ilumina
19.07.06, 07:21
Mam syna w, jak to czasem nazywają, trudnym wieku. Mówi za głośno, pyskuje,
wszędzie widzi niesprawiedliwość (w stosunku do siebie, rzecz jasna)i ma
poczucie, że nikt go nie rozumie - czyli to, co chyba każdy z nas w wieku
dojrzewania przechodził. Staram sie byc dla niego cierpliwa i zastanawiam się
czasami, skąd moja Mama miała cierpliwość do mnie i czemu nie zwariowała,
kiedy ja sama byłam w wieku lat "nastu". Niby więc wszystko zgodnie z prawami
przyrody.
Gdyby nie mój mąż.
Wyzywa młodego za byle co (np kiedy się ten za głośno śmieje), siłą wygania z
pokoju, w którym jest komputer, nie pozwala włączyć telewizora, krytykuje
stale a rzadko pochwali (a jet za co, np. syn świetnie się uczy) - stale
jesteśmy w konflikcie. Nie ma dnia, żebym sie nie musiała zdenerwować,
głównie na męża, za sposób, w jaki się z młodym obchodzi. A młodego mi żal.
Nie pomagają rozmowy z ojcem (nie pouczaj mnie, jak mam ze synem
rozmawiać!!), prośby. Moje próby pojednawcze -na nic. Jednego dnia nie ma
spokojnego, w sympatycznej, rodzinnej atmosferze. Koszmar. Doszło do tego, że
czasem myślę o rozstaniu z mężem, bo jak to ma jeszcze dalej tak trwać, to
nie wytrzymam. Młody robi się zamkniety w sobie, aż się boje, co będzie
dalej. Dodam, że do młodszych dzieci (10, 11 lat)mąż ma bardziej normalne
podejście.
Czy któraś z Was, matek nastolatków ma podobne doświadczenia i jak sobie
poradziła?