qqbek
09.07.15, 09:28
Od jakiegoś miesiąca sprzedaję Opla i jakoś powoli zaczynam mieć procesu sprzedaży dość.
Wczoraj byłem na trzeciej (przez miesiąc) jeździe próbnej.
Klient miał rację co do kilku mankamentów, ale... najlepszy był jednak komentarz po jeździe próbnej: "Panie, ja myślałem, że 100 koni to jedzie, a to pod górkę bardzo niemrawo się rozpędzało, ja mam 64 konie u siebie (podjechał starą Felicją SDI w stanie daleko posuniętego rozkładu) i lepiej ciągnie". Nawet mi się już nie chciało tłumaczyć, że benzyną się trochę inaczej jeździ bo benzyna "zaczyna tam, gdzie Diesel skończył" i że wjazd pod ostrą górkę, od 30 do 50km/h na czwórce mało mnie o zawał nie przyprawił (jak pomyślałem co on temu silnikowi robi).
Inne kwiatki: "panie, ja sprawdzałem, opony do tego z 600 złotych kosztują nowe bo to piętnastki są (sam miałem wymieniać, ale jak bym nie liczył komplet wychodził 1000 za przyzwoite i 850 za Dębice... co on chciał kupić - wolę nie wiedzieć) a to drogo bardzo"
Tekst dyżurny: "za ile to pójdzie?" (rzecz jasna jeszcze przed oględzinami auta).
Inne "fachowe" komentarze - "fotele jakieś twarde" (a co ja temu jestem winien, że GM takie robi?), "sprzęgło bierze od dołu, trzeba by wyregulować jak jeszcze jest co" (sprzęgło jest jeszcze w bardzo dobrym stanie, bierze od dołu bo tak ma być, rzecz jasna sterowane jest hydraulicznie i regulacji nie ma), "tutaj pies jeździł" (nawet jest w ogłoszeniu o tym, żeby wątpliwości nie było) - moja odpowiedź "tak, a czy to problem" - "nie po prostu zauważam".