Gość: free_lander
IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl
21.10.02, 16:03
Materiał do przemyśleń dla wszystkich, którym podoba się komfort związany z
możliwościami aut terenowych Land Rover.
Wiosną 2002 chcąc zrobić niespodziankę żonie pojechałem do dealera Land
Rovera by kupić samochód Freelander Td automat. Do dealera, bo pracownicy
tzw. wyłącznego importera nie potraktowali mnie poważnie, uznając, że mnie
pewnie nie stać (to był znak). Z niespodzianki nici, bo okazało się, że
trzeba zapłacić zaliczkę i czekać ok. trzech miesięcy. Pal licho pomyślałem,
zaczekam. Czekałem cztery miesiące. Byłem wściekły, bo ufając w termin
trzech miesięcy sprzedałem Toyotę żony i musiałem robić za taksówkę przez
miesiąc. Mieszkamy na wsi pod Warszawą i dwa auta to niezbędne minimum.
Dealer nie udostępnił mi samochodu zastępczego, bo nie wymaga tego tzw.
wyłączny importer.
Przeżyłem i to, bo sprzedawca (pracownik dealera) był miły i w sumie niczemu
nie winien.
Samochód dotarł do mnie 2 września 2002. Byłem zachwycony, żona też. Czarny,
błyszczący - wsiadłem i pojechałem do domu bogatszy o gratisowe dywaniki i
antynapad od dealera za opóźnienie.
Pierwsze tankowanie - pół godziny później - obchodzę samochód i widzę, że
prawy przedni błotnik odstaje, bo nie jest zlicowany z burtą, we wnętrzu
uszkodzona rączka drzwi i charczący głośnik. Zadzwoniłem do dealera i jego
miły pracownik powiedział, że to niemożliwe, więc pojechałem doń by
zobaczył. Uwierzył, zrobił zdjęcia i powiedział, że błotnika nie da się
zlicować na poczekaniu bo musi to zrobić blacharz (błotniki są plastikowe).
Blacharz tzw. wyłącznego importera w Warszawie wyznaczył termin za miesiąc.
Nieźle pokancerowany sprzęt za 117 tyś PLN. Wiedziałem, że angielski towar
to nie japończyk, ale sprzedawanie takiej jakości to duża zniewaga.
Problem z błotnikiem sam się niestety rozwiązał, bo 2 tygodnie później żona
miała niegroźną stłuczkę z autobusem, który "obrał" Freelandera ze
wszystkich plastikowych gadżetów z przodu.
Dealer zachował się ładnie przysyłając holownik.
Trzy dni później wyjeżdżaliśmy na wakacje i w ekspresowym tempie musieliśmy
załatwić formalności ubezpieczeniowe. PZU w Piasecznie okazało się bardzo
sprawne i mimo nacisków punktu centralnej bazy danych PZU o wypadkach by
skierować auto do naprawy u tzw. wyłącznego importera (stanowczo odmówiłem)
pozwolono mi zostawić samochód do naprawy u miejscowego dealera. Części
miały przyjść po dwóch tygodniach. Pojechaliśmy spokojnie na wakacje.
Wracamy i dowiadujemy się, że nie ma części bo rzeczoznawca PZU coś pokręcił
i zamiast 19.09.2002 zostały zamówione 26.09.
OK., pomyślałem to jeszcze 7 dni i będą. Nic z tego. Po mojej interwencji u
tzw. wyłącznego importera dowiedziałem się, że może dojdą do 15 listopada,
czyli dwa miesiące po wypadku.
Tzw. wyłączny importer nie ma zamiaru udostępnić klientowi samochodu
zastępczego, bo po co - przecież samochód zapłacony, a wolność kosztuje.
Ta cała afera to moja wina (przepraszam żonę), bo uległem jej impulsowi i
kupiłem pojazd, którego losem jest bycie ciągle modernizowaną i udoskonalaną
nówką z adresem u tzw. wyłącznego importera.
Przepraszam także pana Toyotę, którego zdradziłem w chwili słabości - ja już
nigdy więcej...
Przepraszam zacnych Anglików z Land Rovera i Amerykanów z Forda (do nich
należy ta marka), że pomyślałem o nich źle wiele razy podejrzewając, iż
jakiś tam Polaczek nie jest dla nich poważnym klientem.
Przepraszam także tzw. wyłącznego importera za złe myśli o nim i jego
serwisie i za to, że zgrzeszyłem marzeniem o wykluczeniu go z dystrybucji
jakichkolwiek pojazdów wymagających profesjonalizmu.
Przepraszam na koniec mój rower górski za to, że nie nazywam go "RAV 4
górski" lub "jeep górski".
Wszystkie opisane fakty są niestety prawdziwe, a ich zbieżność z osobami i
sytuacjami deprymująco nieprzypadkowa.
C.d.n.
free_lander@gazeta.pl