rapid130
14.04.05, 11:02
Oto jak zszedłem na drogę występku. ;-)
Pierwsza strona medalu.
Sierpień zeszłego roku.
Zjeżdżam z dobrze znanej dwupasmówki (nr 2), 20 kilometrów na zachód od
Poznania.
Jak zwykle wytracam prędkość bez hamowania. Ze 110 km/h, docelowo 60 km/h.
Do skrzyżowania, na którym mam ustąpić pierwszeństwa (bez potrzeby
zwalniania), jest stąd około 300 metrów prostej, jednokierunkowej na połowie
długości. O wiele wcześniej stoi znak 60 km/h. Prędkość spada mi wolno.
Trochę za wolno.
Niskie słońce świeci daje się trochę we znaki, ale dobrze widzę, że
niespodziewanie na drogę wychodzi mi z cienia na poboczu człowieczek w
charakterystycznej białej czapeczce, z lizakiem.
Wynik 87 km/h. Po negocjacji 150 PLZ + 6 pkt.
Późny listopad zeszłego roku.
Znajoma mieścinka. Szeroka prosta ulica wylotowa, ciasna zabudowa
jednorodzinna po obu stronach, ale chodniki są oddzielone od jezdni szerokim
pasem trawy. Idealna widoczność na całej długości. Ruch nieduży.
Jadę grzeczne 60-65 km/h, tamując ruch 2/3 kierowców.
Ale z pobocza i tak niespodziewanie wychodzi człowieczek…
Wynik 62 km/h. No tak, skleroza. Tu obowiązuje ograniczenie do 40 km/h,
ustawione 800 metrów wcześniej. Choć obowiązuje od lat, lokalna prasa nie
doszła jeszcze z jakiej przyczyny, mimo wielu starań. Ciekawe, 40 km/h nie
obowiązuje jadących w przeciwną stronę. Kończy się na pouczeniu, bo
przypadkiem trafiam na znajomego policjanta.
Styczeń tego roku.
Trasa Gdynia - Poznań. Pochmurno, czasem siąpi deszcz. Od dwóch godzin na
szosie jest zaskakująco pusto, prawie jak 15 lat temu. Pojedyncze samochody
wymijam co parę minut. Wioska kilkanaście kilometrów za Człuchowem. Nie ma
kościoła. Na chodnikach żywej duszy, nawet psa z kulawą nogą. Wszyscy pewnie
na obiedzie. Szeroko, widno i przejrzyście, łagodne zakręty na łagodnym
zjeździe. Utrzymuję tempo 65-70 km/h, z górek wychodzi nieco szybciej.
Wychodzę z zakrętu, na poboczu widzę zaparkowane białe Seicento. Blaszana
skrzynka na jego dachu. Kojarzę za późno. Efektowny błysk flesza.
Mandat zaoczny z fotką przychodzi dwa miesiące później.
Wynik 72 km/h. Czyli 150 PLZ + 4 pkt.
Druga strona medalu.
Ulubione miejsca pracy radarowców 30 km od mojego domu.
1. - Prosta gładka droga powiatowa. Na przestrzeni 500 metrów po jednej
stronie drogi widać pięć domów. Są też zabudowania rolniczej spółdzielni, ale
od lat zamkniętej na cztery spusty. Najbliższy budynek stoi w odległości 15-
20 metrów od jezdni. Pojedynczych przechodniów widuję tu raz na miesiąc, a
przejeżdżam tędy 3-4 razy w tygodniu. Znaki wskazują jednak, że to
pełnoprawny obszar zabudowany.
2. - Prosta długości pół kilometra, obsadzona czterema domami. Poprzedzona
zakrętem, przed którym stoi (słusznie) ograniczenie do 40 km/h. Z
oszczędności nie odwołane za zakrętem. W przeciwną stronę można jechać
zgodnie z prawem 90 km/h.
3. - Wjazd do sporej wsi. W jej ciasno zabudowanym centrum droga kluczy
kilkakrotnie. Słuszne ograniczenie do 40 km/h. Niestety, z oszczędności
odpowiednie znaki są zainstalowane pod tablicami początku obszaru
zabudowanego. I wygląda to tak – ograniczenie, potem 300 metrów prostej z
trzema domami po bokach i dopiero pierwszy z serii ciasnych, słabo widocznych
zakrętów. Patrol stoi tuż przed zakrętem, w bocznej ulicy.
4. - Wjazd do miejscowości, która próbuje uchodzić za letniskową, chociaż nie
jest. Szeroka, niedawno wyremontowana droga wojewódzka z bardzo szerokimi
poboczami. Po bokach, co kilkanaście, kilkadziesiąt metrów domy jednorodzinne
z długimi wjazdami na podwórka. Wzdłuż jezdni biegnie chodnik, oddalony od
niej o kilka metrów. Dziwne, ale przez pierwsze pół kilometra prędkość
dopuszczalna wynosi aż 90 km/h. Dopiero później stoi tablica obszaru
zabudowanego, drastycznie wzmocniona znakiem 40 km/h, chociaż charakter
zabudowy i układ komunikacyjny nie zmienia się ani o jotę (optimum dla całego
odcinka byłoby kompromisowe 70 km/h). Patrol stoi za przystankiem
autobusowym, około 300 metrów za tablicą obszaru zabudowanego.
W promieniu 30 km od mojej chatki jest kilka miejsc od lat zasługujących na
oznakowanie „obszar zabudowany”. Jest też przynajmniej kilkanaście punktów, w
których ruch jest tak „wspaniale” zorganizowany, że na samą myśl o
przejeździe ciarki mi chodzą po plecach. Nikt nie da mi nagrody za to, że
zwalniam tam sporo poniżej oficjalnych limitów.
Co ciekawe, w te miejsca nie wysyła się patroli policyjnych ze sprzętem
radarowym, chociaż wielu kierowców przekracza tam dopuszczalne prędkości!
Najwyraźniej przerób na godzinę byłby za mały, bo chyba nie o bezpieczeństwo
w tej zabawie w kotka i myszkę chodzi.
Takie przemyślenia sprawiły, że wczoraj odebrałem zamówiony antyradar.
Ja, 300 tys. km wykręconych w 10 lat.
Bez wypadku. Trzy stłuczki, z cudzej winy. Jedna sarna.
rapid130
Wasza myszka.
Lekko uzbrojona przeciw kotkom.