko. Część
      napisów pisana cyrylicą, część "łacinką". Smutna pozostałość tętniącego niegdyś
      życia...
      • ralston Re: Pogórze Przemyskie 01.08.03, 10:02
        Kopyśno.
        Mała wioseczka, zagubiona gdzieś pośród pagórków. Z dala od szlaków
        komunikacyjnych, nawet tych należących do trzeciej kolejności odśnieżania.
        Asfalt tu nie dotarł. Jedyna bita droga zimą jest prawdopodobnie zupełnie
        nieprzejezdna, chyba że konno... Kilka starych chałupin, niezbyt urodziwa,
        murowana cerkiew przy niej, nieco przechylona dzwonnica, z której dzwony
        poznikały już dawno. Obok dębowy krzyż postawiony w 1938 roku w 950 rocznicę
        chrztu Rusi. Krzyż ma się nieźle, choć wkopany jest bezpośrednio w ziemię, bez
        żadnej podmurówki. Dębina ciągle wygląda zdrowo. Dużo lepiej w każdym razie niż
        cmentarzyk przy cerkwii. Tu nagrobki są poprzechylane i przerośnięte wysoką na
        półtora metra trawą. Wśród nich grób starszego małżeństwa - spotkałem ich
        kilkanaście lat temu. Częstowali nas czymś do picia. Mężczyzna dał się
        naciągnąć na wspomnienia spod Monte Cassino. Po walkach została mu szeroka
        blizna w poprzek policzka.
        W ubiegłym roku spotkaliśmy tu ostatniego mieszkańca Kopyśna - ponad
        osiemdziesięcioletniego staruszka. Potwierdził nam legendę przeczytaną w jednej
        z lokalnych gazet o duchu wędrującym w poświacie błekitnego światła w jesienne
        noce ze wzgórza, na którym stał kiedyś dwór Kopystyńskich (najwybitniejszy
        przedstawiciel rodu, Michał Kopystyński był prawosławnym biskupem, jednym z
        dwóch na tamtych terenach, który nie podpisał unii) do małej kamiennej
        kapliczki w dole wsi. Kiedy żyła żona staruszka, nie pozwalała mu wychodzić,
        żeby zobaczyć co to. Dopiero po jej śmierci zdecydował się wyjść duchowi na
        przeciw. Twierdził, że widział postać ubraną w czarne długie szaty, niosącą
        latarnię z niebieskimi szybkami. Z opisu ubioru mógł to być jakiś Żyd. Może
        Łazor Moszkiewicz, który zapisał się w kronikach jako wyjątkowy podlec i
        okrutnik? A może sam władyka Kopystyński pokutuje za jakieś grzechy? Kto wie?
        Bliższych relacji nikt już nie udzieli. Staruszek zmarł bowiem niedługo po tym,
        jak spotkaliśmy go w ubiegłym roku. W tym roku zostawiliśmy samochody na
        podwórku pani, która jako jedna z ostatnich widziała klucznika cerkwi żywego.
        Dzień przed śmiercią goliła go w domu opieki w Huwnikach. Od niej
        dowiedzieliśmy się, że nazywał się Kettler. Dziś Kopyśno stoi puste...
        Przez kilka miesięcy usiłował tam mieszkać jakiś nawiedzony ekolog z żoną i tak
        na oko czteroletnią córką, ale najpierw uciekła mu żona z dzieckiem, potem on
        sam przeniósł się w bardziej cywilizowane rejony...
        • Gość: koro Re: Pogórze Przemyskie IP: *.edytor.net / 195.136.45.* 05.10.03, 12:56
          Łomża
          Wieczór. Ulica Makowa 26. W każdy pierwszy czwartek miesiąca w domu państwa
          Jakubowskich odbywa się "salon literacki". Odbywa sie? Spotyka? Tradycja
          bywania na salonach jest już tak odległa, ze zapomnieniu ulega nawet język tych
          sfer tyczący.
          Przez niewielki przedpokój wchodzimy do równie niedużego saloniku. Fotele
          wyplatane z wikliny, lampa z abażurem, obrazy i książki. Gospodyni podaje
          herbatę. W każdym dzbanku inny gatunek. Słone paluszki. Po chwili zaczyna się
          spektakl. Na koniec brawa i spotkanie z aktorami.
          W nocy czuję że ktos ściąga ze mnie koc. Otwieram oczy, ale nikogo w pokoju nie
          ma. Po chwili znów czuję, że ktoś ciagnie za koc. Nie otwierając oczu odmawiam
          głośno "wieczne odpoczywanie...".
          Rano patrzę za okno i choc to początek jesieni - widzę mnóstwo sniegu. Przed
          domem stoi dziwnie ubrana kobieta. Przecieram oczy. Sńieg znika. Nie ma też
          kobiety.
          O 9 rano w teatrze grają sztuke "Lejzorek Rotszwaniec". Główną role gra
          białostoczanin Tomek Rynkowski. Kolega z dawnego podwórka. Jest świetny.
          Spektakl tez klasa. Ale młodzież spędzona tu z liceum wyraźnie się nudzi.
          szepczą, wstają, rzucaja na scene monety. podczas przerwy wchodzę na wieżę.
          dawniej w tym budynku mieściła się remiza. obecnie łożyński teatr ma
          niesamowite wprost foyer. widac całą okolicę w promieniu kilkunastu kilometrów.
          idę na pocztę. muszę wysłać pocztówki do znajomych z tak egzotycznego miejsca.
          celowo wybieram dłuższą trasę. przez rynek starego miasta. jest senny deszczowy
          poranek i gdzieś miedzy kamieniczkami widac pola po drugiej stronie narwi.
          niesamowite. z centrum Łomży widać pola.
          Obok poczty znajduje się sklep filatelistyczny. Mozna tam kupic tez znaczki
          niestęplowane. Siedzę tam długo i wybieram rozmaite cymelia. Nie ma sensu się
          nigdzie śpieszyć. Czas zatrzymał sie w tym sklepiku przed wielu laty.
          Po godzinie wyjeżdżam. Na drodze nie działo się nic ciekawego, jeśli nie
          liczyć widoku dwóch traktorów zatopionych w starorzeczu Narwi. I dwóch sms-
          ów "pana rysunek bardzo nam sie podoba, ale raczej go nie
          wydrukujemy", "przepraszam, że ci się naprzykrzam, ale wzbudziłeś w mym sercu
          niepokój". Po godzinie jesteśmy na powrót w Białymstoku.
    • ogabignac ISLANDIA 09.02.04, 23:19
      Narodową potrawą Islandczyków jest pieczony łeb barani.
      Lby takie obdarte ze skóry i z wyłupionymi oczami można kupić
      w każdym większym markecie w Rejkiaviku.
      Tylko upiec w piekarniku, przerąbać siekierą na pół i do jedzonka!
      Itd, itp na wątku podróżniczym "Dziki jest ten świat" u Stanisława:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=52&w=1878032&a=4198630
      • Gość: koro barani łeb! IP: *.chello.pl 10.02.04, 23:37
        a nie dałoby sie takiego łba przywieść do białego? może przynajmniej jakieś
        puszki? u nas w sklepach spokojnie mozna nabyć konserwy "głowizna". w dwóch
        rodzajach: wołowa i wieprzowa. możemy z nimi pójść na wymiankę.
        ale pewnie taki łeb naturalnych rozmiarów, prosto z dymiacego gara, to zupełnie
        inna zabawa. podpatrzeć ich zatem trzeba dokładnie. i potem jakiego barana u
        nas przyrządzić. kto się pisze?
        • ogabignac Re: barani łeb! 11.02.04, 13:58
          Gość portalu: koro napisał(a):

          > a nie dałoby sie takiego łba przywieść do białego? może przynajmniej jakieś
          > puszki? u nas w sklepach spokojnie mozna nabyć konserwy "głowizna". w dwóch
          > rodzajach: wołowa i wieprzowa. możemy z nimi pójść na wymiankę.
          > ale pewnie taki łeb naturalnych rozmiarów, prosto z dymiacego gara, to
          zupełnie
          >
          > inna zabawa. podpatrzeć ich zatem trzeba dokładnie. i potem jakiego barana u
          > nas przyrządzić. kto się pisze?

          Jak to się przyrządza za bardzo nie wiem.
          Ale masz rację, że raczej gotuje jak piecze.
          No coż w długie islandzkie wieczory ostrym kozikiem wykrawa
          te pychotki z różnych zakamarków, kocioł paruje inne łby się
          gotują - mistyka. To już lepiej taki łeb ogryzać niż wdepnąć
          gdzieś za opłotkami na złośliwego trolla.
      • ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 01:45
        ogabignac napisał:

        > Narodową potrawą Islandczyków jest pieczony łeb barani.
        > Lby takie obdarte ze skóry i z wyłupionymi oczami można kupić
        > w każdym większym markecie w Rejkiaviku.
        > Tylko upiec w piekarniku, przerąbać siekierą na pół i do jedzonka!

        ~~~~~~~~~~~~~~ O B R Z Y D L I S T W O ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

        Oni juz sie chyba tam calkowicie zmutwali w jakies potwory, najpewniej w wyniku
        kilkusetletniego inbreading (jak to jest po polsku, qva, zapomnialem), ze w
        takich rzeczach gustuja.
        • ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 01:51
          inbreading to pewnie ci chodzi o chów wsobny a może sów wchobny albo
          jakoś tak;)
          • ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 01:59
            ogabignac napisał:

            > inbreading to pewnie ci chodzi o chów wsobny a może sów wchobny albo
            > jakoś tak;)

            Zwyrodnienie spowodowane brakiem doplywu nowej krwi. Ogladalem film o
            Islandczykach. Oni tam maja tak ograniczone pole do doboru naturalnego, ze
            wiekszosc rodzin moze doprowadzic swoj drzewo genealogiczne kilkaset lat wstecz
            i wiecej. Na dobra sprawe, oni tam sa wszyscy swoimi kuzynami... zeby zrec
            takie obrzydlistwo. Brrrr!!!
            • ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 02:16
              Ten "chów wsobny" to nawet nam nie łatwo powiedzieć.
              Spróbuję jutro nauczyć tego pewnego niemiaszka;)
              • Gość: koro Re: ISLANDIA IP: *.ikp.pl 11.02.04, 12:31
                chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał
                genetyczny? a te islandki, po za tym że łby baranie pieką, to ładne są chociaż?
                a'propos baraniego łba, to rozumiem drugie danie, a zupę z czego robią?
                • ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 12:47
                  Gość portalu: koro napisał(a):

                  > chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał
                  > genetyczny?

                  Kiedys ogladalem film dokumentalny o tym jak to Islandia przyjela grupe
                  emigrantow wietnamskich. Kiedy samolot juz dolatywal do celu, kazdemu z
                  imigrantow rozdano kartke papieru z lista imion islandzkich i nakazono aby
                  sobie wybral jedno z nich jako swoje nowe imie...
                  • ormond Re: ISLANDIA 11.02.04, 13:01
                    Pomimo upodobania Islandczykow do baraniego lba, pewien fakt wzbudzil we mnie
                    do nich gleboka sympatie. Otoz wedlug CIA -The World Factbook
                    (www.cia.gov/cia/publications/factbook/geos/ic.html), wydatki Islandii
                    na zbrojenia wynosza $0 ("Military expenditures - dollar figure:$0). Przyklad
                    iscie godny nasladowania!!!!
                    • ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 14:05
                      Surowe wyspiarskie życie nauczyło ich respektu do prawa.
                      Przestępczość śladowa ale największa na świecie liczba samobójstw.
                • ogabignac Re: ISLANDIA 11.02.04, 14:03
                  Gość portalu: koro napisał(a):

                  > chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał
                  > genetyczny? a te islandki, po za tym że łby baranie pieką, to ładne są
                  chociaż?
                  >
                  > a'propos baraniego łba, to rozumiem drugie danie, a zupę z czego robią?

                  Islandki to mają jedną wspólną z Kubankami cechę - bardzo uprzejme są;)
                  I temperamentne.
                  Pewnie ten Golfstrom przenosi z Karaibów dobre fluidy.
                  Poza tym to wszystko już je różni - blade takie jakieś, nie opalone...
                • ralston Re: ISLANDIA 11.02.04, 19:02
                  Gość portalu: koro napisał(a):

                  > chów wsobny powiadacie. to może by tam pojechać i urozmaicić materiał
                  > genetyczny? a te islandki, po za tym że łby baranie pieką, to ładne są
                  chociaż?
                  >
                  > a'propos baraniego łba, to rozumiem drugie danie, a zupę z czego robią?

                  A zupa to, zgaduję - rosół na baranim łbie ;)))
    • ralston Kenia - Masai Mara cd. 04.03.04, 16:52
      Pierwsze podejrzenia co do źródła smrodu w samochodzie padają na nasze buty.
      Jednakże po bliższym badaniu na okoliczność zawartości krowiego łajna na
      podeszwach ta hipoteza ostatecznie upada. Mimo, że cały dziedziniec był pokryty
      pokaźną warstwą tego cennego opału i budulca, buty zostały przecież należycie
      wystukane i wytarte w piachu już po wyjściu poza obręb kolczastego parkanu
      odgradzającego wioskę Masajów od reszty świata. Na tyle skutecznie, że to z
      pewnością nie one roztaczają swojską woń wewnątrz Toyoty. Oględziny ubrań, czy
      nie ma na nich jakichś plam powstałych na skutek, na przykład otarcia się o
      ściany budynków, też nie przynoszą rezultatu. Po kilku minutach poszukiwań,
      powonienie zdaje się jednak prowadzić wszystkich w tym samym kierunku – to
      znaczy w stronę Jarkowego plecaka... Trop okazuje się słuszny. Źródłem smrodu
      są bez wszelkiego wątpienia... masajskie dzidy, które zakupił od Masajów. W
      przedziwny fascynujący sposób zaklęto w dwóch kawałkach drewna kondensat
      aromatyczny całej wioski. Co ciekawe inne pamiątki, w tym prymitywna włócznia,
      którą kupiłem – nie śmierdzą. Tajemnica tkwi prawdopodobnie w „szlachetnym”
      kolorze ciemnego drewna jaki mają Jarkowe włócznie – moja pozostała w jasnym
      kolorze, jego musiały zostać poddane specjalnemu procesowi technologicznemu,
      oczywiście przy użyciu powszechnie dostępnego „surowca”. Po tej konkluzji
      wywiązuje się gorączkowa dyskusja i naciski na Jarka, żeby natychmiast pozbył
      się trefnego towaru. Na jego argumenty, że przecież zapłacił padają
      kontrargumenty, że i tak nie wpuszczą go z bronią chemiczną na pokład samolotu
      i lepiej pozbyć się tego już teraz. Jaro pozostaje twardy i tak na zajadłych
      sporach, wspieranych groźbami, że jeszcze chwila i zostanie sam na poboczu ze
      swoimi dzidami wetkniętymi w [---] (ustawa o ochronie publikacji i
      widowisk...Dz. U. Nr...), czas nam schodzi aż do bramy Masai Mara Sarova Camp.
      Bramę przekraczamy, podobnie jak poprzedniego dnia już po ciemku...
    • ralston Kenia Maasai Mara cd. 2 05.03.04, 18:44
      Po zameldowaniu się na recepcji, kierujemy się wszyscy na przydzielone kwatery.
      Okazuje się, że są to namioty. Tyle że luksusowe. Wewnątrz łóżka i szafki nocne
      z lampkami. Na podłodze jakieś dywany. Szafa na ubrania, jakieś skrzynie, okna
      z zasłonami. Jedna ściana namiotu okazuje się być murowana – w tej części
      znajduje się łazienka z prysznicem i ubikacja. Wejście do namiotu zamykane jest
      na zamek błyskawiczny, który należy szczelnie zaciągać przy podłodze, żeby
      jakieś hadztwo nie wpełzło do środka. Po wręczeniu napiwku za przyniesienie
      bagażu, spod dwojga świecących w ciemności białek wydobywa się odgłos „tankju”
      i pojawia się dodatkowo szeroki biały pas pełnego garnituru zębów. Komplet
      uzębienia zdradza, że nie mamy do czynienia z Masajem. Tych spotykamy zresztą
      na powrót nieco później w pobliżu budynku recepcyjnego. Dużo ładniej ubrani,
      niż mieszkańcy wioski którą oddwiedzaliśmy, czyści, w jednolicie czerwonych
      płaszczach z licznymi ozdobami z koralików i krowiego włosia. W dłoniach -
      nieodłączne włócznie. Misternie upięte włosy posplatane w mnóstwo małych
      warkoczyków. Zaskakują gości ośrodka nagłym wyłonieniem się z kompletnych
      ciemności. Przemaszerowują między nimi dwójkami w dumnym milczeniu. Poruszają
      się praktycznie bezgłośnie, bo bosych stóp nie słychać w ciemności. Element
      zaskoczenia robi swoje - kieliszki zastygają w pół drogi do ust, leniwe
      dyskusje zamierają w pół zdania... Wojownicy ustawiają się w półkole i zaczyna
      się znany już niski, gardłowy śpiew. W ciemnościach, roświetlanych tylko
      blaskiem kilku pochodni, brzmi on jednak dużo bardziej niesamowicie. Ci, którzy
      kończą swoją serię skoków, nagle znikają gdzieś z tyłu a z ciemności wyłaniają
      się następni i tak taniec trwa... Trudno się chwilami zorientować ilu ich jest.
      W ciemności błyskają tylko oczy i rozświetlane blaskiem pochodni
      jaskrawoczerwone płaszcze. Kiedy pieśń się kończy Masajowie znikają równie
      nagle jak nagle się pojawili. Po prostu rozpływają się w ciemności... gdzieś
      pośród bujnej roślinności, w której wprost tonie Sarova Camp. Nawet mostek nad
      basenem opleciony jest jakimiś pnączami. Kolorów można się w tej chwili jedynie
      domyślać, za to ciemność nie przeszkadza w odbiorze aromatów i dźwięków. W tych
      pierwszych dominuje ciężka, duszna nuta, choć o tej porze nie jest wcale gorąco
      a nawet na tyle chłodno, że wciągam na siebie polar. Wśród odgłosów nocy
      dominuje cykanie jakichś świerszczy lub cykad, ale raz czy drugi dają się
      słyszeć jakieś ryki i poszczekiwania. Jutro będzie okazja przyjrzeć się bliżej
      sprawcom tych hałasów...
      • Gość: koro Hermanówka gmina Juchnowiec IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 27.04.04, 15:58
        godzina 22.00. koncert żab. cudo.
        • Gość: KOWALSKI JAN dziki? IP: *.elpos.net 27.04.04, 16:48
          Widziałem kiedyś na klatce taki napis:DZIFNY JEZD TIN ŚFIAD .Jak go zobaczyłem
          mało co nie pękłem ze śmiechu.
          • Gość: koro Choroszcz IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 10.05.04, 18:52
            dzis około południa odwiedziłem Choroszcz. siedziałem na przystanku autobusu
            103 (bilet z centrum Białegostoku 3.20)i patrzyłem na pusty plac przed
            kościołem dominikanów, pomnik orła białego i jednopietrowe kamieniczki.
            wszystko skąpane było w siąpiącym kapusniaczku. i spiewał słowik.
            • Gość: koro Wasilków IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 22.08.04, 06:49
              wczoraj o zachodzie trafilem do Wasilkowa. udałem się nad zalew. już z daleka
              bije w nozdrza woń wodorostów i gnijących ryb. na resztkach betonowej wieży
              leżało trzech kolesi, nad nimi rozbita latarnia. na końcu betonowego pomostu
              siedziała samotnie jakaś panna. kolesie od czasu do czasu coś do niej wołali. w
              wodzie pełno mułu i mnóstwo zdechłych ryb. na resztkach ławek, które kiedys
              okalały zalew siedzą dwójkami młodzi ludzie. dlaczego wybrali to miejsce? czy
              dlatego, że w wasilkowie nie mają innego miejsca? a może dlatego, że zachód
              słońca nadal wygląda tu bajecznie?
              • ogabignac Budapeszt 22.08.04, 12:55
                Jest zupelnie inny jak z opisow naszych handlarzy z lat PRL-u.
                Skrajnie kontrastowy.
                Wielu Cyganow "pracujacych" wokol dworcow kolejowych w im wiadomy sposob.
                Przesliczne Wegierki patrzace odwaznie i nieprzesadnie feministyczne.
                Najwieksze i najlepiej zachowane miasto Aquincum z II wieku naszej ery -
                stolicy dawnej Panonii.
                Hotele przepyszne, marmurowe za pana najjasniejszego cesarza pobudowane i
                witrazami secesyjnymi poprzystrajane.
                Mosty nad Dunajem, urwiste wzgorze Gellerta co go kiedys w beczke wsadzili i z
                tego wzgorza do Dunaju stoczyli.
                I przeslicznie smierdzace siarka liczne laznie tureckie, i salami i tokaj...
                • chatka_ Re: Dziki jest ten świat 24.08.04, 17:50
                  Wakacje sie koncza a tylko dwa wpisy, nigdzie nie wyjezdzaliscie? Mozna tez
                  zamiescic relacje z ubieglych lat...;)
                  Pozdrawiam Koro Always On The Move i Staszka u Madziarow!:)
                  • chatka_ & & #35; 8222;...w Dolomiti Express& & #35; 8221; cz.1 24.08.04, 17:55
                    Opisane poniżej zdarzenia nigdyby nie mialy miejsca, gdyby nie ignorancja,
                    lekkomyślność i uległość autorki na wpływ towarzystwa! ;) A może po prostu
                    gdyby nie natura ludzka, która nie zawsze daje wiare temu co widza oczy: pomimo
                    ewidentnych dowodow tego co nas czeka, w postaci ilustracji w przewodniku,
                    rosło we mnie przekonanie, ze na naszej wyprawie takich historii nie będzie, ze
                    takie ekspozycje występują gdzies wysoko w Alpach, a nie tam gdzie my podążamy
                    czyli w Dolomity, pasmo gorskie w południowych Alpach...:)Tych co w Dolomitach
                    byli proszę o przymrużenie oka na histerie autorki ;)))

                    Wyruszamy wieczorem, tak żeby dojechać na nocna imprezę, a raczej na nocleg u
                    znajomych w Gliwicach, gdyż nastepnego dnia musimy ruszyć o świcie, by na
                    wieczór dotrzeć do Cortiny d’Ampezzo. Droga mija nam całkiem przyjemnie na
                    lekturze "Szkoły fotografowania". Gdy jesteśmy już o pół dnia od celu dochodzę
                    do wniosku, ze należałoby się bardziej szczegółowo zapoznać się z programem
                    naszej wyprawy, bo przecież lubię przed każdą wyjazdem wiedzieć dokąd
                    zmierzam ;) Czytam przewodnik D. Tkaczyka, ale co raz sprawdzam okładkę, autora
                    i tytuł, bo po kilku rozdziałach odnoszę wrazenie, ze wzięliśmy świetny
                    kryminał! Czyta się z zapartym tchem, i szybko udaje mi się wytypować kto
                    będzie mordercą: Monte Cristallo, Sorapis albo Shiara. Wszyscy są jednakowoż
                    podejrzani: stopień trudności 4/6, wysoka ekspozycja, wedrowka po powietrznych
                    nie zawsze ubezpieczonych półkach, konieczne doświadczenie górskie, zagrożenie
                    spadającymi kamieniami itp. Następnego dnia Monte Cristallo jest już poza
                    podejrzeniem, przynajmniej w moim przypadku. Na widok góry wyrastającej mi
                    sprzed nosa decyduje się dogłębniej wczytac się lekture przewodnika w
                    schronisku Lorenzii (2932 m), spod którego startuje via ferrata Maria
                    Bianchi... Jestem jednak wzrokowcem, widok poszarpanej skały z kawałkiem
                    metalowej liny (gdzie do cholery jest sciezka???) i stromizny
                    szczytu "nieopodal" paraliżuje mnie. Siedzę na oszklonym tarasie schroniska i
                    gapie się na gore jak w pysk rekinowi w jakimś oceanarium! Zerkam na tych co
                    wychodzą na ferrate, sporo młodzieży, ale i tez ludzi starszych, a także, o
                    kurcze te dzieciaki nie mogą mieć więcej niż 10 lat... Żałuję przez jakieś 4
                    godziny przez które musze czekać na naszych troje, a wystarczyłaby godzinka na
                    oswojenie się... Jest godz. 15 gdy wszyscy schodzą na taras schroniska,
                    umęczeni, ale gotowi pójść przynajmniej na kawałek sąsiedzkiej ferraty Ivano
                    Dibona , bo jest jeszcze całkiem wcześnie i nie widzi nam się zbieganie
                    piarżystym żlebem, ani zjazd wyciągiem za kolejne 10 E. Po mostkach i drabinach
                    wchodzimy na grzbiet, z drżeniem przepinam co każdy metr moje karabinki. Kątem
                    oka zauważam bajecznie rozpościerające się dookoła widoki, czasem przystaje by
                    sie rozejrzeć i nabrać powietrza... Szybko orientujemy się, ze nie uda nam się
                    tego dnia dojść do planowanego zejścia, musimy, bardziej niż chcemy, na widok
                    stromego piarżyska, skrócić trasę. Mam wyjątkowo dluuugą okazje nauczyć się
                    schodzić po obsuwającym się spod nog żwirze. Czuje, ze dla podbudowania morale
                    potrzebny mi tego dnia jakis mały sukces, tym bardziej, ze wyraźnie dużo lepiej
                    idzie mi spadanie, i slalom gigant na piętach kończę pod wyciągiem jako
                    pierwsza, na szczęście nie na wyciągu ;). Może cos wewnątrz gnało mnie na
                    kolejna ferrate...:)


                    A tu można sobie obejrzec czyjaś relacje na zdjęciach, z opisywanych miejsc.
                    www.camk.edu.pl/~ptz/hobbies/dolomiti03/
                    I może jeszcze jeden bardzo praktyczny adresik dotyczący Dolomit:
                    www.republika.pl/jarekkardasz/Dolomity.htm
                    • chatka_ "...w Dolomiti Express" cz.1 24.08.04, 17:57
                      mialo byc :(
                      • chatka_ Sorapiss znaczy amfiteatr cz.2 25.08.04, 16:49

                        Nie odjeżdżamy zbyt daleko od Cortiny i udajemy się nieco na zachód w masyw
                        Sorapiss o charakterystycznym kształcie gigantycznego amfiteatru, który to
                        grupa zawdzięcza lodowcowi. Przed nami trzy dlugie i trudne ferraty, które nie
                        sposób pokonać w ciągu jednego dnia. Robimy przepakowanie i do plecakow
                        wkladamy namioty, zapas wody na dwa dni i ruszamy w stronę schroniska Vandelli.
                        Ruch na szlaku jak pod Trzema Koronami. Nic dziwnego, trasa jest wyjatkowo
                        piekna, waska sciezka biegnie początkowo przez las, po czym wylania się i
                        trawersując odslania widok na wspaniale wysokogórskie panoramy. Dopiero gdy
                        dochodzimy do schroniska możemy w całości podziwiac regularny kształt masywu,
                        zasłaniający swym półkolistym kształtem polowe widnokręgu. Chłopcy badają mapę
                        i wskazują na zachodnia ścianę, po której mamy się wspinać. Znowu nie bardzo
                        dajemy im wiarę i uważamy to za świetny żart. Posłusznie jednak ruszamy na
                        szlak, który początkowo nie sprawia żadnych trudności, idziemy praktycznie po
                        płaskim terenie, po gładkim jakby sprasowanym glazowisku. Gdzieniegdzie widać
                        szczeliny i pęknięcia, z gory wyraźniej zobaczymy caly ten cyrk jaki pozostawił
                        po sobie lodowiec. Nieuchronnie zbliżamy się do miejsca w którym kończy się
                        sciezka, przynajmniej w poziomie. Wystarczy zadrzeć glowe do gory, tak mocno
                        jak tylko się da, aby zobaczyc jej ciag dalszy...To miejsce chłopcy ochrzczą na
                        nasza cześć ściana płaczu ;). Najpierw po drabinach, potem po wybrzuszonych
                        skalach, mozolnie w wielkim skupieniu wspinamy się do gory. Palcami wyszukuje
                        ostrej krawędzi i podciągam w gore stuk odpinam jeden karabinek, przekladam za
                        bolec przytwierdzający do skaly metalowa line ubezpieczajaca stuk wpinam
                        karabinek do liny stuk odpinam drugi, przekladam i wpinam z jednej strony na
                        druga stuk monotonnie i religijnie jak oczka z drutu na drut stuk jeszcze nie
                        potrze w dol, za wczesnie stuk ale tez nie czuje strachu stuk tylko skupienie
                        jak nad robótka reczna stuk stuk stuk słychać cisze i te rytmiczna melodie
                        dochadzaca z gory i z dolu. Kazdy w swoim tempie dochodzimy do lewego krańca
                        amfiteatru i szerokim grzbietem przechodzimy na druga stronę, kończy się
                        ferrata, ścieżką, choc wcale niełatwą, schodzimy do biwaku Comici, z
                        charakterystyczna a Alpach metalowa kapsuła, która mieści dwa piętrowe lozka i
                        stolik. Jest około godz. 19, sprawdzamy zapas wody, okazuje się, ze wspólnie
                        mamy już tylko 0,7 l, a najbliższy strumień przewidujemy dopiero o godz. 14
                        nastepnego dnia... Znajdujemy możliwość zejścia, wygląda na to, ze zanim
                        calkiem się ściemni będziemy na dole. Trudna to decyzja bo zamykamy w ten
                        sposób drogę powrotu na Sorapiss, tylko perspektywa kąpieli w morzu jest w
                        stanie nas wszystkich pogodzić i zachęcić do zejścia z gor. Tylko dlaczego nikt
                        z mapy nie odczytał jaka stromizna dzieli nas od tych marzen... Stromy żleb,
                        wyczyszczony z grubszego piargu, pokonuje opierając się na rekach, a pozniej za
                        reke, do samego praktycznie końca, nie jestem w stanie odpowiedzialnie uczynic
                        żadnego kroku, gdyby jeszcze nie ten widok bez dna, za każdym obejściem gory
                        wylania się kolejne dno, az i to znika nam z oczu gdy zapada noc. A to dopiero
                        polowa drogi, na chwile zanim wejdziemy do lasu udaje nam się zobaczyć w dole
                        wąską nitke strumienia do ktorego zmierzamy. Chłopcy zapalają czołówki, nie
                        schodzimy a zbiegamy, po czyms co podczas deszczu zamienia się pewnie w potok.
                        Liczymy, ze tedy dojdziemy do rzeki na dole, jeśli nie szlakiem, który
                        niewiadomo kiedy zgubiliśmy... Wpadamy wprost na ścieżkę, teraz już wyraźnie
                        słyszymy z prawej i lewej strony szemrzacy jakze dla nas mily odglos potoku.
                        Stajemy nasłuchując i nie bardzo mogąc się ruszyc, nogi nam się trzęsą, cali
                        się trzęsiemy ze smiechu. Piotr maksymalista w temacie gor i sportow wydaje z
                        siebie dwa slowa: ale wyrypa. Pot nam kapie z powiek, spod powiek lzy
                        szczęścia. Jedyne miejsce suche na mnie to dwie kieszonki hm... na klatce
                        piersiowej ;) Rozbijamy obóz nad potokim w cieniu gory, która z czułością
                        oslania nas od księżycowego blasku. Długo wpatruje się w granat nieba, boje się
                        zamknąć oczy, wracaja obrazy z drogi powrotnej, przywoluje najpiękniejsze
                        zalane w słońcu panoramy, a i tak, jakby nałożyły się na siebie dwa filmy,
                        przed oczy wracają chwile grozy z ostatnich paru godzin. Cóż jeszcze może nam
                        się przydarzyć? Jeszcze burzy by tylko brakowalo...
                        • Gość: koro Kopisk IP: *.81-161.gts.tkb.net.pl 17.09.04, 11:43
                          Do Kopiska polożonego na polanie Puszczy Knyszyńskiej dojechac mozna dwojako.
                          Albo skręcić z szosy Ełckiej w prawo, drogowskaz Chraboły, albo z trasy na
                          Augustów skręcić w lewo. drogowskaz Kopisk 4. Jest to pięknie położona na
                          wzgórzu wioseczka o zabudowie drewnianej i niesamowicie szczerych ludziach. Aby
                          sie o tym przekonac wystarczy zajśc do miejscowego sklepu, który znajduje się
                          naprzeciwko kościoła. Sklepik rozpoznamy po drewnianej tabliczce, na której
                          ktos napisał ręcznie "Kiosk spożywczy". Przy odrobinie szczęścia spotkamy
                          babcię z białym kotem. Mruczek ma tylko trzy nogi i niesamowicie bogaty
                          życiorys. bBabcia nam wszystko opowie. W lasach wokół Kopiska znaleźć mozna
                          mnóstwo grzybów. nalezy sie jeno zabezpieczyc przed klaszczami, gdyz i one
                          upodobały sobie ten cudowny zakątek. Z innych przedstawicieli fauny występują
                          tu bobry, orły i rysie. tego ostatniego co prawda nie widziałem, ale słyszałem
                          opowieści. Oczywiście na ławeczce pod sklepem.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka