Dodaj do ulubionych

Francja w opisach z podróży Fredzia

08.06.04, 10:41
Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
Data: 25.05.2004 11:16 + dodaj do ulubionych wątków

+ odpowiedz na list

------------------------------------------------------------------------------
--
S'il vous plait:
Wrzesień 1999: (fragment wyprawy na Cabo da Roca czyli koniec Europy) „Trasa
zaplanowana jako nudny przelot przez Montauban, Figeac, Aurilac i itd.
okazała się niespodziewanie niezwykle widokowa, biegnie dolinami rzek
pokrytymi soczystą zielenią, tylko bardzo nieśmiało przybierającej barwy
jesienne, za Figeac, gdzie wypiliśmy południową kawę, wręcz góry, urwiska i
skały,okazało się, że jedziemy częścią trasy turystycznej Circuit de
Monts de Cantal. Wszędzie czyściutkie wypieszczone miasteczka, w pobliżu
Clermont-F. zlokalizowane na stokach stożków wulkanicznych. Tak więc z
nudnego przelotu zrobiła się ciekawa wycieczka. Przy okazji obserwujemy
zwykłe tu pielęgnowanie dróg: maszynowe strzyżenie trawy na poboczach,
poprawianie słupków, malowanie oznaczeń, no i budowę i naprawę, stąd częste
żółte pasy na jezdni, circulation alternée, wszystko to świetnie
zorganizowane i minimalnie zakłócające ruch. Jak zwykle jechaliśmy
100, na odcinku bezpłatnej autostrady 130, wszyscy inni szybciej.
Zarezerwowany wczoraj F1 znajdujemy od razu i to pomimo bałamutnego
tym razem opisu drogi dojazdowej, ale trzeba przyznać, że paradoksalnie -
trafiamy, dzięki ścisłemu trzymaniu się tego opisu tj. niewzruszonej
azdy prosto aż do celu. Zostajemy tu dwie noce, na pojutrze rezerwujemy
Miluzę.
28.09 #Clermont-F.
Pogoda pokrzyżowała nam plany, do rana niezbyt intensywnie
padało, dlatego wycieczkę na Le Puy de Dome, czyli najwyższy tutejszy
(były) wulkan postanowiliśmy przełożyć na popołudnie i pojechaliśmy do
miasta. Bez problemu znaleźliśmy podziemny parking pod pomnikiem
Vercingetorixa i zaraz byliśmy na starym mieście, jak zwykle miłym, czystym i
bez samochodów.
Oczywiście dwie katedry, najpierw nowsza gotycka zbudowana z regularnych
bloczków czarnego kamienia wulkanicznego. Pięć naw, prezbiterium otoczone
kolumnami, ale bez ścian, za to ze stallami, dość skromnymi. Ołtarz nie
duży, ale bardzo misternie rzeźbiony, sam stół metalowy, w kształcie
skrzyni. Wspaniałe witraże w stylu komiksowym - sceny z Pisma św.. Na
ścianach miejscami resztki fresków, w jednej z bocznych kaplic fresk
wyraźnie komiksowy. Piękne filigranowo rzeźbione rozety.
Druga katedra oczywiście romańska, oczywiście mniejsza, z uroczym, bo
skromnym figuralnym portalem, zbudowana też z bloków kamienia, ale innego,
bielszego i większych rozmiarów. Wnętrze bardzo piękne, szczególnie
krypta z licznymi kolumnami, przepiękne głowice kolumn w nawie. Nad nawą
boczną znowu galeria z podwójnymi łukami, to co nazwałem "gotykiem
bretońskim" - chyba jest to jakaś reminiscencja romańska. Potem spacer po
mieście m.in. oglądamy bardzo rozbudowaną fontannę, która z daleka, ze
względu na mnogość drobnych szczegółów ( aniołki, potworki i i.) sprawia
wrażenie odlewu żeliwnego - z bliska okazuje się wyrzeźbiona z czarnego
kamienia. Potem idziemy jeszcze zwiedzać dom towarowy "C & A", w
gigantycznym budynku, zawierającym obok dużego supermarketu wszystkich
branż, 7 kin, restauracje, pizzerie, kawiarnie, bary i tp.
Stwierdziwszy, że czas na małe-co-nieco idziemy do pobliskiej, upatrzonej
wcześniej pizzerii "Chez Toni", w założeniu na obiecaną Wojtkowi pizzę,
ale po przejrzeniu menu, dochodzimy do wniosku, że najracjonalniej będzie
wybrać menu du jour za 49.-, bo obiecują w nim do wyboru trzy entrées, trzy
dania główne (w tym wspomnianą pizzę) i trzy desery. Gdy zamawiamy na
zakąskę coś z pomidorami, potem dla Wojtka pizzę, dla nas steki, z tym, że
dla
mnie ze spaghetti, a dla Jadzi z frytkami, panienka pyta ieoczekiwanie,
czy rouge, czy rose, wybieramy rouge i po chwili dostajemy dwa dzbanki
wina - jeden większy, jeden mniejszy (czyli w sumie 3x0,25 l) oraz karafkę
wody i pieczywo. Zbierając talerze panienka pyta o wybór deseru, bierzemy:
ja - ser kozi (chevreux), Jadzia sałatkę owocową, a Wojtek lody waniliowe. Za
wszystko płacimy 150.-Fr tj. dokładnie 147+3. Bardzo przyzwoity obiad za
rozsądną cenę.
Trochę pogodniej, więc jedziemy na ten Puy, ale gdy dojeżdżamy
do bramki na początku płatnego odcinka drogi, bramkowy uprzedza
lojalnie, że na górze jest foggy - więc rezygnujemy, za co dostajemy
folder ze zdjęciami i zawracamy do domu. Swoją drogą - z opisu wynika, że
tutejsze wulkany milczą dopiero od 4000 lat, co w skali geologicznej jest
oczywiście okresem do pominięcia- a nuż by się zbudziły?
Tym razem opis trasy dojazdu do hotelu zgadza się dokładnie i też
od razu trafiamy, co nas trochę dziwi, bo w zasadzie dla dwóch różnych
dróg nie mógł być właściwy ten sam opis. Po drodze zakupy w Géant,
rzeczywiście gigantycznym."

Obserwuj wątek
    • petromin Re: Francja w opisach z podróży Fredzia 08.06.04, 10:41
      Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
      Data: 24.05.2004 14:13 + dodaj do ulubionych wątków

      + odpowiedz na list

      --------------------------------------------------------------------------------
      Coś zabawnego:
      „Jedziemy z Heilbronnu, prawie bez postojów (raz zatrzymujemy się przy
      supermarkecie, gdzie znowu szukamy brakujących map, ale nie ma nam potrzebnej,
      drugi raz nie możemy znaleźć dojazdu do innego, a gdy wreszcie dojeżdżamy,
      market okazuje się nieczynny) widokowo przepiękną drogą wzdłuż rzeki Doubs aż
      do Gerzat pod Clermont-Ferrand, gdzie spostrzegamy obok drogi neon z
      napisem "Fast Hotel, 1,2,3 pers. 160 F", zjeżdżamy. Kolorowa panienka w bufecie
      na pytanie o pokój mówi "C'est ne pas lá", ale po chwili woła kogoś
      mądrzejszego i okazuje się, że lá, recepcja hotelu po prostu jest w kącie
      restauracji. Pokój bardzo wygodny: grand lit 1,60x1,80 i drugie łóżko, pościel
      typu francuskiego, wałek zamiast poduszki itp., w kącie pokoju łazienka z
      plastyku, sprawiająca wrażenie prefabrykatu, zaopatrzona w ręczniki, mydełka,
      duszbady. Hotel w ogóle wygląda na zmontowany z prefabrykowanych całych pokoi.
      Rachunek (160 FrF kartą).”
      Co w tym zabawnego? Ano, już w pokoju ku swojemu (i nie tylko) zdumieniu
      uświadomiłem sobie, że całą transakcje przeprowadziłem … mówiąc po francusku.


      • petromin Francja po raz pierwszy: 08.06.04, 10:43
        Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
        Data: 23.05.2004 12:36
        Francja po raz pierwszy:
        „Wojtek oznajmił mimochodem, że jedzie z referatem na międzynarodowy
        kongres "ICEM '96" do Vigo; Vigo? jakoś skojarzyło mi się z Portugalią lub z
        południem Hiszpanii, po spojrzeniu na mapę okazało się, że (...prawie) miałem
        rację: w Hiszpanii (północnej), nad Atlantykiem (ale pobliżu granicy z
        Portugalią). Gdy doszło do ustalenia, że najtaniej będzie jechać samochodem,
        zmierzyliśmy odległość: z górą 2500 km (w rzeczywistości wyszło potem 3200).
        Jazda w pojedynkę na taką odległość wydała się nieekonomiczna i zbyt męcząca,
        uznaliśmy zatem, że dla wykorzystania okazji, pojedziemy całą rodziną. W głębi
        duszy pomyślałem, że może to być niepowtarzalna okazja zrealizowania nie do
        końca sprecyzowanego marzenia o podróży po Francji i to "rzemiennym dyszlem"
        przez „France profonde”, które to pojęcie, oznaczające Francję po za głównymi
        szlakami turystycznymi, napotkałem kiedyś w jakimś reportażu. Gdy patrzyłem na
        mapę, podróż na koniec Europy - bo niedaleko Vigo znalazłem przylądek Fisterre
        czyli Finisterre (nie mylić z tym we Francji) - wydawała mi się tak nierealna,
        że do planowania podróży zabierałem się niemrawo, a gdy wreszcie ruszyłem z tą
        sprawą i zacząłem kopać w przewodnikach i mapach, aby wyszukać
        najatrakcyjniejszą trasę, natknąłem się na kłopot: jaką bym miejscowość we
        Francji nie wybrał, okazywało się, że jest tam katedra z XI w. lub klasztor/
        zamek/ pałac z XIV lub opactwo z X, więc wybranie "ciekawszej" drogi stawało
        się bezprzedmiotowe, każda była ciekawa”.
        I to jest prawda.
        Widzicie, że robię co mogę, aby nie dać wygasnąć temu wątkowi.
        „Pomożecie ?” (koniec cytatu).
        • petromin Mont Saint Michel 08.06.04, 10:45
          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 14.05.2004 16:42
          1999 wrzesień:
          "Pogoda tradycyjnie bretońska, cumulonimbusy na niebie,
          czasem słońce, przelotne kilkuminutowe ulewy. Malowniczą,
          falistą i krętą, czasem wyraźnie stromą drogą, wśród
          malowniczych wzgórz przez wioski i miasteczka, przeważnie
          zbudowane z kamienia, jedziemy do Le Mont St. Michel; pojawia się
          nagle na horyzoncie w perspektywie drogi, jako szpiczasta
          piramida, rosnąca w miarę zbliżania się, wreszcie można odróżnić
          szczegóły: olbrzymi klasztor i kościół, a pod nim domy
          miasteczka, wszystko otoczone murami obronnymi. Grobla, która
          teraz nie jest już zalewana przy przypływach (tzn. w części
          jednak jest, o czym ostrzegają napisy) służy jako wielki parking
          (15 F). Niesamowite tłumy zatykają wąziutkie i strome uliczki,
          złożone znów wyłącznie z restauracji i sklepów z pamiątkami i
          wyrobami regionalnymi (cydr, calvados, pieczywo w kształcie
          herbatników w blaszanych puszkach, wyroby z fajansu i itd.).
          Restauracje oferują crépes na 100 sposobów i mule na 20. Nie
          wyobrażam sobie co tu się dzieje w lecie, chociaż może tak
          tłoczno, bo dziś niedziela). Dużo Anglików. Bilety po 40 F i nie
          przyjmują kart kredytowych, chociaż czeki- tak. Przechodzimy
          szlakiem zwiedzania: trzy warstwy kościoła, dwa romańskie i na
          wierzchu gotycki, romańskie jak zwykle masywne z grubymi
          kolumnami i bardzo dostojne, gotycki trochę pompatyczny.
          Refektarz i część gotyckiego kościoła oraz krużganki mają
          beczkowate drewniane sklepienia, jak te w enclosach- z drobnych
          klepek, przypominają wyraźnie dno odwróconej łodzi. Właściwie
          wszystkie szczegóły takich budowli już widzieliśmy, ale tu to
          całość jedyna w sobie. Nie widzieliśmy natomiast dotychczas
          nigdzie takiej, jak tu windy-wyciągu, napędzanego ogromnym kołem
          wewnątrz którego ktoś chodził, jak chomik w swoim kręciołku.
          Krużganki przepiękne, doskonale utrzymane. Wewnątrz budowli tłum
          się jakoś gubi."
        • petromin Nieznana (zapomniana!) Bretania 08.06.04, 10:48
          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 07.05.2004 11:59
          "15.06.1998
          Pogoda pochmurna i chłodna, ale przez cały dzień prawie nie
          padało, po za paroma kroplami i ulewą wieczorem. Nawet było
          trochę słońca. Rano do Rennes drogami jak opisane poprzednio.
          Katedra św.Piotra, bogato zdobiona, z przepięknym stropem.
          Prezbiterium ma ściany pokryte ciemną boazerią drewnianą na
          całej wysokości. Piękna drewniana rzeźbiona ambona. Stare
          miasto, jak zwykle, ładne, wiele pięknych domów, niektóre stare a
          wyglądają, jak nowo zbudowane, nie wiadomo, czy to doskonała
          rekonstrukcja, czy doskonała konserwacja. Kościół St.Germain w
          stylu gotyku bretońskiego. Oczywiście gotyk bretoński zapewne
          nie istnieje, ale dla porządku ustaliłem sobie taką nazwę dla
          odmiany gotyku taką właśnie, jak w tym St.Germain: podwójna
          wieża-dzwonnica z oknami i obok niższy "minaret", budynek z
          zewnątrz gotycki, ale bez przypór, ze stromym dachem, a wewnątrz sklepienie
          drewniane beczkowate lub, jak tu , wyraźnie łódkowate, nawet
          czasem z zaznaczonymi wręgami, stępką i belkami rozporowymi. I w
          transepcie lub/i w prezbiterium "bretoński" witraż, złożony z
          różnej ilości obrazków, tutaj 24 obrazkowy, umieszczonych obok
          siebie, czym różni się to od komiksu w St.Chapelle.
          Vitre- miasto, jak wiele tu, na stoku wzgórza,
          nieprawdopodobnie piękne i wypielęgnowane, szczególnie śliczne
          kolorowe domy szkieletowe. Chyba najładniejsza starówka ze
          wszystkich widzianych. I do tego zamek-twierdza, dobrze
          zachowany, zawiera m.in. merostwo i urząd stanu cywilnego. W
          bistro kawa z mlekiem (okazuje się, że może być mała kawa z
          mlekiem, tu po 6.50).
          Fougéres -ogromny zamek obronny, częściowo w ruinie (jedna
          z nich, środkowego donżonu pochodzi(ruina!) - z XII wieku), 13
          wież na wysokiej stromej skale, obszerna przestrzeń wewnątrz
          murów; ciekawy młyn wodny z szeregowo ustawionymi czterema
          kołami, do każdego doprowadzony oddzielny kanał z drewna. Widok
          z zamku na miasto i na zamek z położonych na przeciwległym stoku
          ogrodów miejskich - niezwykły, sprawia wrażenie, że miasto
          zbudowano na stokach i dnie kamieniołomu. Ulice, po których
          trochę błądzimy, nieprawdopodobnie strome. Kościół St.Sulpice
          klasycznie bretoński czyli podwójna wieża itp. z tym, że strop
          (też "bretoński") w prezbiterium bogato malowany; w enclosach
          wewnątrz kościołów zwracały uwagę jaskrawe kolory figur i
          ornamentów, może tu wszystkie ściany i stropy były malowane?"
        • petromin Nieznana (zapomniana!) Bretania 08.06.04, 10:50
          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 06.05.2004 14:52
          "13.06. 1998
          Jedziemy zwiedzać polecane przez przewodniki osobliwości
          bretońskie: enclos paroissiaux czyli założenia kościelno-
          cmentarne. Rano mżawka, jedziemy w coraz gęściejszy deszcz,
          czasem trochę ustaje, czasem znowu leje, chmury coraz niżej,
          wreszcie dochodzą prawie do ziemi, mgła ogranicza widoczność do 100
          m, a pomimo to wszyscy nas wyprzedzają, choć jadę
          przepisowo.hmm..100 km/godz. W pewnej chwili wyprzedza nas ambulans
          na sygnale, kilkanaście minut potem widzimy, jak stoi na szosie,
          a kilkadziesiąt metrów od drogi leży na dachu rozduszony
          samochód, musiał wypaść z drogi i koziołkować. Droga bardzo
          kręta, czasem strome podjazdy i zjazdy, lasy i zagajniki. Gdy
          dojeżdżamy do Pleyben przestaje padać, stajemy przed enclos z
          rozdziawionymi gębami: ogrodzona kamiennym murem przestrzeń
          zawiera kaplicę cmentarną (kostnicę) ozdobioną na dachu
          dziesiątkami rzeźb przedstawiających Mękę Pańską (kalwaria), a
          obok smukły słup w kształcie krzyża zwieńczony krzyżem, obok
          niego dwie figury, wszystko z szarego kamienia o wspomnianym
          wyglądzie pumeksu, obok kościół z tego samego materiału, też
          bogato zdobiony niewielkimi figurami, tworzącymi całe zespoły,
          kościół ma dziwną podwójną wieżę, jedną "normalną" czworokątną z
          oknami (dzwonnicę), a obok drugą nieco niższą w kształcie grubej
          rury ze szpiczastym szczytem (coś jak minaret). Na wszystkim
          kolorowe plamy liszajowate, jak w Locronon. We wnętrzu
          beczkowate drewniane sklepienia, których konstrukcję mogliśmy
          potem dokładnie obejrzeć w St.Thégonnec, gdzie był remont i
          część sklepień rozebrano, nie ulega wątpliwości, że wykonali go szkutnicy, bo
          to po prostu odwrócony kadłub statku. Tak samo wyglądały wszystkie cztery
          obejrzane przez nas założenia ( w Pleyben, St. Thégonnec,
          Guimiliau i Lampaul-Guimiliau), oczywiście różniąc się nieco
          topografią i szczegółami rzeźb i wystroju. W Lampaul wieża
          rurowa stała na szczycie normalnej, a wokół rynien kostnicy
          bogato rosły kwiatki. Ogólnie mówiąc są to zabytki o charakterze
          zupełnie zdumiewającym, przede wszystkim ze względu na bogactwo
          niewielkich kamiennych rzeźb tworzących zwarte kompozycje i te
          dziwne krzyże. Ze względu na nawracające deszcze, poprzedzielane
          godzinami pogodnymi, na lunch wracamy do hotelu, a potem
          jedziemy z powrotem do Quimper: kilka ciekawych domów
          szkieletowych, katedra i plac wokół niej w remoncie, ale
          miasteczko bardzo sympatyczne. Kupujemy za 10 franków "placek
          bretoński" (nie zapamiętałem oryginalnej nazwy) - placek z
          kruchego, twardego ciasta, wyraźnie tłustego, z czekoladą,
          orzechami i rodzynkami, dość to dobre i co najważniejsze-
          regionalne. "
        • petromin Nieznana (zapomniana!) Bretania 08.06.04, 10:51
          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 05.05.2004 19:18
          "„Cocarneau- trochę kręcimy się w poszukiwaniu parkingu, a
          raczej wolnego miejsca, okazuje się po chwili, że jest miejsce
          koło dworca SNCF, który jest czynny 8.00-14.00 i 16.00-20.00,
          czy jakoś tak. Samo miasteczko klasyczne, tyle że z portem i nad
          wodą, ale Ville close jest średniowieczną dzielnicą (kręte
          uliczki, wąskie domki), pełną głównie restauracji i sklepów z
          pamiątkami, wtłoczoną w obręb murów obronnych potężnej
          nadmorskiej twierdzy. Całość jest na wyspie, wchodzi się przez
          most zwodzony. Koroną murów można przejść znaczną część ich
          obwodu, ciekawe, że nie ma barier zabezpieczających od strony
          miasta, można dowolnie spadać na podwórka i tarasy kawiarń, a od
          strony zewnętrznej są po prostu blanki. Baszty, bramy, podwórce,
          parę starych armat. Na nadmorskim bulwarze pijemy kawę w bistro
          udekorowanym modelami kadłubów jachtów i starymi plakatami.
          Locronan (po bretońsku Lokorn)- na wzgórzu niesamowite w
          wystroju i nastroju miasteczko ( jak z upiornego snu), które to
          wrażenie potęguje pochmurne dziś niebo. Wszystkie domy z
          ciemnego kamienia z wierzchu zwietrzałego , co nadaje im fakturę
          pumeksu, zacierając wszystkie ostre kontury, na tym tle plamy
          białawe, zielonkawe, żółtawe, całość kojarzy się z jakimiś
          opowieściami o miastach upiorów wzgl. dekoracją do horroru.
          Podobnie wygląda kościół, bogato zdobiony rozmazanymi erozją
          kształtami licznych figur. Wewnątrz belkowany, drewniany strop,
          grobowiec św.Renana i witraż 3x6 obrazków typu komiksowego,
          zwieńczony gotyckim łukiem z koronką kamienną i witrażem.
          Podłoga z dużych płyt kamiennych. W sklepach sprzedają wyroby
          regionalne np.puszki tuńczyka po 28 franków (cena w normalnym
          sklepie poniżej 10.-).
          Douarnenez - miasto portowe, pachnie rybami, muzeum-skansen
          okrętów rybackich i innych, niestety czynne dopiero od 15.
          czerwca, więc oglądamy tylko z nadbrzeża, nad ulicami w pobliżu
          portu i magazynów krążą olbrzymie ptaki (albatrosy?), strasząc
          przypomnieniem "Ptaków". W jednym z miejskich ogrodów oglądamy ze
          zdumieniem ogromny klomb rumianków o wysokości 1,5 m i obwodzie
          chyba ze 2 m, wyrastających najwyraźniej z krzaka, po drodze zaś
          dziwaczne drzewo w kształcie szkieletu choinki, którego gałęzie,
          równej grubości, pokryte są czymś w rodzaju igliwia.
          I wreszcie Point-du-Raz czyli koniuszek półwyspu Finisterre.
          Jedziemy przez miasteczka i wzgórza do całego osiedla sklepów z
          pamiątkami i restauracji, przy wjeździe bramka i budka z
          panienką oraz cennik: parkowanie samochodu 20 franków, ale gdy
          zatrzymuję się, panienka macha ręką, żeby jechać dalej, z czego
          Wojtek wysnuwa wniosek, że płaci się przy wyjeździe. Stawiamy
          auto na bardzo rozległym, ogrodzonym krzewami parkingu i idziemy
          dobry kilometr szutrową drogą, otoczoną jednolitym parawanem
          czegoś co wygląda jak kosówka, ale ma ostre liście-igły i
          potwornie kolczaste gałęzie, a na dodatek kwitnie dużymi
          płaszczyznami żółtych, drobnych kwiatów. Dziko, ponuro, wietrzno
          i dość chłodno- niedaleko widać już grafitowo-stalowy ocean.
          Wreszcie wieża-latarnia morska, zarazem stacja radarowa, pewnie
          też radiolatarnia, najeżona wszelkiego typu antenami (obiekt
          wojskowy), dochodzimy na koniec Europy: czarno-szare skały,
          takież niebo i ten stalowy ocean, dziś spokojny, ale i tak Ameryki nie
          widać. Koło latarni posąg Matki Boskiej dłuta Godebskiego. Gdy wracamy
          Wojtek zauważa, że zarobiliśmy 20 franków, bo bramki są otwarte, a
          panienki nie ma - jest już po 18.00. Jedziemy do hotelu w
          Quimper, Wojtek każe jechać za drogowskazem na supersam
          Leclerca, drogowskaz jest, potem nie możemy znaleźć następnego,
          znów jesteśmy w mieście, potem wjeżdżamy na jakąś drogę przez
          bory-lasy, zawracamy, Wojtek upiera się przy Leclercu i
          rzeczywiście okazuje się, że w miejscu, gdzie znikły drogowskazy
          trzeba skręcić w lewo, a nie jak to zrobiliśmy - w prawo, jest
          Leclerc, właściwa droga i po przejechaniu w kółko
          kilkudziesięciu kilometrów, lądujemy w F1.
          Okazało się dziś, że teksty w języku bretońskim są nie tylko
          na tablicach z nazwami miejscowości, ale i na białych
          drogowskazach w miastach np. ".Office de Tourisme" to "Ti an
          Duris”
        • petromin Nieznana (zapomniana!) Bretania 08.06.04, 10:56
          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 04.05.2004 18:46
          Przykładowe notatki z 1999: " W miarę, jak wjeżdżamy w Bretanię, znikają
          nazwy z Saint- na początku, pojawiają się z -ac na końcu, potem w kierunku
          na Quiberon nazwy z przedrostkiem Ker-, pisanym razem, lub osobno i
          nazwy pisane w dwu językach (Quimper=Kemper, Locronan=Lokorn),
          przy czym nazwy po bretońsku pisane czasem z małej litery. Na
          budynku merostwa napis "Le Maire/Ti Ker", zdaje się potwierdzać
          mój domysł, że "Ker" musi znaczyć Pan, Król lub tp., ti lub ty
          (Ty Bos), to pewnie bretoński odpowiednik angielskiego the.
          Jedziemy falistą, krętą drogą, wśród zagajników, wzgórz lub
          wzgórzami, czasem większe lasy.
          Baule -po drodze, bogate wczasowisko, piękne nabrzeża,
          liczne jachty, ale chyba nie ma piaszczystej plaży.
          Wreszcie: megality! Carnac -pola pocięte kilometrowymi
          rzędami stojących pionowo głazów różnej wielkości, w tym
          ogromnych, wszystkie ustawione "profilem" do siebie, kilka
          'domków, czy też stołów ułożonych z kamienia. Pola megalitów
          ogrodzone ze względów ochronnych, ale drażnią zagadkowością:
          kto, po co i kiedy je ustawił, szczególnie, gdy ogląda się model
          całości lub zdjęcia lotnicze, ukazujące ogrom tych budowli(?).
          Quiberon - na końcu półwyspu Quiberon, znów bogate
          wczasowisko, piękne wille i domy, plaże po drodze kamieniste,
          rozległe pokryte czymś czarnym, w Quiberon piaszczyste.
          Pojedyncze, duże bunkry, pewnie pozostałości Wału Atlantyckiego,
          niektóre ogromne. W pewnym miejscu półwysep ma tylko
          kilkadziesiąt metrów szerokości. Atlantyk wyraźnie zielonkawy,
          silny wiatr, wieje tu pewnie często, bo drzewa mają pnie
          pochylone w jedną stronę, a i w domach nie ma najczęściej okien
          od strony morza. W drodze kilkakrotnie krótkie ulewy, ale zawsze
          jakoś, gdy wysiadamy - ustają. Pijemy kawę, kupujemy pocztówki i
          wreszcie natrafiamy na czynną pocztę, kupujemy znaczki.
          Z Quiberon można wyjechać tylko jedną drogą- nic dziwnego,
          że jeździmy jakiś czas w kółko, nie mogąc jej znaleźć.
          Vannes, które przegapiliśmy poprzednio, przepiękne w części
          średniowiecznej, jak zwykle: wąskie, kręte uliczki i td., bogate
          sklepy, duży podziemny parking. Niektóre domy mają fasady
          wyraźnie odchylone do przodu, co dodaje ulicom uroku. Zwiedzamy
          katedrę św.Piotra-de-Vannes trochę dziwnej konstrukcji:
          jednonawowa z bardzo płytkim transeptem i dziwną, bańkowatą
          kaplicą boczną oraz równie dziwną kaplicą-wypustką przed
          prezbiterium."
        • petromin Co ciekawego można zobaczyć w Langwedocji 08.06.04, 10:59

          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 24.03.2004 12:37
          Zamki Katarów to przeważnie ruiny (wyrżnięto ich in Nomine Dei w 13 w.) np.
          polecany
          przeze mnie Peyrepertuse:wspaniałe widoki, ale kilkunastominutowa wspinaczka po
          kamienistej ścieżce. Gorąco polecam Albi, co z lenistwa popieram poniższym
          gotowcem z notatek podróżnych 1999:
          "Do Albi jedziemy malowniczymi drogami, czasem otoczonymi polami
          słoneczników i kukurydzy wreszcie ustawiamy samochód na nieco oddalonym,
          ale bezpłatnym, pustym parkingu. Już z daleka widać na przeciwnym
          brzegu rzeki sylwetkę katedry Św.Cecylii, z wyglądu-skrzyżowanie
          fortecy z magazynem wysokiego składowania, z czerwonej cegły, z
          której, przeważnie bez tynków zewnętrznych, zbudowane są też
          domy starego miasta. Za to wnętrze katedry zasługuje na
          wyróżnienie czterema gwiazdkami, którymi postanawiam oznaczać
          rzeczy KTÓRYCH-JESZCZE NIGDY-POPRZEDNIO-NIE WIDZIELIŚMY ****, co
          niniejszy czynię także wstecz. Wspaniałe koronkowe łuki
          kamienne, misterne ścianki i obramowania płytkich kaplic
          bocznych oraz chóru (tak to się nazywa, ale to raczej ogrodzone
          z wszystkich stron pomieszczenie ze stallami, gdzie wstęp po 5
          Fr). Aż dech zapiera, a na dodatek wszystko dokładnie pokryte
          freskami w doskonałym stanie. Wokół ołtarza przedstawiają one
          Sąd Ostateczny, prawie tak rozbudowany, jak ten Memlinga. Na
          przeciw tego ołtarza jest drugi w "chórze". Ten nadmiar przerażajacych scen
          miał ponoć straszyć niedobitki heretyków. Zaraz obok, a właściwie w
          obrębie zabudowań katedralnych, Muzeum Touluse-Lautreca. Wstęp 24 Fr od
          głowy, ale bezwzględnie warto: dużo obrazów, okazuje się, że malował olejne
          portrety, krajobrazy i inne kawałki (w stylu moim zdaniem post-impres-
          jonistycznym), najlepsze jednak są szkice, przeważnie duże płachty,
          kreślone z rozmachem i ekspresją, często wyraźnie zatrącające o
          karykaturę, także matryce i odbitki litograficzne, w tym afisze
          i po prostu reklamy np. firmy, produkującej łańcuchy rowerowe.
          Kawę pijemy na dziedzińcu obok. Trochę spaceru po uliczkach, jak
          zwykle wąskich, krętych z restauracjami, kawiarniami, stolikami na ulicy."
          A Carcassone oczywiście trzeba zobaczyć, ale sprawia wrażenie dekoracji do
          hollywoodzkiego filmu, w całości przygotowane ad usum dla turystów.
        • petromin Wycieczki samochodowe po Europie...Prowansja 08.06.04, 11:03

          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 23.02.2004 12:52
          Kłopoty samochodowe:1997 urwany tłumik (Awinion), 2. Zdechnięcie silnika
          (pewnie korek powietrzny w układzie paliwowym, bo stało się to w czasie jazdy
          na Mt. Ventoux w potwornym upale, a zaraz potem było wszystko OK). 3. 2002: Tu
          cytat :(„W drodze do La Rochelle, już nie daleko od tego miasta, nagle
          usłyszeliśmy huk i poczuliśmy uderzenie, które zepchnęło nas na pobocze, które
          na szczęście stanowił tu gładki trawnik, oddzielający jezdnię od stacji
          benzynowej Shell’a. Zdążyłem zapytać „co się stało?”, Wojtek
          odpowiedział „stuknął cię” i w tej chwili po naszej lewej stronie zobaczyłem
          przelatujący z ogromną szybkością samochód osobowy (Renault 21), który jak
          strzelił, pognał prosto w druciany płot, a po drodze skosił potężny żelazo-
          betonowy słup energetyczny. Zanim oprzytomnieliśmy, jakiś facet zawołał do nas,
          że zawiadomił policję i pogotowie i czy nic nam nie jest. O to samo pytali
          potem ratownicy i kazali podpisać oświadczenia, że nie chcemy jechać do
          szpitala. Po strażakach przyjechał osobowym samochodem lekarz, potem ambulans,
          który zabrał rannego do szpitala. Nasz samochód miał pokiereszowany tylny
          błotnik i lewe tylne drzwi, połamany tylny zderzak, pogięte lewe tylne koło z
          bezpowietrzną oponą, drobne rysy lakieru wzdłuż lewego boku, lekko pogięty lewy
          przedni błotnik, rozerwany przedni zderzak, urwany dekiel przedniego lewego
          koła, ale silnik chodził, hamulce i kierownica działały. Przyjeżdża
          żandarmeria, jeden z nich mówi po angielsku w stopniu wystarczającym do
          porozumienia się, dają mi balonik do dmuchania, spisują moje personalia, ale
          robią to jakoś na odczepnego np. oglądając moje międzynarodowe prawo jazdy
          (było pod ręką, a paszportu nie zażądał), zapytał mnie, czy „Prezydent Miasta”
          to moje nazwisko, robią kilka zdjęć i najwyraźniej nie przejmują się
          specjalnie. A gdy proszę o jakieś zaświadczenie o wypadku dla PZU, mówi, że to
          nie jest u nich przyjęte, że nasz ubezpieczyciel ma do nich zatelefonować i
          oni wszystko wyjaśnią, nie podają nam też danych sprawcy, mówiąc, jak
          poprzednio. W końcu wyjaśniają, że mogę dostać zaświadczenie, ale w tym celu
          muszę stawić się do godz. 14.00 w komisariacie, ale jeśli nie zdążę, to ten
          znający angielski przyjedzie tam na wezwanie własnym samochodem. Wzywamy przez
          komórkę Assistance i po pół godzinie przyjeżdża laweta i zabiera nas do
          odległego o kilkanaście kilometrów warsztatu, trochę odginamy blachy, znowu
          jesteśmy bez koła zapasowego*, ani dziś, ani jutro nic nie da się z tym zrobić
          (sobota-niedziela): samochód jedzie normalnie, trzyma się drogi, wszystko
          działa, chociaż kierownica jest lekko przekręcona w lewo, a więc zmieniamy
          tylko koło, musimy tak jechać dalej. Potem wstępujemy do komisariatu w
          Chatillon-Plage, gdzie ten anglojęzyczny pisze notatkę, że zgłosił się victim z
          wypadku itd., pisze po francusku, tłumacząc ustnie na angielski, potem wypisuje
          odpowiednie zaświadczenie...
          Cały czas rozważamy przyczyny wypadku:
          - facet był pijany (żandarmi, gdy o to pytałem - nie odpowiedzieli nic)
          lub z innych przyczyn niesprawny (zemdlał, zasnął?),
          - nie patrzył na drogę, bo zapalał papierosa, szukał czegoś, łapał muchę
          lub tp.,
          - chciał nas po prostu z fantazją wyprzedzić (jak tu w zwyczaju - tuż
          spod zderzaka) i nie wyrobił się, a widząc, że wylecieliśmy z drogi - zagapił
          się na nas,
          - nie wszystkie warianty wyjaśniają, dlaczego po uderzeniu w nas, nie
          hamował (nie świeciły mu się światła stop i nie zostawił śladów hamowania) i
          nie próbował kierować (a droga w tym miejscu lekko skręcała w lewo). Jego
          samochód był do kasacji: słup wbity do połowy maski,wygięta w górę płyta
          podłogowa, połamana kierownica, wybrzuszenie przedniej szyby (widać trzsnął w
          nią głową).
          Grunt jednak, że nic nam się nie stało i możemy jechać dalej.”
          Cd. itd. Pozdrowienia.
          -------------------
          * W poprzednich dniach udało mi się rozwalić dwie opony, po raz pierwszy w
          całej karierze kierowcy.
        • petromin Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 08.06.04, 11:09

          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 13.02.2004 15:37
          Na granicy nie ma nawet przysłowiowego psa z kulawą nogą nie
          przygotowujemy więc paszportów i jesteśmy we Francji (po raz trzeci). Pogoda
          coraz lepsza, drogi francuskie jeszcze lepsze, z niesmakiem wspominamy niektóre
          odcinki niemieckich autostrad typu tatatma-tatatam. W Miluzie, po małym
          błądzeniu, dojeżdżamy do Electropolis, trzeciego muzeum przemysłowego, dwa:
          kolejowe i samochodowe zwiedziliśmy w zeszłym roku. Muzeum typu edukacyjnego,
          ruchome modele, tablice, zwiedzaniu towarzyszy komentarz z głośników, na nasz
          wniosek po angielsku. W sumie rzecz trochę rozczarowuje, a bilety po 48 FrF,
          naprawdę zachwyca tylko zrekonstruowana stara dziewiętnostowiecznie piękna
          elektrownia: maszyna parowa, fragmenty kotła z armaturą, ogromny, generator.
          Obok duży zbiór urządzeń elektrycznych różnych roczników: pralki, radia,
          odkurzacze. Mamy dużo czasu, postanawiamy więc zwiedzić Ecomusée d'Alsace,
          czyli zamieszkały skansen z czynnymi tradycyjnymi gospodarstwami, młynami,
          piekarniami itp. Jeden z napisów na bramie zwraca uwagę, że pracujący
          tam "wieśniacy", to nie automaty, ale żywi ludzie. Całość zbudowana na terenach
          poprzemysłowych obok nieczynnej kopalni i hałd pokopalnianych. Kręcimy się po
          części bezpłatnej, a gdy stwierdzamy, że za 74 FrF od osoby możemy wewnątrz
          skansenu obejrzeć takie osobliwości, jak ręczne dojenie krowy i samą krowę oraz
          konia (który jaki jest przecież każdy widzi), rezygnujemy i postanawiamy jechać
          do Colmaru; i tu bingo!: wspaniałe stare miasto, świetnie zachowane, dużo
          pruskiego muru, urocze, wąskie, kręte uliczki, bogate sklepy, w większości
          pozamykane, bo niedziela, poprzez to wszystko przewalają się tłumy turystów,
          głównie Niemców: ciekawostka - niektóre ceny podawane są też w markach. Z
          Colmaru znów do Miluzy i do zarezerwowanego hotelu F1, innego, niż zeszłym
          roku, o tyle nietypowego, że w normalnym osiedlu, po którym spacerujemy po
          zainstalowaniu się w pokoju. Wieczorem zastanawia nas nadawany w telewizji,
          tasiemcowy reportaż o Dianie.
          1.września o 9.00 jedziemy do Belfortu, z ustaloną planowo szybkością do
          90/godz., bo nie mamy powodu do pośpiechu, z okien samochodu też wiele widać, a
          nawet można robić fotografie, a ew. mandat mógł by nas zrujnować. Chociaż nie
          wierzę, aby w tak racjonalnym i dobrze zorganizowanym kraju ktoś karał kierowcę
          za nie powodujące zagrożenia w ruchu przekroczenie szybkości. W pewnej chwili
          orientujemy się, że tą samą drogą jechaliśmy w zeszłym roku do Hiszpanii, nawet
          rozpoznajemy supermarket, w którym nie kupiliśmy mapy („...gdzie nie było
          śladów łasiczki...”) i drugi, do którego nie umieliśmy wjechać, a potem
          wyjechać (teraz też). Droga widokowa, przepięknymi brzegami rzeki Doubs, tu
          bardzo leniwej, ale krętej i niekiedy o stromych, czasem urwistych brzegach. W
          Belforcie zwiedzamy twierdzę - wspaniały zabytek sztuki fortyfikacyjnej
          Vaubana, z jej umocnień i fortów rozległy widok na leż
        • petromin Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 08.06.04, 11:11

          Autor: Gość: Fredzio IP: *.zwnet.bmj.net.pl / *.bmj.net.pl
          Data: 14.02.2004 13:23
          "W Belforcie zwiedzamy twierdzę -wspaniały zabytek sztuki fortyfikacyjnej
          Vaubana, z jej umocnień i fortów rozległy widok na leżące w dole miasto. Potem,
          nadal nad brzegami Doubs, w kierunku Besançon, gdzie stajemy na parkingu i
          rozglądamy się za obiadem, świadomi, że zbliża się feralna godzina 14.00, po
          której we Francji aż do wieczora się już nie je. Wojtek twierdzi, że należy
          przejść przez most na drugi brzeg rzeki, choć wygląda on nie zachęcająco-
          jakieś roboty drogowe itp. Idziemy więc w stronę przeciwną, ale gdy trafiamy na
          IT i dostajemy plan miasta, szybko orientujemy się, że rzeczywiście, trzeba
          wrócić na most. Zaraz za nim widzimy restaurację z zachęcającą ceną przy
          napisie "plat du jour...", wchodzimy, urocza panienka wita nas drzwiach,
          że "fermé", ale na widok głodu w naszych oczach litościwie wskazuje, że obok
          jest bar. Jest: długa lada z pojemnikami z gorącymi i zimnymi potrawami,
          wybieramy steki z frytkami, które otrzymujemy w niespotykanej ilości...
          ponieważ i ten lokal za chwilę był też fermé, pewnie dali nam całą zawartość
          frytownicy, potem pijemy jeszcze kawę z automatycznego ekspresu, za wszystko
          płacimy 106 FrF, a wypuszczają nas bocznymi drzwiami...bo lokal już fermé.
          Najedzeni ruszamy na zwiedzanie miasta. Jak wszystkie tutaj schludne i
          zabytkowe, ale wyraźnie unowocześniane, zabytki wkomponowane w nowszą
          architekturę np. rzymski łuk Porte Noire, na wzgórzu potężna twierdza (znowu
          Vauban) z której piękny widok na całe miasto ulokowane ciasno w pętli Saony,
          ale horyzont mniej rozległy niż w Belfort. Trochę błądzimy w poszukiwaniu
          naszego F1, ale w końcu docieramy do niego, wypijamy jogurt, cydr i herbatę
          potem idę na spacer po okolicznym osiedlu.
          Bez problemu rezerwujemy telefonicznie hotel na pojutrze we Vienne. Właściwie
          to problem był: na schematycznej mapce F1 jest w Vienne, ale szukać go należy
          pod Lyon, naprawdę zaś jest w miejscowości Chasse-sur-Rhône. Wieczorem w
          telewizji znowu Diana, dorozumiewamy się wreszcie, że zabiła się w Paryżu,
          że paparazzi, alkohol, 180 mil/godz. itd.
          02.09.: Wobec tego, że etap z Besançon do Bourg-en-Bresse wydał nam się krótki
          i, sądząc z mapy, nudny, postanawiamy jechać przez Dole, Beaune, Tournus. Droga
          malownicza, przez cały czas z dłuższymi przerwami mży, ale niezbyt dokuczliwie.
          Dole: stare wspaniałe miasto w doskonałym stanie, wąskie, kręte uliczki,
          wspaniały kościół Notre Dame. W Beaune nieprawdopodobnie piękny i
          wypieszczony Hotel Dieu- XIV wieczny szpital-hospicjum, w pełni zrekonstruowane
          wyposażenie i wystrój wnętrz, z łóżkami, nocnikami, cynowymi dzbankami i
          talerzami, wspaniałe podwórze, bajeczny dach z kolorowej dachówki, główna
          sala chorych z kunsztownym drewnianym stropem, w specjalnym zacienionym
          pomieszczeniu duży poliptyk, przeniesiony tam z głównej sali.
          Tournus właściwie minęliśmy, ale coś nas tknęło, że zawróciliśmy z powrotem i
          warto było. Olbrzymi, obronny kościół romański, we wnętrzu potwornej grubości
          kolumny, całość XI-XIV w., obok opactwo malutkie, ale uroczo surowe.
          Całość wkomponowana w miasto, okoliczne domy chyba z tych samych czasów. Po
          drodze tankujemy, wzdłuż drogi ścierniska, ale głównie pola słoneczników i
          kukurydzy, (co nasuwa mi myśl, że pewnie Chruszczow miał rację), no i winnice."
          Ma byc coś jeszcze? Pozdrowienia .
          • foolproof Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 09.06.04, 15:44
            Fredzio, c'est moi.
            Wrzesień 1999.
            St.Jean-de-Luz - stare miasteczko nad Atlantykiem, piękna plaża odgrodzona
            murem od ulicy, strefa piesza wokół ogromnej romańskiej katedry, pojedyncza
            nawa - kolos, ściana za ołtarzem znów cała złota i zdobna. Potem szukamy
            noclegu w Bayonne: F1 complet, Premiere classe complet, są tylko miejsca w
            hotelach powyżej 300 F, kręcimy się w kółko, wreszcie Wojtek przytomnie radzi,
            aby odjechać dalej od wybrzeża. Rzeczywiście po kilkunastu kilometrach widzimy
            w małym miasteczku (Peyrehorade) Hotel du Parc, stary budynek przy głównej
            drodze, pokój za 175 F, na poddaszu mansardowym, bez ubikacji, która jest w
            korytarzu, ale z łazienką czyli plastykową kabiną wbudowaną chyba w dawny
            schowek lub szafę. Grand lit + łóżko. Budynek stary, wyraźnie przerobiony na
            nowocześniejszy, wspaniałe drewniane podłogi i schody, w drzwiach przedpotopowe
            zamki - bez klamek, z odsuwanym ryglem. Idziemy z Wojtkiem na piwo (2*11 F).
            Ulice puste, jest ok.20.00, pełno gości w lepszej restauracji, trochę ludzi w
            pizzeriach i barach. W pokoju wywieszka z ceną pokoju (Prix de chambre - grand
            lit 140, lit supplementaire 35 F, petit dejeuner 35 F). Decydujemy się pozostać
            na następny dzień, wrócić do Bayonne i na wybrzeże.
            15.09.
            Jedziemy do Bayonne - piękne miasto, katedra, muzeum Bonnat za darmo, obrazy,
            głównie Bonnata. Na wystawie cukierni widzimy ogromne płyty czekolady -
            tradycyjnego wyrobu datującego się od czasu osiedlenia się tu Żydów
            sefardyjskich, wypędzonych z Hiszpanii; kupujemy po 5 dag dwóch odmian,
            panienka dokładnie odważa, poczem spory odkrojony kawałek wręcza jako premię,
            czekolada rzeczywiście dobra. W kawiarni pijemy grand café au lait. W dalszej
            drodze skręcamy w widokową Route Imperiale, dojeżdżamy do punktu widokowego z
            miejscem piknikowym (ławki i stoły, woda bieżąca, jemy śniadanie: bagietkę i
            foie gras (…czyli - pasztet mazowiecki); foie gras reklamują tutaj tablicami
            przydrożnymi co chwila, pełno tego w różnej wielkości puszkach w każdym
            sklepie, wynika, że produkują te konserwy na każdej gęsiej farmie. Widoki z
            drogi i punktu widokowego oszałamiające (kiedy zabraknie mi przymiotników?).
            St.Jean-Pied-de-Porte: romański kościół w murach obronnych, piękne domy nad
            samą wodą, miejscowość wyraźnie turystyczno-wczasowa.
            St.Martin-d'Arberoue: groty (Epernay/Grottes d'Isteritz et Oxocelhaye), jedne z
            kilkudziesięciu w tych okolicach, te stosunkowo niewielkie: dwie ogromne komory
            wysokości kilkunastu metrów, z cudownymi formami naciekowymi, stalagmity i
            stalaktyty, kolumny - gładkie, gufrowane, sękate, torty weselne, festony,
            zawoje, firany, kalafiory, skamieniałe wodospady - nieprawdopodobna rozmaitość,
            w tym postacie, posągi niekiedy zupełnie upiorne, przewodnik daje koncert na
            stalaktytach, uderzając w nie młotkiem. Specjalnie dla nas (reszta Francuzi),
            streszcza swoje wypowiedzi także po angielsku. Na ścianie prehistoryczne
            rysunki: bizon i mamut; druga komora podobna, ale wszystko w niej jakby
            rozmazane i przyprószone, za to pokryte błyszczącymi kryształami. Nacieki w
            trzech kolorach: białym (węglan wapnia), rudym (domieszka żelaza) i czarnym (
            mangan). Przy wejściu był napis, że przewodnicy nie pobierają innego
            wynagrodzenia po za napiwkami, dajemy wiec na pożegnanie pour boire.
            Binoge - ładne miasteczko á la basque (strome wąskie uliczki, domy z kamienia,
            pasaże, przejścia, schodki itd.
            • petromin Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 12.06.04, 13:26
              Mam nadzieję, że Twoje opisy będą tu gościły częściej. Czekam na następne.
              • foolproof Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 12.06.04, 15:59
                Jeszcze (m.in.) o grotach (1997)
                „Dalszy objazd brzegami rzek Lot i Célé: tu kończą się moje możliwości
                opisania nieprawdopodobnego piękna tego kawałka Francji. Od trzech dni jesień:
                lasy i krzewy porastające brzegi dolin zaczynają coraz intensywniej
                czerwienieć i żółknąć, beżowieć, silnie kontrastując z intensywną zielenią
                drzew rosnących nad samą rzeką. Urwiska, tarasy i kilkunastometrowe
                stoki, urwiste brzegi, kilkudziesięciometrowe, pionowe ściany z wyraźnymi
                warstwami skalnymi, prawie zawsze zupełnie poziomymi, w nich (!) niekiedy
                wmurowane domy, czasem przewieszki skalne nad drogą, kilka razy krótkie tunele,
                kolory jesieni na tle skał o barwie od koloru miodu do intensywnej bieli i
                czerni, nagle znowu wśród tego domy lub pojedynczy, zawieszony dom, czasem całe
                miasteczka na stokach: domy skupione jeden nad drugim, pojawia się
                przewspaniale wyglądające, wiszące miasteczko, uwieńczone wieżą zamku lub
                kościoła, co sumuje się z urodą samej doliny. Raz z naszej, raz z drugiej
                strony doliny, brzeg mniej urwisty, dolina szerokości od stu metrów do kilku
                kilometrów. W każdym mijanym miasteczku kościółek romański w lepszym lub
                gorszym stanie i inne cuda. Wszystkie drogi pełne reklam wina z Cahors i
                drogowskazów do okolicznych châtteaux, gdzie obiecują degustację i sprzedaż
                win. Zwraca uwagę ogromna liczba miejscowości, mających w nazwie świętego,
                St.Sauver-la-Valée, St.Martin-Vers, St.Germain-du-Bel-Air, naprawdę wyglądam
                jeszcze tylko Św.-Jacka-z-Pierogami (przecież nieźle brzmiałoby: St.Jacques-
                avec-les-Croquettes ).
                Zwiedzamy groty w Peche-Merle. Kupujemy bilety za 104 F, czekając na
                przewodnika zwiedzamy muzeum i oglądamy film o grotach, bardzo przydatny w
                późniejszym zwiedzaniu. Gdy mamy już wchodzić, nie mogę znaleźć biletów, w
                rozpaczy lecę do kasy i w przerażeniu wypłakuję: "Madame, j'ai perdue les
                billets!", skąd ja wziąłem na zawołanie ten (chyba) passé composée‚ i perdue,
                nie mam pojęcia. Na widok wyciągniętych pieniędzy kasjerka mówi coś á la "C'est
                ne pas necessere" i wręcza mi trzy karteczki, stemplując je "gratuit". Zanim
                doszedłem do wejścia, oczywiście znalazłem właściwe bilety (w kieszeni). Grota
                dłuższa, niż ta poprzednia, mniej bogata w formy naciekowe, ale dwie bardzo
                oryginalne: kolumny wysokości kilkunastu metrów i grubości puszki piwa, oraz
                perły jaskiniowe, coś w rodzaju otoczaków, wytoczonych w dołkach skalnych przez
                kapiącą wodę. Zawalone przed milionem lat stropy, co można ustalić po wysokości
                wyrosłych na nich stalagmitów. I najbardziej sensacyjne: wiele naskalnych
                rysunków bizonów, mamutów, koni - doskonałych w formie, oddających ruch, łeb
                krowy, zupełnie realistyczny, negatywy dłoni na ścianach i, rzecz zupełnie
                przejmująca: kilka odcisków stóp dziecka i dorosłego sprzed 13.000 lat w
                mulastym dnie jednej z komór. Rysunki są tu autentyczne, a nie jak w Lascaux
                II - skopiowane
                Postój w airé de repos. Pionowe urwisko w zakolu rzeki Lot, tu szerokości ok.50
                m, rzeka kręta i wartka, stoimy na poboczu drogi wyciętym w urwisku (w dół 25,
                w górę ze 30 m), po drugiej stronie brzeg płaski, rządki kukurydzy, skraj
                doliny (wzgórza) chyba o 5 km. Paręset metrów dalej brzeg łagodny z naszej
                strony, stromy z przeciwnej, oddalony o parę km, na nim baśniowe miasteczko,
                wyrastające ze skały. Wzdłuż drogi domy na ścianie skalnej w szczelinach, na
                tarasach, na przesmyku między drogą a ścianą skalną, pod nawisem skalnym,
                przeważnie kamienne. Równolegle do drogi biegnie linia kolejowa jednotorowa
                (Train Touristique), raz bliżej, raz dalej, często niknąca w licznych tunelach.”
                • francja4 Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 22.06.04, 14:35
                  Czy ktoś to czytał? Bo może byc cd.
                  Fredzio
                  • petromin Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 22.06.04, 14:39
                    Czyta to bardzo wiele osób, ale chyba się nie wpisują. Pamiętaj, że każdy
                    kolejny wpis jest mile widziany :) .
                    • francja4 Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 22.06.04, 15:54
                      03.09.:1997 Brou- Duże opactwo, aż trzy refektarze z krużgankami, gotycki
                      kościół i muzeum. Potem kawa.
                      04.09.: Rano do Vienne, starego miasta nad zbiegiem Rodanu i Gere. Znów to co
                      zwykle zachwyca: wąskie, stare wymuskane uliczki, ze sklepami i licznymi
                      restauracjami, wystawiającymi stoliki na ulice, duży ruch pieszy i samochodowy.
                      Katedra św. Marcina, wielka, trzynawowa, bez transeptu, podziwiamy witraże z
                      XIII w. Dalej rzymski teatr częściowo zrekonstruowany i w dalszej
                      rekonstrukcji, także rzymska świątynia Apollina(?) i resztki świątyni Sybilli.
                      Idziemy do kościoła św. Piotra z V wieku, jednej z najstarszych we Francji
                      katedr romańskich, wnętrze surowe, strop oparty na kwadratowych prostych
                      słupach bez ozdób, wewnątrz muzeum-lapidarium, także z fragmentami mozaik.
                      Przechodzimy przez most, w cieniu jednej z jego arkad rozłożył się na
                      kartonowych płachtach klasyczny kloszard z psem, butelką wina i kilkoma
                      plastykowymi torbami, najwyraźniej zadowolony ze swej sytuacji i nie mający
                      zamiaru żebrać. Gdy wracamy, okazuje się, że życie kloszarda też narzuca pewne
                      trudy - musiał zdobyć się na wysiłek, aby z psem, butelką i ruchomościami
                      przenieść swoje kartonowe łoże za przesuwającym się cieniem. Dalej droga
                      brzegiem Rodanu, tu ogromnego i leniwego, bardzo malownicza i widokowa. W
                      mijanych miasteczkach wąziutkie, dwuokienne domy, wszystkie opatrzone w
                      okiennice i żaluzje,... przypominają mi Włochy, co jest zapewne nieco dziwne,
                      jako że dopiero tam jadę, ale ponieważ ma to być wspominanie wrażeń, więc
                      tak to odbierałem. Szczególnie zachwycają mnie pastelowe kolory elewacji w
                      różnych odcieniach czerwieni. Zza grzbietów coraz wyższych pagórków wychylają
                      się kumulusy, jak wielkie głowy siwych olbrzymów, czasem brzegi Rodanu stają
                      się strome, aż do wapiennych urwisk- chyba cała Francja zrobiona jest
                      wapienia. Przekraczamy rz. Drôme, po drugiej stronie widać kamieniołomy i
                      olbrzymie instalacje przemysłowe, jakieś aerodynamiczne kotły - wieże, chyba
                      to elektrownia jądrowa, a może coś innego, bo nie widać linii przesyłowych.
                      Zatrzymujemy się w Montélimar, zachęceni opisanymi w przewodniku wytwórniami
                      nugatów. Okazuje się, że nie tylko nugaty (kupujemy niewielki wybór w pierwszej
                      cukierni, gdzie na nasz widok z za lady wybiega ekspedientka z tacą próbek),
                      ale całe miasteczko jest sympatyczne, jak zwykle we Francji. Wąskie, stare
                      uliczki, liczne bogate sklepy, w tym rzeczywiście mnóstwo sklepów i cukierni z
                      nugatami, restauracji i kawiarni.
                      Fredzio cdn
                  • aseretka Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 22.06.04, 21:55
                    Fredzio! Czytamy, czytamy... Przynajmniej ja z wielkim zainteresowaniem.
                    • francja4 Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 24.06.04, 19:47
                      Wrzesień 2003:
                      02.09. Ze Szwajcarii wjeżdżamy do Francji. Na granicy kontrola tylko francuska:
                      trzykrotnie pytają nas czy mamy coś do zadeklarowania i potem każą pokazać (!)
                      posiadane pieniądze, wreszcie jedziemy, głównie brzegiem jeziora Annency,
                      przepiękną widokową drogą, po drodze liczne osiedla. Samo Annency to duże
                      miasto z mnóstwem hoteli itp. Zajeżdżamy do Carrefoura po zakupy, a potem do
                      hotelu w Albertville, gdy spostrzegam, że to też duże miasto, dopiero
                      zaskakuję, że tu odbyła się jedna z zimowych Olimpiad. Hotel w dalszej
                      dzielnicy, bardzo spokojny i cichy, co silnie kontrastuje z hałaśliwym F 1 w
                      Zürichu. Z dokonanych zakupów robimy wytworną kolację: strassburgery, sałatka
                      orientalna i piemoncka, wino (za 1,35 €), herbata. Potem zwiedzam z Wojtkiem
                      najbliższą okolicę. 390 km
                      03.09
                      Pobudka o 8.00, wyjazd do Chamonix przy pięknej pogodzie , która szczęśliwie
                      utrzymała się przez cały dzień. Jazda piękną górską drogą, stromo w górę
                      brzegami dolin. W tym wzdłuż przełomu rz. A....*, droga niekiedy niepokojąco
                      zwęża się, na szczęście ruch niezbyt duży i uporządkowany. Po drodze góry coraz
                      większe, wreszcie wyłania się masyw Mt. Blanc, niezwykle stromy, urwisty, ostro
                      zębaty, na górze pokryty śniegiem i lodem. Odcinki górskiej jazdy
                      poprzedzielane tranzytem przez piękne górskie uzdrowiska, wreszcie docieramy do
                      nowej prawie-autostrady, która doprowadza nas do Chamonix i zajeżdżamy na
                      parking . Niepokoi nas mała liczba samochodów, a potem brak kolejek do kas, na
                      szczęście okazuje się, że wszystko w porządku czyli kolejka czynna. Wojtek
                      kupuje trzy bilety za przerażającą sumę stu kilku € i po kilkunastu minutach
                      wtłaczamy się do wagonika, który co prawda jest duży, ale zabiera jednorazowo
                      66 osób, wobec czego jest ciasno. Liczbę wsiadających ustala kasownik biletów w
                      ręce konduktora. Wagon sunie do góry bardzo stromo, po 10 minutach przesiadka
                      na Plat du Midi i w sumie po 18 minutach jesteśmy na górze. Po drodze niewiele
                      widać ze względu na tłok w wagoniku, porysowane szyby i to, że kolejka jedzie
                      miejscami prawie pionowo przy ścianie skalnej. Z górnej stacji można windą
                      (dodatkowo płatną) podjechać na sam szczyt, ale rezygnujemy z tego,
                      zorientowawszy się, że z licznych tarasów wokół stacji widok jest na cztery
                      strony świata. A widoki wspaniałe, zarówno na dolinę, w której leży Chamonix,
                      jak na szczyty górskie, zdumiewająco wyniosłe, o wąskich, najeżonych licznymi
                      iglicami i zębami graniach. O rozległości krajobrazu można wnioskować z
                      wielkości sylwetek turystów poruszających się po polach śniegowych. Na mniej
                      urwistych stokach i źlebach śnieg i popękane lodowce. Słonecznie, choć wyraźnie
                      zimno, ale jesteśmy dobrze ubrani. Czuję się chwilami jakoś niewyraźnie, ale to
                      przecież 3850 m npm i to osiągnięte w ciągu kilkunastu minut jazdy kolejką z
                      poziomu 1000 m npm. Wszystkie przejścia, galeryjki i schody zrobione z
                      perforowanych płyt stalowych, przez dziurki widać przepaście. Napasłszy oczy,
                      na jednym z tarasów pijemy kawę, potem zjeżdżamy na Plat du Midi, wychodzimy po
                      za stację i na kamieniach zjadamy nasze kanapki, chłonąc widoki i górskie
                      powietrze. Potem na dole idziemy do miasta Chamonix: jak zwykle bogate,
                      kolorowe i czyste.
                      --------------------
                      • francja4 Re: Wycieczki samochodowe po Europie...Jura 25.06.04, 11:44
                        Errata: Ta rzeka „A...” nazywa się Arve
                        • petromin Re: Wycieczki po Francji 25.06.04, 11:55
                          A gdybyś z tych licznych wyjazdów i opisów maił wybrać kilka miejsc, które na
                          Tobie zrobiły największe wrażenie to co by to było?
                          I oczywiście czekamy na dalszy ciąg....
                          • francja4 Re: Wycieczki po Francji 25.06.04, 19:49
                            Co zrobiło na mnie największe wrażenie we Francji?
                            Trzeba by napisać po prostu FRANCJA, ale poważnie: (niekoniecznie w tej
                            kolejności)
                            -Paryż od Luwru poprzez (np.) Montmartre do metra (a tak!),
                            -Opactwa (po)cysterskie, wszystkie te Fonte-itd.,
                            -Gorges du Tarn,
                            -Brzegi Dordogne i Célé,
                            -Założenia parafialne w Bretanii,
                            -Zamki katarów,
                            -Twierdze Vaubana,
                            -Itd. Czyli FRANCJA. Chętnie temat rozwinę
                            Pozdrowienia
                            Fredzio
                            • aseretka Re: Wycieczki po Francji 26.06.04, 06:46
                              Fredzio napisał:
                              > Co zrobiło na mnie największe wrażenie we Francji?
                              > Trzeba by napisać po prostu FRANCJA, ale poważnie: (niekoniecznie w tej
                              > kolejności)
                              > -Paryż od Luwru poprzez (np.) Montmartre do metra (a tak!),
                              Oj, przypomniało mi się, jakie wrażenie zrobiło metro paryskie na naszych (
                              moich i brata ) dzieciakach 11 lat temu. Stwierdzili, ze mogą tak zwiedzać cały
                              Paryż. :)))))
                              • francja4 Re: Wycieczki po Francji 26.06.04, 13:35
                                Metro paryskie zachwyciło mnie ze względu na swoja wszechobecność,
                                przejrzystość planu sieci, sprawność i co mnie zdumiało – czystość i to np. w
                                przeciwieństwie do stacji RER i dworców SNCF, gdzie czasami brodzi w śmieciach
                                po kolana. Zastanawiało mnie jak to miasto w ogóle nie zapadnie się, jeśli jest
                                tak dokumentnie podkopane (każda linia metra to trzy tunele + różne zakamarki
                                na podstacje, odwodnienie itd). A prócz tego przecież istnieje pozostała
                                infrastruktura podziemna; kanalizacja sanitarna, burzowa, kablowa itp. A do
                                tego katakumby i pozostałości po średniowiecznych kamieniołomach. To że
                                dzieliłem swój zachwyt z dziećmi bardzo mnie ucieszyło – znaczy, że jestem
                                jeszcze młody. Ale Paryż trzeba zwiedzać piechotą!
                                • francja4 Re: Wycieczki po Francji 27.06.04, 11:24
                                  04.09.2003
                                  Mieliśmy w planie najpierw objazd jez. Annency i zwiedzanie miasta Annency, a
                                  potem ewentualnie wycieczkę do Coflans („mediaval cité”), ale przez zagapienie
                                  się na skrzyżowaniu pojechaliśmy najpierw do Coflans, które jest chyba ściśle
                                  odseparowaną od miasta dzielnicą Albertville. Trzeba podjechać pod górę, gdzie
                                  tablica zachęca do pozostawienia samochodu na rozległym bezpłatnym parkingu, bo
                                  w mieście w zasadzie dopuszczony jest tylko ruch pojazdów upoważnionych,
                                  zresztą okazuje się, że wąskie, kręte, strome uliczki nie bardzo nadają się do
                                  jazdy, a całe cité można pieszo obejść w kilkanaście minut. Resztki murów
                                  obronnych i bram, dobrze zakonserwowany, opuszczony zamek, gotycki kościół,
                                  fontanna, liczne restauracje, dwa niewielkie ogrody miejskie. Raziły mnie
                                  blaszane dachy na średniowiecznych domach, a mile nastrajały rozkosznie
                                  kiczowate szyldy z emblematami branż sklepów, wiszące na ich wejściami. Jak na
                                  tak malutkie miasteczko WC public luksusowy. Przed Hotel de Ville wielka flaga
                                  Savoyi, czerwona, przekreślona białym krzyżem, takie proporce spotyka się pod
                                  tablicami z nazwami wszystkich tutejszych miejscowości, początkowo brałem je
                                  omyłkowo za szwajcarskie, dziwiąc się co one tu robią. Kupujemy parę pocztówek
                                  i malutki dzbanuszek do kolekcji (za 2,30 €). Wreszcie jedziemy do Annency z
                                  zamiarem dokonania tego nieznanym nam jeszcze wschodnim brzegiem jeziora, ale
                                  nagle orientujemy się, że jedziemy już zachodnim: taki dzień niegroźnych
                                  pomyłek. Dojeżdżamy do Annency i za drogowskazem „P/Hotel de Ville” do
                                  piętrowego parkingu, trochę jeździmy po piętrach w poszukiwaniu wolnego
                                  miejsca, w końcu znajdujemy, idziemy w miasto, oczywiście w starą dzielnicę. Od
                                  razu natrafiamy na znany z książek zamek w kształcie okrętu, zbudowany w środku
                                  nurtu rzeki, potem katedrę pod którą płynie też rzeka o zdumiewająco czystej
                                  wodzie i normalne francuskie stare miasto: wąskie uliczki, kolorowe domy,
                                  mnóstwo restauracji (pijemy kawę, przy sąsiednich stolikach Anglicy - herbatę),
                                  bardzo dużo turystów, wesoło i barwnie. Na placu na szczycie wzgórza przed
                                  zamkiem koronującym stare miasto spotykamy kolejno dwa dorodne koty, z których
                                  pierwszy, czarny - na wołanie „kici-kici” odpowiada króciutkim „miau” i
                                  biegnie swoją drogą, drugi odpowiada „miaauuu” i daje się pogłaskać. Oglądamy
                                  ładną romańską katedrę (piękne witraże). Idąc, w poszukiwaniu poczty, w nowsze
                                  dzielnice, znajdujemy na skraju ogrodu miejskiego, rząd miłych ławeczek nad
                                  jeszcze jedna odnogą rzeki, zjadamy tam nasze śniadanie i w dalszym spacerze
                                  znajdujemy pocztę, kupujemy znaczki i wysyłamy pocztówki. Wracamy na parking,
                                  płacimy w automacie i tym razem bezbłędnie trafiamy na przepiękną drogę
                                  wschodnim brzegiem błyszczącego w słońcu jeziora, kolor wody którego –
                                  szmaragdowy, ustaliliśmy po dłuższej dyskusji w drodze konsensusu. Sporo
                                  zieleni, w tym mnóstwo moich ukochanych platanów. Prawie cały czas jedzie się
                                  przez miasteczka, jedno przechodzi w drugie, można więc jechać powoli i oglądać
                                  po prawej jezioro, po lewej stoki wzgórz i osiedla. Droga wąska, miejscami
                                  bardzo stroma i kręta. Wreszcie dojeżdżamy do drogi na Albertville i do hotelu,
                                  potem na zakupy do centrum handlowego. 101,7 km”
                                  Fredzio.
                                  P.S. Byłbym wdzięczny za potwierdzenie, że ktoś to czyta, przypominam : są to
                                  notatki podróżne z różnych lat (te akurat z września 2003 r), absolutnie
                                  bałaganiarskie .
                                  • francja4 Re: Wycieczki po Francji 28.06.04, 09:29
                                    Ja myślę, że twoje opisy są bardzo przydatne. Szczególnie dla osób, które same
                                    chcą jechać w te opisywane miejsca. Pozdrawiam
                                    • francja4 Re: Wycieczki po Francji 28.06.04, 11:31
                                      No to koniec podrózy po Francji AD 2003:
                                      "05.09. 2003
                                      Ok. 9.30 wyjazd w kierunku Chambery, droga biegnie doliną z obu stron
                                      obramowaną grzbietami górskimi, jak gdyby wśród murów, miejscami rosnące na obu
                                      poboczach stare platany tworzą splatającymi się koronami wspaniałe sklepienia,
                                      a jasne pnie rozświetlają drogę, jedzie się jak przez nawę zielonej katedry. W
                                      samym Chambery układ jezdni jest tak przedziwnie skomplikowany, że trochę
                                      gubimy się w drodze do parkingu i to pomimo dobrego oznakowania, w rezultacie
                                      zamiast do parkingu „Hotel de Ville” trafiamy do „P – Palais de Justice” i
                                      lokujemy się cztery piętra pod placem de Justice. Wyjeżdżamy windą na stare
                                      miasto, jak zawsze ruchliwe, barwne i ładne. Katedra gotycka, trochę w stylu
                                      toskańskim („trójkątna”) z oddzielną kampanilą. Wnętrze ma wymalowane maswerki,
                                      a na stropach żebra ”brylantowe” – w sumie ma to być flaboyant, ale chociaż
                                      malowidła dobrze naśladują płaskorzeźby i żebra, to chyba nie zupełnie. Ładne,
                                      chyba oryginalne witraże. Zaglądam do mrocznej sacristie o ścianach pokrytych
                                      ciemnymi szafami i szufladami z drzewa, majaczy się też coś w rodzaju stalli, z
                                      mroku ktoś niewidoczny pozdrawia mnie „Bon jour”.
                                      W strefie pieszej liczne sklepy z pamiątkami i butami (spostrzegamy, że ceny w
                                      sklepach podobne do naszych… ale w €), ale i normalne spożywcze, lodziarnie,
                                      sporo fontann, w tym jedna z czterema słoniami i jedna z amorkami. Mnóstwo
                                      restauracji i kafejek, w jednej o nazwie „Salon du Thé”, pijemy kawę i bawimy
                                      się z miłym pieskiem, który najwyraźniej czyni tu honory domu, witając gości. W
                                      drodze powrotnej robimy zakupy, także już na Szwajcarię (woda mineralna, wino,
                                      piwo, parówki, czekolada itp.).
                                      No i wybraliśmy się do pizzerii „Plazza di Roma”, (dwa razy, bo po raz pierwszy
                                      zapomniawszy, że tutaj lokale są do 19.00 zamknięte, przyszliśmy za wcześnie).
                                      Zamówiliśmy i zjedliśmy ze smakiem: Blanc de Dinde czyli filet z indyka w sosie
                                      beaufort (śmietanowo-serowym) i frytkami, eskalop po mediolańsku (właściwie był
                                      to kotlet schabowy) ze spaghetti po bolońsku, a Wojtek oczywiście pizzę „4
                                      Saisones”, ½ wina, potem świetną tartę z owocami (razem 57,50 €)."

                                      • francja4 Re: Wycieczki po Francji 28.06.04, 11:48
                                        A jaki plany na ten rok?
                                        Czy też we wrześniu do Francji? I ewentualnie jaki region.
                                        Pozdrawiam i do nastepnego czytania.
                                        • francja4 Re: Wycieczki po Francji 28.06.04, 18:36
                                          W tym roku, jeśli wszystko będzie dobrze, najpierw dwa tygodnie w Marche i
                                          Toskanii (mam tam braki, nawet we Florencji), a w drugiej połowie września
                                          Alpes Maritimes (w tym szlakami baha7) i (wybiórczo) Le Puy de Dome, z którego
                                          przed laty zrezygnowaliśmy ze względu na pogodę. Z tego samego względu kusi
                                          mnie Gavarnie (byłoby to do trzech razy sztuka), ale to chyba za daleko.
                                          Pozdrowienia
                                          Fredzio
                                          • francja4 Re: Wycieczki po Francji... 28.06.04, 19:18
                                            Ależ Fredzio! ;-)

                                            Bardzo mi miło, że mnie wspomnisz, naklejając kolejną PL-kę na barierkę na
                                            parkingu {na wysokości 2.802 m} wokół Cime de la Bonette... ;-)))
                                            Życzę Ci wiele słońca w tych przepięknych górach i czekamy na opisy!

                                            Na mnie F musi poczekać do 2005 r. ...

                                            Pozdrawiam serdecznie

                                            bah7
                                          • francja4 Re: Wycieczki po Francji 22.07.04, 09:47
                                            Będzie ciąg dalszy?
                                            • francja4 Re: Wycieczki po Francji 22.07.04, 10:22
                                              Cd jest pod: "Fredzio po raz pierwszy" i inne z Frfedziem w tytule.
                                              Pozdrowienia
    • aseretka Re: Francja w opisach z podróży Fredzia 28.07.05, 12:00
      up
      • aseretka Fredzio na wulkanie 28.07.05, 12:06
        francja5 03.11.2004 15:08 + odpowiedz

        23.09 Żegnamy Prowansję i ruszamy w kierunku Clermont-Ferrand. Droga
        przeważnie widokowa, wzgórza, lasy, czasem skalne urwiska, miłe miasteczka, w
        każdym coś romańskiego. Czasem na wzgórzu zamek lub tylko ruina, powtarzający
        się obraz: góra obrośnięta domami, im bliżej szczytu, tym gęściej i całość
        zwieńczona wieżą. Z zieleni pokrywającej góry lub wzgórza wyzierają.. domy
        czy skały, czasem trudno odróżnić ? Drogi dziwnie puste, czasem mija nas
        kilka ciężarówek lub zawsze strasznie śpieszący się tubylec w swoim
        renaulcie. Przed 10.00, docieramy do Abbaye du Silvacane, za wcześnie, więc
        musimy czekać na otwarcie. To siostrzane opactwo tego w Thoronet, tak samo
        schowane w lesie, niewidoczne z drogi, trafić można tylko za drogowskazem.
        Niewielki parking z wywieszką, że jest „gardée” i kosztuje 2 €, ale nikogo na
        nim niema, widocznie wywieszka dotyczy lepszych czasów. Jesteśmy dziś
        pierwszymi zwiedzającymi, potem pojawiają się pojedynczo następni. Bilety po
        6.10 €. Romańska bazylika z malutką wieżą, typowo „trójkątna”, bez ozdób,
        wnętrze monumentalne po cystersku surowe, łuk sklepienia nawy głównej lekko
        zaostrzony, tylko dwa prześwity do naw bocznych, ale 5 apsyd, jedna ze
        śladami polichromii. Całość jak poprzednia, z gładko obciosanych bloczków
        piaskowca, chyba rzeczywiście złożona bez zaprawy. Z kościoła, jak zawsze
        przechodzi się do sporego dormitorium i uroczego wirydarza ze studnią i
        grubokolumnowym krużgankiem. Urocza sala narad z dwoma podpierającymi strop
        kielichowatymi kolumnami. Jak zwykle odnosi się wrażenie dostojeństwa tego
        zabytku, ale uświadamiam sobie, że wszystkie te abbaye to po prostu
        wydmuszki: mury od setek lat bez treści. Cystersi w swych pierwotnych
        założeniach zakładali swe opactwa daleko od osiedli, nie chcąc żadnej
        łączności z materialnym światem, usiłowali zachować pełną autarkię klasztoru
        bez wymiany towarowej z otoczeniem, nawet ich kościoły nie miały dzwonnic, bo
        nie mieli zamiaru zwoływać okolicznych mieszkańców na obrzędy, oczywiście
        taki stan trwał bardzo krótko. Wokół ślady urządzeń irygacyjnych, jakichś
        tarasów, fundamentów. Stąd jedziemy dalej na północ, częściowo znowu drogą N
        7, wokół której plączemy się od granicy włoskiej. Pogoda piękna, słonecznie,
        ale chłodno, zrywa się silny wiatr, wyraźnie wyczuwalny na drodze, pewnie to
        mistral zapowiadany w TV od dwóch dni. Droga szerokimi dolinami rzek, wokół
        winnice. Zatrzymujemy się na obszernym parkingu „z drzewkiem” (stołami i
        ławami też), jemy śniadanie, gapiąc się na przepiękne widoki, potem
        zajeżdżamy do stacji benzynowej na kawę, na naszą cześć otwierają bar,
        ustalają, czy ma być dużo kawy, czy mleka, no i podają tą kawę. Do hotelu
        trafiamy od razu, po drodze zakupy w Championie. I jeszcze coś: z tych
        miasteczek położonych na górze zwróciło naszą uwagę jedno - z gigantyczną
        wieżą na szczycie i to, że w wielu miastach widoczne są prace
        konserwatorskie w toku. Tutejszy hotel, znany nam z poprzedniego pobytu, ma
        teraz te unowocześnione automatyczne sanitariaty, stąd nie zawsze wiadomo, co
        będzie z tego działać (niezawodne jest tylko spłukiwanie muszli przed i po),
        no i zarówno w WC, jak i kabinach tuszowych nieoczekiwanie rozlega się z
        wentylatora kojąca muzyka, krzyk mew, kwilenie piskląt lub szum fal
        morskich. .430 km .
        • aseretka Re: Fredzio na wulkanie 28.07.05, 12:06
          aseretka 04.11.2004 07:52 + odpowiedz

          > Przed 10.00, docieramy do Abbaye du Silvacane,
          Czy mogę poprosić o dokładne zlokalizowanie tego klasztoru?

          Ale, jak narazie nie widzę wulkanu. Mam nadzieję, ze ciąg dalszy nastąpi :)
          Pozdrawiam.
        • aseretka Re: Fredzio na wulkanie 28.07.05, 12:07
          francja5 04.11.2004 14:42 + odpowiedz

          Wulkan widać było z okna w F 1 (Puy-de-Dôme) ale będzie cd.)
          Abbaye de Silvacane znalazłem w przewodniku "Wiedzy i Życia" "Prowansja i
          Lazurowe Wybrzeże" w czasie ustalania trasy z Prowansji do Owernii -
          dojechałem z Aix-en-Provence drogą N7 i D561. A wogóle to zgromadziłem juz
          sporą kolekcję zwiedzonych (także zdjęć)opactw cysterskich i nadal się nimi
          zachwycam.
          Pozdrawiam
          Fredzio
        • aseretka Re: Fredzio na wulkanie 28.07.05, 12:07
          aseretka 05.11.2004 07:56 + odpowiedz

          Fredzio, a może ty w przeszłym zyciu byłeś cystersem :)
          Ja też lubię klasztory, a szczególnie ich krużganki otaczające wirydarz.
          Zresztą ten element zieleni jest szczególnie piekny na tle surowośc murów.


        • aseretka Re: Fredzio na wulkanie 28.07.05, 12:07
          francja5 05.11.2004 12:11 + odpowiedz

          Trafiłaś w sedno, pewnie byłem cystersem, ale tak maprawdę to ujęłą mnie
          dostojna prostota ich opactw i to, że chcieli zreformować rozbudowany Kościół,
          z czego oczywiście nic nie wyszło.
          Pozdrawiam
          Fredzio
        • aseretka Re: Fredzio na wulkanie 28.07.05, 12:09
          Autor: francja5
          Data: 05.11.2004 12:23 + dodaj do ulubionych wątków

          + odpowiedz cytując + odpowiedz

          --------------------------------------------------------------------------------
          „24.09. Na ostatnim odcinku wczorajszej drogi co kilkaset metrów stały
          straszaki: czarne sylwetki ludzików z ogromnym czerwonym sercem przebitym
          linią drogową i napisem „J’avis 5 – 13 – 18 - 65 - 58 ans”, przy czym
          szczególnie przygnębiające było jedno miejsce, gdzie stało takich straszaków
          7 czy 8 z napisami 18 i 19 lat (wypadek masowy ?). Nie pisałem dotychczas o
          pogodzie, bo po za dwoma przelotnymi deszczami, cały czas mieliśmy słońce i
          25 - 29 ° C. Wczoraj trochę się chmurzyło, rano było chłodno, trochę chmur, a
          gdy zbliżyliśmy się do Owerni, nad interesującymi nas górami zawisła chmura
          zasłaniająca ich szczyty. Dziś rano gór w ogóle nie było widać (a
          przyjechaliśmy tu dla Puy-de-Dôme), więc zrezygnowani pojechaliśmy do Orcival
          i rzeczywiście miasteczko „mediaval” – cacko, wypieszczone, mnóstwo hoteli,
          restauracji i sklepów z pamiątkami, duża, wspaniała romańska bazylika z
          mnóstwem półrotund, przybudówek itp., wewnątrz kopuła apsydy oparta na
          półkolu kolumn, kolumny podtrzymujące sklepienie nawy o porządku korynckim
          (rzymski odzysk?), między nawami górą arkadki, nad apsydą też. Na ołtarzu
          posąg Czarnej Madonny z Bambinem (a co by innego?) wysokości około 60 cm,
          chyba emaliowany odlew z brązu*. Duża i bardzo wysoka krypta. W drodze
          powrotnej skręciliśmy za drogowskazami do prywatnego zamku Cordèz w piękną,
          również prywatną, drogę przechodzącą we wspaniałą aleję starych buków. Mały
          parking pod murowanym ogrodzeniem i zamkniętą bramą, na bocznej furtce napis
          w kilku językach, żeby dzwonić, Wojtek dzwoni, przez domofon dowiaduje się,
          że o tej porze (11.45) można zwiedzić tylko ogród, na co zgadzamy się, drzwi
          otwierają się i idziemy pod zamek – okazały i zadbany, potem zwiedzamy
          ogrody, wypielęgnowane, w stylu francuskim. W międzyczasie wypogodziło się na
          tyle, że zdecydowaliśmy się na jazdę na Puy, co prawda mamy tu pozostać dwa
          dni, ale boimy się o jutrzejszą pogodę: dziś, co prawda snują się chmury, ale
          zasłaniają interesujący nas szczyt tylko chwilami. Jedziemy do bramki przed
          płatną drogą, Wojtek każe przygotować 23.- €, bo tak wyczytał na przydrożnej
          tablicy, ale przy okienku kasowym okazuje się, że płacimy tylko 4,50, a tamta
          stawka dotyczy autobusów, no i jesteśmy o 19.- € do przodu! Jedzie się stromą
          (13 %) spiralnie oplatającą stożkowatą górę (były wulkan**) drogą, piękne
          widoki na okolicę, na górze stajemy obok pawilonu z restauracją, biurem
          turystycznym itp.. Po wyjściu z samochodu stwierdzamy, że jest tu bardzo
          zimno, trzeba pod polary ubrać kurtki. Za to widoki fantastyczne: widać cały
          okoliczny świat, a w szczególności rzędy różnej wielkości stożków
          wulkanicznych, teraz wszystkie zielone i takie jakieś (tu nasuwa mi się słowo
          z jakiegoś humorystycznego rosyjskiego opowiadania : łochmate). Od czasu do
          czasu ogarnia nas chmura, ale tylko na parę minut, tak nawet jest ciekawiej,
          a nieco surrealistyczny zespół anten na samym szczycie, z ruinami świątyni
          Merkurego u stóp, wygląda wtedy wręcz całkiem surrealistycznie. Śniadanie
          zjadamy w specjalnej sali biwakowej pełnej rozwrzeszczanej młodzieży
          francuskiej, nad którą panuje jednak nauczyciel tak skutecznie, że nawet
          sprzątają po sobie. Kawę pijemy w bufecie restauracyjnym i idziemy do
          informacji turystycznej po radę, co zrobić z resztą dnia.” Cdn (już nie dużo)


      • aseretka Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:11
        francja5 06.11.2004 17:36 + odpowiedz

        (24.09)cd:" Młody człowiek w IT radzi nam (po angielsku) jazdę do zamku
        Murol, obdarowuje mapami i folderami. Nawet bez tego zamku sama droga, bardzo
        miła i urozmaicona (doliną, lasem, przez miasteczka – z obowiązkowym
        romańskim kościółkiem każde) była godna poznania. W kasie dostajemy z Jadzią
        ulgowe bilety i drapiemy się ostro pod górę: zamek w którego bryle dominuje
        potężna wieża, stoi na szczycie wysokiego wzgórza, o zupełnie pionowych
        skalnych ścianach pod szczytem. Zamek Murol to dobrze zakonserwowana i
        zagospodarowana obszerna ruina z nowym zadaszeniem, o typowej
        trójstopniowej konstrukcji (dwa obwody murów obronnych i wieża ucieczkowa).
        Odbywają się tu różne imprezy „rycerskie” ze strzelaniem z łuku, i
        katapulty, pieczeniem mięs na rożnie i gotowaniem zup w ogromnych kotłach.
        Wspaniałe widoki z murów, stąd już do domu, znowu pięknymi drogami. 188,4 km"
        • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:14
          francja5 07.11.2004 10:38 + odpowiedz

          Żeby rzecz zakończyć:
          "25.09. Wobec wykonania planu zdobycia Puy-de-Dôme, dzień dzisiejszy
          zaplanowaliśmy na swobodną wycieczkę w ogólnym kierunku na Thiers. Cała droga
          (na mapie z resztą zaznaczona na zielono) widokowa i rozkosznie spełniająca
          moje marzenia o włóczędze po France profonde: wśród zieleni, zboczami wzgórz,
          głębokimi lasami, długie kręte odcinki pod górę na kolejne przełęcze 700 - 800 -
          998 m npm. i spadziście dół – wszystko przeważnie przy minimalnym ruchu
          drogowym, jeśli trafi się jakieś zapomniane miasteczko, to w nim stare domy,
          puste ulice, czasem to wszystko zaniedbane, może porzucone, z napisami „Á
          vendre” itp. Mieliśmy wypisane na kartce zamki i kolejno udawało nam się je
          znajdywać. Pierwszy był Ravel – dojazd do niego ostro pod górę najpierw przez
          wieś, potem przez las, drogą szerokości 2 m , więc strach by się z kimś
          spotkać, ale nikt nie jedzie. Zamek w ciągu wieków najwyraźniej przerobiony z
          obronnego w mieszkalny, przed nim nieduży przepiękny ogród: cztery duże drzewa
          przystrzyżone w kształt stożków, wśród nich fontanna, od jej strony we
          wszystkich drzewach wystrzyżono głębokie wnęki i ustawiono w nich kamienne
          ławki. Wokół wypielęgnowane klomby. Ogród otwiera się na strome urwisko
          zabezpieczone kamiennym ogrodzeniem, stąd aktualny baron czy hrabia miał (ma?)
          szeroki wgląd w okolicę. Z boków budynku wyposażonego w arkady stoją wieże,
          zamek do zwiedzania, ale od 14.00 (jest 12.00) i to za 6.- €, więc
          rezygnujemy, chociaż tabliczka o niezbyt jasnej treści zachęca, aby w celu
          zwiedzenia zadzwonić na przewodnika – dzwonek na sznurku z rączką do
          uruchamiania go, obok stare stajnie i kurnik. Jedziemy dalej do zamku Aultribe,
          bardzo miły zewnątrz, przed nim (neo?)romańska kaplica i obronna wieża.
          Pojawia się też sympatyczny kotek do pogłaskania, ale zamek nieczynny (remont).
          Dojeżdżamy do Thiers, ustawiamy samochód na bezpłatnym parkingu u stóp miasta i
          gramolimy się stromo górę (skąd tu tyle gór?!): znów plątanina średniowiecznych
          uliczek, znów niektóre nieprawdopodobnie strome i wąskie, ale z dopuszczonym
          ruchem samochodowym. Specyfika miasta to niezliczone sklepy z nożami,
          maczetami, toporkami, nawet rapierami i mieczami samurajskimi, nie koniecznie
          lokalnego wyrobu, bo na wystawie leżą też szwajcarskie scyzoryki (najtańszy 12.-
          €). Sporo uroczych domów szkieletowych, w sumie doskonałe miasto do łażenia i
          wchłaniania niepowtarzalnej atmosfery (…itd.). Docieramy do kościoła św. Gené:
          niby wspaniała romańska bazylika, ale zaczynam się jej przyglądać podejrzliwie –
          kaplice boczne wyraźnie gotyckie, boczne wejście wygląda na barok, wewnątrz
          sklepienie żebrowe, ostrołukowe (gotyckie), wszystko to sprawia wrażenie
          chaosu: z otrzymanego foldera dowiaduję się, że mam rację: sufit był pierwotnie
          drewniany i płaski, kaplice i wejście dobudowano we właściwym dla epoki
          dobudowy stylu. Fasada bez ozdób, wyposażenie wnętrza bardzo skromne. Ta
          plątanina ulic powoduje, że mamy kłopoty z odnalezieniem samochodu, ale w
          końcu, przy niewielkiej pomocy miejscowych, udaje się nam i dalej drogami
          opisanymi powyżej dojechaliśmy do Ambert i z zainteresowaniem obejrzeliśmy
          piękną gotycką katedrę z wysoką sygnaturką na szczycie wieży. I znowu za
          drogowskazami do zamku Martinanhez, tym razem też przez las boczną drogą, zamek
          niewielki o zachowanych cechach obronnych, nawet otoczony wypełnioną wodą
          fosą – w remoncie. Dalej malownicze, puste drogi (głównie D 997) przez góry i
          doliny, nagle ukazuje się na szczycie wzgórza potężna ruina zamku Mauzum,
          oglądamy i fotografujemy go z drogi, zawracamy do domu. Zakupy w Leclercu.
          Bardzo przyjemny dzień. 204,2 km"
          • aseretka Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:03
            francja5 23.11.2004 12:53 + odpowiedz


            Podróż po Francji (opisana poniżej - wjazd od strony Włoch - 18-27.09.2004:
            Noclegi (9 - wyłącznie F 1 - trzy osoby) 259.- €
            Jedzenie* 116.-
            Paliwo 169,76
            Wstępy 139,10

            Razem 683,99 €
            ----------------------------------------------------
            * Pieczywo, owoce, napoje (woda mineralna, soki owocowe,jogurt,piwo,wino),
            pâte de campagne; pozostałe jedzenie -import z Polski.


            • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:04
              mandelieu 23.11.2004 15:21 + odpowiedz


              9 dni ,trzy osoby za 116 Euro, chyba bardzo schudłeś....


              • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:04
                francja5 23.11.2004 21:31 + odpowiedz

                Niestety nie.Fredzio
            • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:05
              francja5 24.11.2004 07:31 + odpowiedz


              czy takie "odchudzajace wycieczki" sprawiaja jeszcze przyjemnosc ?
              15 zl na dzien/osoba w zachodniej europie, musiales chyba ciagnac za soba
              przyczepe z tania polska zywnoscia
            • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:05
              petromin 24.11.2004 08:16 + odpowiedz


              Ja mam podobny bilans wydadków i nie widzę w tym nic dziwnego. Przecież nie
              jadę tam po to by tylko jeść, ale przedwe wszystkim by coś zobaczyć i
              doświadczyć.
              • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:06
                francja5 24.11.2004 08:47 + odpowiedz

                oczywiscie, to bylo tylko zapytanie ale ....
                francja to nie tylko zamki i groty ale takze jedzenie, no i te 15 zl na lebka
                gdzie tani obiad kosztuje ca. 10 euro, sniadanie 5-6 euro ale wierze ci, jesli
                zyjesz znaczy, ze mozna
                pozdrawiam

                • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:07
                  petromin 24.11.2004 09:50 + odpowiedz

                  Odpowiedz jest bardzo prosta. Ja jadę do wynajętych domków, w których jest
                  kompletnie wyposażona kuchnia. A przyrządzenie posiłków we własnym zakresie juz
                  nie jest takie drogie. Nawet jak przygotowuje typowo francuskie posiłki.
                • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:11
                  francja5 24.11.2004 12:45 + odpowiedz


                  Zaznaczyłem co kupiłem za te 600 € i że pozostałe jedzenie miałem w bagażniku,
                  cytuję z innego miejsca:
                  "Zabieramy dokładnie obliczoną liczbę kartonów mleka UHT - półlitrowe do
                  hoteli, litrowe do apartamentów, gdzie są lodówki, awaryjne trzy puszki gulaszu
                  angielskiego (sprawdził się poprzednio), dwie puszeczki szynki i dwie
                  pasztetów, odliczoną liczbę zup (w proszku - do apartamentów (gdzie mamy do
                  dyspozycji kuchnie) i „chińskich” do hoteli (tylko grzałka)), dwie puszki
                  flaczków zamojskich (bardzo dobre), jedną gołąbków, dwie paczki spaghetti, kilo
                  ryżu, cztery opakowania purée ziemniaczanego, jakieś ciasteczka, cukierki, 30
                  jajek, ½ l oleju, suchą kiełbasę, czeskie salami, serki topione, w sumie spore
                  pudło jedzenia." (przypominam - 9 dni we Francji to była powrotna droga do
                  domu po uprzednim dwutygodniowym zwiedzaniu środkowych Włoch.
                  Oczywiście że Francja to także JEDZENIE, ale ... mogę sobie pozwolić na
                  coroczną kilkutygodniową wyprawę do ciepłych krajów właśnie dzięki rozsądnym
                  oszczędnościom.
                  Pozdrawiam
                  Fredzio
                  • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:12
                    francja5 24.11.2004 14:41 + odpowiedz

                    rozumiem i wiecej juz sie nie sprzeczam, kiedys tez podobnie spedzalismy urlopy,
                    a bylo to na poczatku lat 80-tych ale jak nam sie stopa podniosla to
                    przeszlismuy na wygode "nic nie robienia", to tez ma swoje uroki
                    pozdrawiam, preuser
                  • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:13
                    francja5 24.11.2004 14:41 + odpowiedz

                    rozumiem i wiecej juz sie nie sprzeczam, kiedys tez podobnie spedzalismy urlopy,
                    a bylo to na poczatku lat 80-tych ale jak nam sie stopa podniosla to
                    przeszlismuy na wygode "nic nie robienia", to tez ma swoje uroki
                    pozdrawiam, preuser
                  • aseretka Re: Fredzio - bilans wyprawy 28.07.05, 13:14
                    aseretka 26.11.2004 10:01 + odpowiedz


                    > "Zabieramy dokładnie obliczoną liczbę kartonów mleka UHT - półlitrowe do
                    > hoteli, litrowe do apartamentów, gdzie są lodówki, awaryjne trzy puszki
                    > gulaszu angielskiego (sprawdził się poprzednio), dwie puszeczki szynki i dwie
                    > pasztetów, odliczoną liczbę zup (w proszku - do apartamentów (gdzie mamy do
                    > dyspozycji kuchnie) i „chińskich” do hoteli (tylko grzałka)), dwie puszki
                    > flaczków zamojskich (bardzo dobre), jedną gołąbków, dwie paczki spaghetti,
                    > kilo ryżu, cztery opakowania purée ziemniaczanego, jakieś ciasteczka,
                    > cukierki, 30 jajek, ½ l oleju, suchą kiełbasę, czeskie salami, serki topione,
                    > w sumie spore pudło jedzenia."
                    Skąd ja to znam... ? :))) Zabieramy też trochę mięska w słoikach. ( Przyrządza
                    się potem szybko z sosami Knorra )Chociaż część produktów spożywczych kupujemy
                    na miejscu, przede wszystkim pieczywo, mleko, masło, olej.


        • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:15
          francja5 08.11.2004 11:44 + odpowiedz

          zastanawia mnie ile czasu poswiecacie na to co opisujesz i jak to robisz
          my jadac z dnia na dzien, a bywa to tylko czasami i moze dlatego nie potrafimy
          wlasciwie rozplanowac dnia, co najwyzej zaliczamy tak okolice jak i obiekty
          sniadanie jemy okolo 8 rano i zanim sie wybierzemy jest juz 9 nastepnie 3-4
          godziny jazdy i mamy juz poludnie, czas wiec na obiad, ktory zazwyczaj zajmuje
          minimum godzine, na zwiedzanie pozostaje juz nie zbyt wiele czasu, bo trzeba
          pomyslec o kolacji i noclegu i po kilku dniach mamy tego dosyc na kilka lat
          jak jest u was ?
          preuser
          • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:16
            francja5 08.11.2004 13:14 + odpowiedz

            > my jadac z dnia na dzien
            > 3-4 godziny jazdy
            > po kilku dniach mamy tego dosyc na kilka lat

            Po prostu lubicie wakacje "hotelowe"...

            > poludnie, czas wiec na obiad

            Więc najlepiej wakacje typu "basen + all inclusive" ...

            > jak jest u was ?

            U mnie jest tak, że gdy jesteśmy na południu Europy, po porządnym śniadaniu, w
            ciągu dnia nie odczuwamy głodu (mamy w autku oczywiście zapas napojów i
            owoców), tylko jedziemy sobie i zwiedzamy...
            We Francji jedzenie w knajpce zajmuje nam min 2 h, ale to dopiero późnym
            wieczorem, razem z tubylcami...
            Przekraczając granice PL w powrotnej drodze, zaczynam planować kolejną
            wycieczkę samochodową po Europie...

            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=184&w=2843088&a=3008933


            Pzdr. :-)

            bah7
            • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:21
              francja5 09.11.2004 09:18 + odpowiedz

              . Więc najlepiej wakacje typu "basen + all inclusive" ...

              na wakacje a sa i tacy co zwa to takze turystyka, jezdzimy rokrocznie od ponad
              30 lat

              pierwszy i ostatni zorganizowany urlop zrobilismy w 1973 roku do Hiszpanii i
              tak jak zalecasz "basen - all inclusive", i wyobraz sobie, ze pamietamy to do
              dzis -zwiedzilismy okolice a takze Barcelone i Andore, pozniej juz tylko
              indiwidualnie ale prawie zawsze stacjonarnie, tylko od czasu do czasu, czesc
              urlopu w podrozy ale z duzymi przerwami w czasie
              zawsze wynajmujemy jakies lokum - hotel, domek lub mieszkanie, minimum na
              tydzien w jednym miejscu uwazajac, ze jest wiecej czasu na wypoczynek i
              poznanie okolicy
              staram sie nie jechac ta sama trasa dwa razy chyba, ze wyjatkowo ciekawa i to
              mi wlasciwie wystarcza na "turystyczne zaliczanie", rozkladajac dojazd -
              przyjazd na dwa dni, czasami na tydzien z tym, ze dwa tygodnie musza byc
              stacjonarne bo czujemy sie zmeczeni a nie w tym rzecz
              dlatego pytalem o wasze doswiadczenia
          • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:17
            francja5 08.11.2004 14:16 + odpowiedz

            Zupełnie to samo bym napisał: a jest tak: od lat planując wyjazd, ustalam kilka
            punktów bazowych, najchętniej apartamentów lub bungalowów i rezerwuję je. We
            Francji nocuję w hotelach Formule 1, przeważnie rezerwując je przez net. Z tych
            baz promieniście robię wycieczki. Dzień wygląda tak: rano (~8.00) porządne
            śniadanie,w apartamentach nie ma z tym problemu: jest kuchnia, lodówka, garnki
            itp., gorzej w hotelu ale mamy w tym wprawę. W południe zjadamy przygotowane
            rano kanapki, mamy też wodę mineralną, potem rytualna południowa kawa
            (espresso, capuccino, cafe aut lait lub itp) w kawiarni i po powrocie domu
            diner zwany też pokracznie "obiadokolacją". Do lokalu gastronomicznego chodzimy
            na jedzenie wyjątkowo - ze względów finansowych.


          • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:18
            petromin 09.11.2004 08:57 + odpowiedz

            Trasę dojazdową mam z reguły podzieloną na takie odcinki, by bez morderczego
            zmęczenia można było coś po drodze zwiedzić i przejechać zakładany dystans. W
            Prowansji mam lokum w postaci wynajętego domu, z którego promieniście układają
            się trasy wyjazdów. Dzień zawsze zaczyna się dośc wcześnie obfitym śniadaniem,
            potem zaplanowane trasy i powrót na późny obiad połączony z kolacją (około 18-
            19). Potem ewentualne korekty planów na następny dzień.
          • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:19
            aseretka 09.11.2004 07:34 + odpowiedz

            U mnie jest bardzo podobnie, jak u bah7 i Fredzia. Planuje wszystko na długo
            przed wyjazdem. Robię nawet rozpiskę z czasem jaki będzie przeznaczony na
            dojazd do jakiegoś miejsca oraz na zwiedzanie. ( Czasem w rzeczywistości ulega
            to modyfikacjom, bo mejsce piękne i chce się dłużej zostać. )
            Jak mamy coś zwiedzać, to godzina wstawania jest wczesna, bywa, ze nawet 6
            rano. Wszyscy uczestnicy wyprawy muszą być niestety zdyscyplinowani, trzymac
            się ustalonych reguł i wyznaczonego przez pilota czasu.
            W trakcie wycieczki przegryzamy suchy prowiant, a solidną obiadokolację jemy po
            przyjeździe na miejsce noclegu.
            Najczęściej obieramy sobie jakieś miejsce na punkt noclegowy ( bazę wypadową ),
            w którym zatrzymujemy się na dłużej i stamtąd urządzamy wycieczki w promieniu
            do 150 km. Często jednak zwiedzamy i kilka miejsc po drodze. Np. trasa miedzy
            Chabeuil - Marseillan Plage ( ok. 270 km ) wyglądała u mnie następująco:
            6.00 – 7.00 – śniadanie
            8.00 – wyjazd z Chabeuil ( Chabeuil – Pont du Gard 130 km )
            10.00 – 11.30 – zwiedzanie Pont du Gard
            11.30 – wyjazd w kierunku Nimes ( Pont du Gard – Nimes 30 km )
            12.00 – 15.00 – zwiedzanie Nimes
            15.00 – wyjazd z Nimes w kierunku Aigues-Mortes ( Nimes- Aigues-Mortes 50
            km ), obiad na trasie
            16.30 – 18.00 – zwiedzanie Aigues-Mortes
            18.00 – wyjazd Aigues-Mortes w kierunku Marseillan ( Aigues-Mortes -
            Marseillan 80 km )
            19.30 – przyjazd do Marseillan, zakwaterowanie na campingu, kolacja
            • aseretka Re: Fredzio za wulkanem 28.07.05, 12:21
              francja5 09.11.2004 19:03 + odpowiedz

              ja, gdybym zjadl obfite sniadanie i to tak wczesnie to wogole nie moglbym
              jechac, moje sniadanie to buleczka z maslem-drzemem plus troszke lagodnego
              zoltego sera i do tego obowiazkowo mocna kawa, dlatego tez musze obiad - lub
              raczej drugie sniadanie jadac wczesniej, najlepiej okolo 12
              bywa, ze wyjezdzamy wczesnie rano ale sniadanie i tak jemy okolo 9
              kolacja musi byc miedzy 18-20
              to jest jedyne co mamy zorganizowane i przestrzegane, reszta to mniej lub
              bardziej improwizacja
              pamietam moj pierwszy pobyt za granica a bylo to w Italii, kiedy to az
              promienialem ze szczescia, ze wreszcie moglem robic to na co akurat mialem
              ochote bez zadnego planowania, dyscypliny i takich innych zbiorowych przymusow
              to chyba tak mocno we mnie wroslo, ze zachowalem ta wartosc, zupelnie pod
              swiadomie az do dzisiaj
              pruser
      • aseretka Fredzio w Monaco 28.07.05, 12:40
        francja5 27.10.2004 15:02 + odpowiedz


        "21.09. Pociągiem za 16,50 €(za 3 osoby) do Monaco. Jedzie się szybko i bez
        wstrząsów torami nad plażą, na całej prawie trasie ładne widoki na morze, w
        okolicy Nicei kilka tuneli. Dworzec Monaco-Monte Carlo halowy, trzy
        tory/perony, liczne schody ruchome. Wychodzimy na stronę Monaco Port/Ville,
        okazuje się, że dobrze, bo na starą część miasta, gdzie jest Pałac i muzea.
        Wydaje nam się, że błądzimy, ale w rezultacie bezbłędnie trafiamy, idziemy
        pod górę i jest Muzeum Oceanograficzne: bilety po 11 €, ale warto, w
        szczególności akwarium to zupełne cuda: ryby duże i całkiem malutkie,
        srebrne, wielokolorowe i w kolorze dna, a o kształtach takich (kamienie,
        kwiaty itp.), że konik morski jest wobec nich szczytem ortodoksji. Całe
        ogromne ściany z rybami za nimi, mniejsze akwaria, akwaria ciśnieniowe (10,
        20, 40 m słupa wody), homary, kraby, żółwie, ostrygi i koralowce, ukwiały
        itd. itp. Najmilsze jednak było ośmiościenne duże wolnostojące akwarium z
        setkami malutkich kolorowych rybek, mieć takie w domu i można wyrzucić
        telewizor.. Obok wystawa odkryć oceanograficznych (sporo o Cousteau), modele
        statków badawczych itd. i jako okolicznościowy dodatek rumuńska wystawa
        kryształów – same cuda, najpiękniejsze chyba gniazdo kryształów pirytu.
        Jeszcze spacer po ogrodzie botanicznym, gdzie jemy śniadanie. Potem
        obejrzeliśmy Pałac i zwiedziliśmy zgrabnie podrobioną pod styl romański
        katedrę z nekropolią książąt Grimaldich. W sumie wycieczka bardzo
        sympatyczna, samo miasto piękne i sterylnie czyste, widoki ze starego miasta
        na port i miasto – bomba. I z tarasu na dachu Muzeum też, widzieliśmy m.in.
        kopułę i bryłę Kasyna, wydawały się pokryte siatką i rusztowaniami: nie
        poszliśmy tam, bo po co. Dużo turystów: anglojęzyczni (ci grubsi to pewnie
        Amerykanie), Japończycy, Niemcy, Polacy, Rosjanie, Francuzi też. Mimo,że
        wszystko dosłownie zieje tu bogactwem kawa jest po 1,20 €. Na powrót, po
        próbie kupna biletów w automacie kartą bankową, znajdujemy żywego kasjera i
        wydaje nam jeden bilet normalny i dwa ulgowe dla seniorów, na czym zarabiamy
        3 €, pewnie dla zrównoważenia wydatku w identycznej wysokości na dwie puszki
        Minute Maid z chłodzącego automatu. W Nicei każą nam się przesiąść, ale
        dojeżdżamy do domu gładko."
        • aseretka Re: Fredzio w Monaco 28.07.05, 12:40
          aseretka 28.10.2004 12:45 + odpowiedz


          > Pociągiem za 16,50 €(za 3 osoby) do Monaco. Jedzie się szybko i bez
          > wstrząsów torami nad plażą, na całej prawie trasie ładne widoki na morze, w
          > okolicy Nicei kilka tuneli.

          Mam pytanie. Skąd jechaliście tym pociągiem?

          > I z tarasu na dachu Muzeum też, widzieliśmy m.in. kopułę i bryłę Kasyna,
          > wydawały się pokryte siatką i rusztowaniami: nie poszliśmy tam, bo po co.

          Warto zobaczyć kasyno, wejś do jego wnętrza a nawet stracić lub zyskać ( dla
          zabawy oczywiście ), kilka euro w sali z automatami do gry. Wnętrze budynku
          zaskakuje bogactwem ozdób. Z atrium, wyłożonego marmurem i ozdobionego 28
          jońskimi kolumnami z onyksu, przechodzi się do położonego po lewej stronie
          Kasyna lub do znajdującej się po prawej stronie utrzymanej w złocie i czerwieni
          Salle Gamier – pomniejszonej imitacji paryskiej opery. Poza tym na tyłach
          Kasyna dość przyjemny park z rzeżbą zwaną potocznie "Adamem i Ewą" przy której
          czułam się niezmiernie szczupła. :)
      • aseretka Fredzio we Francji 28.07.05, 12:44
        Autor: francja5
        Data: 26.10.2004 18:19 + dodaj do ulubionych wątków

        + odpowiedz cytując + odpowiedz

        --------------------------------------------------------------------------------
        ------------------------------------------------------------------------------
        --
        20.09. Jedziemy na Cime-de-Bonette przełęcz 2802 m, pod szczytem Bonette
        (2862 m), przepychamy się przez miasta, wreszcie jesteśmy na drodze D 202 i
        jedziemy doliną rzeki Var, a potem D 2025 doliną rz. Tinée, obie doliny
        wypłukały zapewne te rzeki i są to właściwie ich przełomy: początkowo szeroka
        dolina zwęża się do kilkudziesięciu metrowego wąwozu, wśród pionowych urwisk
        skalnych. Ich przemieszczone warstwy raz poziome, raz pionowe, skośne,
        pofalowane, a nawet na pewnym odcinku zwrócone powierzchnią jednej z warstw w
        stronę drogi świadczą o niezłym bałaganie jaki tu panował w czasie
        górotworzenia. Warstwy są zresztą różnej grubości, aż do tak cienkich i
        poprzekładanych, że sprawiają wrażenie muru ceglanego. Kolor skał szary, ale
        jest odcinek czerwono-rudych, a wysoko w górze część jest zupełnie czarna i
        sprawiająca wrażenie sypkiej. Droga wije się po zboczu, raz przekracza rzekę,
        ma kilka niedługich tuneli, górny i dolny odcinek ma nową nawierzchnię,
        środkowy najbardziej stromy i zakręciasty –okropnie ciasne agrafki, redukcja
        do jedynki konieczna. Po części wąskiej, ku górze dolina rozszerza się,
        napotykamy jakieś opuszczone domy, całe osiedla, ale też sporo czynnych
        hoteli i restauracji, dużo tu też robót drogowych. Widoki po drodze i z
        przełęczy wspaniałe. Na odcinku ok. 60 km uzyskaliśmy „przewyższenie” z
        (praktycznie) 0 do 2802 m . Zjeżdżamy w dół hamując silnikiem, potem znów
        gramolimy się w górę na inną przełęcz 728 m, gdy przez Grasse docieramy do
        grot Saint Cesaire. Szczęśliwie trafiamy na początek zwiedzania (á 5.- €):
        schodzi się przez budynek administracyjny w dół schodami do niedużego ciągu
        komór zupełnie nowego dla nas typu grot. Są niezbyt przestrzenne, nacieki są
        przesycone solami żelaza, a więc ciemnobrązowe i dominują wykwity o fakturze
        kalafiora, ale też są masywne kolumny i stalaktyty różnej grubości, a także
        płaskie, gładkie i błyszczące nacieki, przypominające roztopioną czekoladę, a
        także różne inne formy (czaszka, krokodyl, kaplica). Niektóre tylko
        stalagmity są białe i zielonkawe, większość o powierzchni matowej.
        Oprowadzająca demonstruje koncert na stalaktytach, brzmi jak karylion.
        Stąd już do domu, po drodze zakupy. 325 km"
        Errata :poprzedniego dnia przejechaliśmy 114 km ,a nie 325!




        • aseretka Fredzio we Francji 28.07.05, 12:46
          francja5 09.11.2004 16:06 + odpowiedz


          26.09 Cały dzień (od 9.15 do 17.30) jedziemy trasą ułożoną przez Wojtka z
          dróg D i miejscami N, te ostatnie często przypominają autostrady lub są
          odcinkami bezpłatnych autostrad. Swoją droga, jak on to wykombinował, że
          tylko raz przekroczylismy naszą ulubioną rzekę Doubs, wzdłuż której zawsze
          pokonywaliśmy tą trasę. Drogi w większości widokowe i zupełnie puste, nawet
          miasta spotykamy tu rzadko, co razem stwarza rozkoszna atmosferę – szkoda, że
          to już droga powrotna. Pierwsze 70 km padała dokuczliwa mżawka, potem
          okresowo nawet pojawiało się słońce. Koło Beaune winobranie, winnice pełne
          pracujących. Pod koniec jazdy nagle zobaczyłem, że lewe boczne lusterko
          smętnie zwisa, trzymając się tylko na linkach regulacyjnych i osłonie
          gumowej – cały czas było OK i nie było żadnej kolizji, na szczęście nadal
          spełnia swą rolę, trochę się kiwając. Hotel w Mulhouse Ile Napoleon
          znajdujemy bez trudu, wybraliśmy ten, a nie tradycyjny Mulhouse Centre,
          zrażeni zatrzymywaniem się tam (polskich) wycieczek.. 544 km
          2
          • aseretka Re: Fredzio we Francji 28.07.05, 12:48
            aseretka 10.11.2004 07:02 + odpowiedz


            Powroty zawsze mnie przygnębiają. Kończy się coś miłegoi już nawet widoki po
            drodze mnie nie cieszą.
            • aseretka Re: Fredzio we Francji 28.07.05, 12:48
              francja5 10.11.2004 07:46 + odpowiedz


              to chyba zalezy od tego gdzie sie mieszka lub raczej do czego sie wraca, bo my
              wrecz przeciwnie, wracamy z zadowoleniem (wedle starej zasady: wszedzie jest
              dobrze ale w domu najlepiej) ale zawsze zmieniamy trase drogi powrotnej jesli
              juz nie cala bo nie zawsze jest to rozsadne, to przynajmniej jej czesc
              z domu ruszamy sie dwa, trzy czasami i cztery razy w roku a wiec przerwy nie sa
              takie dlugie
              preuser
            • aseretka Re: Fredzio we Francji 28.07.05, 12:49
              francja5 11.11.2004 14:40 + odpowiedz


              Partir est un peu mourir - jak mówią Francuzi (za ortografię nie odpowiadam) i
              dlatego w drodze do domu zawsze jest trochę melancholii, którą rozpraszamy
              planowaniem wyprawy w roku przyszłym (2005: Chorwacja? Galicja, Leon, Asturia
              (+Portugalia?........ale to tak daleko..), oczywiście ... jeśli..
              Fredzio.
              • aseretka Re: Fredzio we Francji 28.07.05, 12:49
                aseretka 12.11.2004 09:52 + odpowiedz

                Do Portugalii warto. A jadąc przez Francję ileż mozna zobaczyć po drodze.
                Tylko, aby się nie śpieszyć, to warto przeznaczyć conajmniej z tydzień na
                dojazd.
                • aseretka Re: Fredzio we Francji 28.07.05, 12:50
                  francja5 12.11.2004 13:52 + odpowiedz


                  A no właśnie, jazda na półwysep Pirenejski ma tą wadę, że zawsze prowadzi przez
                  Francję i w związku z tym zabiera co najmniej tydzień, no bo jak przejechać
                  obok wszystkich cudów tego kraju (znasz zapewne przytoczoną przez Mayle'a w
                  jednej z ksiąźek jego prowansalskiegp cyklu anegdotę jak Pan Bóg stwarzał
                  Francję?). W Portugalii byłem, ale za krótko, po łebkach zwiedziłem tylko część
                  środkową, była to wyprawa Langwedocja> Katalonia> Madryt> Cordoba i okolice,
                  potem Portugalia i znowu Francja = 10000 km, a więc trzeba by tam wrócić...
                  Pozdrowienia
                  Fredzio
                  • aseretka Re: Fredzio we Francji 28.07.05, 12:50
                    aseretka 15.11.2004 07:26 + odpowiedz


                    U mnie było tak:
                    Wyjazd w czwartek po pracy. 8 dni w podróży, bo apartament zarezerwowany od
                    soboty wieczór następnego tygodnia. Malo brakowało, a nocowalibyśmy w
                    samochodzie, bo przyjechaliśmy przed 23. Na szczęście okazało się, że ( o czym
                    nie wiedzieliśmy wcześniej ) w Portugalii jest godzna do tyłu, więc jeszcze nie
                    było 22.
                    Potem dwa tygodnie w Caldas da Rainha, a stamtąd wyprawy do różnych miejsc w
                    promieniu 200 km. No i trochę wypoczynku nad oceanem.
                    Powrót krótszy, bo tylko 5 dniowy. I w czwartek już do pracy. Razem 27 dni.
                  • aseretka Re: Fredzio we Francji 28.07.05, 12:51
                    francja5 15.11.2004 11:00 + odpowiedz


                    Przyjąłem kiedyś opurtunistyczne założenie że i tak nie zdążę objechać całego
                    świata, a nawet całej Europy, postanowiłem zatem ograniczyć podróże do
                    kontynentalnej części Europy (zachodnio-)południowo-zachodniej. Wyjeżdżam w
                    stronę Francji popołudniu i nocuję w Zgorzelcu w tym samym od 30 lat hotelu
                    (jest coraz bardziej europejski, niestety także w zakresie cen). Rano po
                    ogromnym serwowanym tam śniadaniu ruszamy na zachód, zatrzymując się tylko na
                    tankowanie (i w korkach), nocleg najczęściej w Miluzie. Jeśli na południe to
                    wyjazd rano - przez Chałupki, Brno, Drasenhofen, nocleg w Grazu. No właśnie:
                    pisałem o zamiarach na przyszły rok - zaczyna nas kręcić zamiar "dokończenia"
                    Francji, a przy okazji kolejny raz Paryż...
                    Pozdrowienia
                    Fredzio
      • aseretka Fredzio przed wulkanem 29.07.05, 09:03
        francja5 23.10.2004 14:14 + odpowiedz

        18.09.2004
        "....do Ventimigli. Zjeżdżamy z autostrady i przez Niceę, prawie bez
        błądzenia znajdujemy nasz hotel F 1 w Villeneuve-Loubet-Plage – byłyby z tym
        kłopoty, dobrze, że we Florencji Wojtek kupił za 1 € 10 minut Internetu w
        kawiarence (ciekawostka: musiał się wylegitymować) i m.in. ściągnął opis
        drogi. Hotel pogodnie wita nas życzliwą tabliczką „complet”, ale maszyna
        wydaje nam kod i instalujemy się. Ten hotel ma unowocześnione sanitariaty:
        po otwarciu drzwi do WC krótko spłukuje się muszla, co jak widziałem, czasem
        wystrasza chętnego, nie ma przycisku płuczki, woda spływa po ponownym
        otwarciu drzwi, w każdej kabinie jest umywalka (nareszcie), całkowicie
        automatyczna, po włożeniu rąk nad nią automat spluwa na nie płynnym mydłem,
        potem uruchamia wypływ wody i wreszcie suszarkę, papier wyciąga się z wnęki w
        ścianie. Podobnie w kabinie tuszowej żel mydlany dozuje automat. Z drogi
        zdążyliśmy się zorientować, że benzyna tu tańsza, przy Intermarchė i innych.
        marketach ~1,0xx € - 1,6xx €, ale jak to we Francji widzieliśmy także i nawet
        1,2xx, w Austrii była po 0,8xx, we Włoszech 1,1xx €. 437,8 km" Cdn?
        • aseretka Re: Fredzio przed wulkanem 29.07.05, 09:04
          petromin 24.10.2004 11:30 + odpowiedz

          Oczywiście jestem ciekawy dalszego ciągu. I opisu miejsc. Może któreś także w
          tym roku wspólnie (co nie znaczy w tym samym czasie)odwiedzaliśmy.
        • aseretka Re: Fredzio przed wulkanem 29.07.05, 09:05
          orchidea27 24.10.2004 20:25 + odpowiedz

          > Ten hotel ma unowocześnione sanitariaty:
          > po otwarciu drzwi do WC krótko spłukuje się muszla, co jak widziałem, czasem
          > wystrasza chętnego, nie ma przycisku płuczki, woda spływa po ponownym
          > otwarciu drzwi, w każdej kabinie jest umywalka (nareszcie), całkowicie
          > automatyczna, po włożeniu rąk nad nią automat spluwa na nie płynnym mydłem,
          > potem uruchamia wypływ wody i wreszcie suszarkę, papier wyciąga się z wnęki w
          > ścianie. Podobnie w kabinie tuszowej żel mydlany dozuje automat. Z

          Hmmm ... Tam gdzie bylam zawsze po odwarciu drzwi muszla byla splukiwana,
          zarowno przy wejsci, jak i przy wyjsciu. Umywalka przd kabina prysznicowa tez
          byla zawsze i suszarka tez byla. Mydlo jednak nie bylo automatycznie dozowane.
          Po prostu lalo sie go ile potrzeba.
        • aseretka Fredzio przed wulkanem 29.07.05, 09:06
          francja5 25.10.2004 14:55 + odpowiedz


          "19.09. Wczoraj wieczorem przyjechały dwa autobusy panienek w wieku
          siuśmajtkowym i gdy rano wszystkie naraz wstały, to zblokowały wszystkie
          sanitariaty. Jedziemy obejrzeć przełomu rzeki Loup, po drodze jadąc wciąż w
          górę krętymi drogami, oglądamy Grasse – stara jego część to typowe stare
          włoskie górskie miasto, domy widziane w perspektywie sprawiają wrażenie jakby
          były do siebie poprzyklejane coraz wyżej, a całość w ciepłych kolorach wieńczy
          oczywiście wieża. Ładne, ale nie zatrzymujemy się. Droga coraz bardziej
          widokowa, kręta i miejscami bardzo stroma prowadzi nas do Tourette-sur-Loup,
          gdzie nieoczekiwanie ukazujący się napis „parking gratuit” skłania nas do
          zatrzymania się: za strzałkami „cité mediavale” szybko niego dochodzimy: i
          (znowu) uliczki bardzo wąskie, kręte i strome, wszystkie domy w dobry stanie,
          miejscami ślady bardzo starych murów, archaiczny łukowy (rzymski?) most,
          wreszcie placyk z kawiarnią, gdzie pijemy expresso (tu dostaje się kawy trzy
          razy więcej niż we Włoszech) patrząc z zadowoleniem na ładny romański kościół.
          Dalej znowu wąskimi, krętymi, bardzo widokowymi drogami coraz wyżej, przez
          coraz bardziej pustynne okolice, aż do gór pokrytych jałową, pokruszona skałą
          do przełęczy Col de Vence (powyżej 900 m), stąd w dół do Gorges du Loup; droga
          prowadzi poniżej połowy wysokości zbocza wąskiej, głębokiej i krętej doliny,
          której dnem płynie z szumem niewielka rzeczka. Skały urwiście strome,
          wygładzone erozją z czarnymi pionowymi pasami zacieków. Kilka tuneli, wreszcie
          mijamy Cascade de Courmes: z wysokości ~40 m ścieka wąska struga wody – wobec
          podcięcia zbocza nie spływa po nim, rozpływa się stopniowo w powietrzu, jakby
          znikała, materializując się wiele metrów poniżej w kolejną strugę. Mijamy, bo
          na wąskiej drodze nie można się zatrzymać, ale z małego parkingu na poboczu
          ktoś wydaje się gotować do wyjazdu, rzeczywiście po chwili mamy wolne miejsce,
          wracamy kawałeczek i podziwiamy wodospad. Liczne napisy ostrzegają przed
          schodzeniem do łożyska rzeki ze względu na możliwość nagłego przyboru wody,
          spuszczanej ze znajdującej się powyżej elektrowni („nawet przy ładnej
          pogodzie”). Potem podobnymi jak poprzednio drogami do domu, skąd po krótkim
          odpoczynku na spacer do pobliskiego parku departamentalnego pełnego
          biwakowiczów, a jeszcze później wychodzimy poszukać przejścia nad morze –
          trzeba przeciąć dwie ulice-drogi i ogrodzoną linię kolejową. Przejście jest
          przez stację kolejową, co nasuwa nam myśl, aby do Monaco pojechać koleją. Plaża
          piaszczysta, bardzo wąska, ale widok na morze i wybrzeża przepiękny. 325 km"
        • aseretka Fredzio przed wulkanem 29.07.05, 09:06
          francja5 26.10.2004 17:41 + odpowiedz


          20.09. Jedziemy na Cime-de-Bonette przełęcz 2802 m, pod szczytem Bonette (2862
          m), przepychamy się przez miasta, wreszcie jesteśmy na drodze D 202 i jedziemy
          doliną rzeki Var, a potem D 2025 doliną rz. Tinée, obie doliny wypłukały
          zapewne te rzeki i są to właściwie ich przełomy: początkowo szeroka dolina
          zwęża się do kilkudziesięciu metrowego wąwozu, wśród pionowych urwisk skalnych.
          Ich przemieszczone warstwy raz poziome raz pionowe , skośne, pofalowane, a
          nawet na pewnym odcinku zwrócone powierzchnią jednej z warstw w stronę drogi
          świadczą o niezłym bałaganie jaki tu panował w czasie górotworzenia. Warstwy są
          zresztą różnej grubości, aż do tak cienkich i poprzekładanych, że sprawiają
          wrażenie muru ceglanego. Kolor skał szary, ale jest odcinek czerwono-rudych, a
          wysoko w górze część jest zupełnie czarna i sprawiająca wrażenie sypkiej. Droga
          wije się po zboczu, raz przekracza rzekę, ma kilka niedługich tuneli, górny i
          dolny odcinek ma nową nawierzchnię, środkowy najbardziej stromy i zakręciasty –
          okropnie ciasne agrafki, redukcja do jedynki konieczna. Po części wąskiej, ku
          górze dolina rozszerza się, napotykamy jakieś opuszczone domy, całe osiedla,
          ale też sporo czynnych hoteli i restauracji, dużo tu też robót drogowych.
          Widoki po drodze i z przełęczy wspaniałe. Na odcinku ok. 60 km
          uzyskaliśmy „przewyższenie” z (praktycznie) 0 do 2802 m . Zjeżdżamy w dół
          hamując silnikiem, potem znów gramolimy się w górę na inną przełęcz 728 m, gdy
          przez Grasse docieramy do grot Saint Cesaire. Szczęśliwie trafiamy na początek
          zwiedzania (á 5.- €): schodzi się przez budynek administracyjny w dół schodami
          do niedużego ciągu komór zupełnie nowego dla nas typu grot. Są niezbyt
          przestrzenne, nacieki są przesycone solami żelaza, a więc ciemnobrązowe i
          dominują wykwity o fakturze kalafiora, ale też są masywne kolumny i stalaktyty
          różnej grubości, a także płaskie, gładkie i błyszczące nacieki, przypominające
          roztopioną czekoladę, a także różne inne formy (czaszka, krokodyl, kaplica).
          Niektóre tylko stalagmity są białe i zielonkawe, większość o powierzchni
          matowej. Oprowadzająca demonstruje koncert na stalaktytach, brzmi jak karylion.
          Stąd już do domu, po drodze zakupy. 325 km"
    • aseretka Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:28
      foolproof 29.06.2004 15:10 + odpowiedz

      Paryż po raz pierwszy (czyli za życia na Polach Elizejskich)(1996)

      Jeszcze w czasie podróży po Francji stwierdziliśmy, że jednak
      zwiedzanie Francji bez chociażby zajrzenia do Paryża może nam być nie
      zaliczone, a mamy nie wykorzystane nasze bilety FIP’owskie. Co prawda
      Jadzia popatrzyła na mnie trochę zdziwiona i konsekwentnie uważała
      pomysł planowania podróży koleją do Francji, w trakcie podróży po tym kraju
      samochodem, za cokolwiek zwariowany, ale w rezultacie po powrocie do domu i
      dwutygodniowym studiowaniu komputerowego rozkładu jazdy, ustaliłem, że
      wobec braku biletów na Belgię, najracjonalniej będzie jechać do
      Paryża przez Frankfurt nad Menem. No i 22 października staliśmy na
      peronie z miejscówkami (avec supplement) na pośpieszny do Franfurtu a
      stamtąd do Paris de l'Est. Pociąg przyjechał w miarę punktualne, ale z
      normalnie brudnymi wagonami PKP, a gdy we Wrocławiu przesiedliśmy
      się do doczepianej tam jedynki, przybyłej z Warszawy, była ona też
      paskudna i na dodatek (jak zwykle!) nie działało ogrzewanie, a w toalecie nie
      było papieru. Okryci kurtkami wytrzymaliśmy tak do połowy drogi, kiedy,
      już głęboko w Niemczech, ruszyło ogrzewanie i pojawił się papier. Ku naszemu
      zdziwieniu kontrola paszportowa, zresztą bardzo formalna ("aha, państwo
      mają polskie paszporty?") odbyła się już po wjechaniu pociągu na
      peron dworca w Görlitz. Przez czas jej trwania podróżni oczekujący tam na
      nasz pociąg stali za kratą, oddzielającą ich od peronu na którym stał nasz
      pociąg. Do świtu drzemaliśmy, budzeni przez ciągłe kontrole biletowe (aż
      cztery razy, za każdym razem inny konduktor).
      Wczesnym rankiem, jeszcze po ciemku, wjeżdżamy na terminal
      Frankfurt am Main Hbf. Wyglądamy na ulicę, ale tam pusto, jeszcze
      noc, więc wracamy na lśniący czystością, ogromny dworzec: oszklona
      hala, pełna kiosków, sklepów, barów, kawiarni i restauracji,
      kilkadziesiąt torów. Bierzemy w barze kawę i croissanty, płacimy 7,70
      DM, a po chwili zajeżdża nasz EC do Paryża (SNCF), wypucowany, pustawy, choć
      gdy wyglądam, po ruszeniu z okna, widzę, że jest to bardzo długi
      pociąg, co najmniej kilkanaście wagonów. Pociąg jedzie bardzo szybko,
      gładko i cicho. Cały czas po korytarzu przechadza się uśmiechnięty
      konduktor, zniknął na granicy. Idę do wagonu restauracyjnego po herbatę
      i stwierdzam, że obsługa (francuska- ale w Niemczech) w ogóle nie mówi po
      niemiecku. Koło Forbach po korytarzu zaczynają się snuć jacyś mundurowi,
      sądząc z nakryć głowy - francuscy, jeden nawet zabiera się do wejścia
      do naszego przedziału, ale mu się odechciewa, znowu czuję się
      niedowartościowany (nie masz to, jako bywało w Mostiskach!). W Metzu
      zmieniamy kierunek jazdy, w przedziale zmieniają się współpodróżni, sądząc z
      akcesoriów, kolejarze, dojeżdżający do pracy. Kontrola biletów na tej części
      trasy tylko jeden raz, przed samym Paryżem. Za oknem wczesna jesień, tuż
      przed Paryżem kilka tuneli, wczesnym popołudniem wjeżdżamy na dworzec Paris
      de l'Est.
      Znowu oszklona hala terminalu, kilkanaście torów, kioski,
      restauracje, bary. Zaczynamy szukać przechowalni bagażu; po chwili
      okazuje się, że "ze względów bezpieczeństwa" takowej nie ma tj. odpowiednie
      napisy kierują na dworzec Montparnasse lub Austerlitz, co nam, zupełnie nie
      zorientowanym, niewiele mówi.
      Na dodatek przed biurem turystycznym kolejka, a na drzwiach pogróżka,
      że bagaż pozostawiony bez opieki ("ze względów...") będzie usuwany i
      niszczony. Trochę nas to deprymuje, ale sympatyczna panienka w IT
      wytrzymuje moją francuszczyznę i nawet rozumie o co pytam. Chodzi o dojazd do
      Stains, gdzie zarezerwowaliśmy hotel (dopiero czwarty z rzędu F1 miał wolne
      pokoje!).
      Z bagażem, na szczęście niewielkim, schodzimy w podziemia tj. do
      metra, w tym miejscu głęboko (winda), bierzemy z kasy plan komunikacji
      paryskiej, po krótkich studiach wsiadamy do kolejki i wkrótce wyłazimy po
      schodach na Ile de la Cité. Zwiedzamy katedrę Notre Dame (z zewnątrz w
      rusztowaniach) i okolice, dziwi nas dość długa kolejka do Pałacu
      Sprawiedliwości, ale zostawiamy to sobie na potem, ok. 17,00 kupujemy
      pain paysan za 5 FrF, wsiadamy w odpowiednie metro i jedziemy do Stains.
      W spisie hoteli F1 mamy dokładny opis trasy dojazdu z miasta: metro 7 do
      stacji Fort d'Aubervilliers, potem autobus 250 do przystanku
      Stalingrad 215 i tam ma być hotel. Cały czas obawiałem się, że ten Fort
      to będzie szczere pole, autobusu nie będzie, hotelu nie znajdziemy a i tak
      będzie complet, a nasza rezerwacja nieważna itd., gdy zwierzam się z tych
      obaw Jadzi, nagle do naszej rozmowy wtrąca się lokalny rodak, który radzi
      nam jak wysiąść, żeby trafić na autobus, czemu przysłuchuje się jakaś
      Francuzka, czytająca książkę...po polsku i po pożegnaniu się
      poprzedniego rodaka, włącza się do objaśniania drogi. Zwraca uwagę
      duża liczba kolorowych, głównie Murzynów, ale i innych, coraz ich więcej, im
      dalej od centrum. Wysiadamy z metra i wychodzimy po schodach wprost na
      przystanek autobusowy, na obszernym placu wiata, wokoło osiedla i niedaleko
      doskonale zachowana stacja telegrafu optycznego, chyba pozostałość po tym
      Fort. Wsiadamy do autobusu i jedziemy kilkanaście przystanków do
      Stalingrad 215, oznakowanie wszystkiego doskonałe, nie sposób się
      zgubić - hotel po drugiej stronie ulicy, obok Etape. W recepcji rozwiewają
      moje obawy, że nasza rezerwacja (nr 197) będzie nieaktualna, a hotel będzie
      complet (i jest!). Instalujemy się w pokoju, wychodzimy na spacer po
      okolicy: dość pustawo, w niewielkiej odległości budowa typowej Zone
      Commerciale, jest już stacja benzynowa, jakiś nieduży dom towarowy (duży
      Supermarché w budowie), Mc Donald's. Wracamy do hotelu, zjadamy chleb z
      mielonką i kiełbasą, popijamy herbatą, planujemy następny dzień.
      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:29
        francja4 02.07.2004 13:31 + odpowiedz

        "Nazajutrz po śniadaniu o 9.00 autobusem do metra, metrem do stacji Louvre,
        który oglądamy tylko z zewnątrz i przez Tuillerie i Pola Elizejskie (a
        zamiarem tej wyprawy było znaleźć się za życia na Polach Elizejskich)
        dochodzimy do Łuku na placu Gwiazdy, obecnie de Gaulle'a. Przed wejściem
        zaglądają nam do torby, wyjeżdżamy windą na taras, gapimy się na Paryż, robię
        serię zdjęć. W Łuku Triumfalnym, czego bym się nie spodziewał, jest ogromna
        ilość pomieszczeń, w tym kilka klatek schodowych, wspomniana winda, sale
        wystawowe i ubikacje. Jedziemy metrem do wieży Eiffla: pierwsze co się
        nasuwa to naiwne wrażenie: o, jaka wielka! Wyjeżdżamy na najwyższą
        kondygnację (za 2*56 FrF) w towarzystwie tłumu Japończyków i Rosjan.
        Pomimo pięknej pogody widok lekko przymglony, ale fascynujący, znowu seria
        zdjęć. W dalszej wędrówce błądzimy trochę, docieramy w końcu do Pont Alba,
        okrętujemy się na statek Batteaux Mouches, odbywamy półtoragodzinny rejs
        po Sekwanie, bardzo udana impreza. Trafiamy potem wreszcie na stację RER i
        kupujemy w bufecie dwie ogromne zapiekanki po 20 FrF, którymi zapychamy się
        tak, że rezygnujemy już potem z kolacji. Jeszcze wchodzimy do Pałacu
        Sprawiedliwości, prześwietlają nam torby, przy przechodzeniu przez bramkę
        włącza się alarm: to bilon w mojej portmonetce. Okazało się, że nie chodzi o
        Pałac, ale o St.Chapelle, którą dobrze widać z zewnątrz, ale trzeba o niej
        wiedzieć, żeby ją spostrzec w kompleksie murów Pałacu. Kaplica już
        zamknięta, można jeszcze zajrzeć przez otwarte drzwi: widać piękne
        gotyckie wnętrze z freskami, ale dopiero w hotelu Jadzia wyczytuje, że bez
        zwiedzenia kaplicy wycieczkę do Paryża należy uznać za niepełną, wobec czego
        postanawiamy tam wrócić. Jeszcze spacer po wyspie Ludwika, potem po Blv. St.
        Germain, gdzie kupujemy butelkę wina za 25,50 FrF, kawa przy kontuarze za 2,50
        FrF i do domu. W autobusie 215 stwierdzamy, że jesteśmy jedynymi białymi,
        nawet kierowca jest Murzynem."

        Fredzio: czyta to kto?
        • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:30
          petromin 02.07.2004 13:59 + odpowiedz

          Fredzio !
          Czytają chyba wszyscy co tu zaglądają, tylko nie każdy coś potem odpisze.
          Śmiało ciągnij wątek, nawet bez dodatkowych wpisów.
        • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:30
          koralka1 02.07.2004 14:01 + odpowiedz

          przynajmniej ja lubie czytac...Uwazam Twe opisy b. ciekawe i przypominaja mi
          sie czasy, kiedy sama podrozowalam, nie tylko po fFrancji, ale i Po Europie nie
          majac zbytnio kasy. Fajnie bylo...


      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:31
        francja4 02.07.2004 15:44 + odpowiedz

        ...w Paryzu.
        "(25.09.1996)
        Wyjazd ze Stains o 8.55 autobusem, potem RER'em do dawnego Garé d'Orsay
        (na Quai d'Orsay) czyli do Muzeum Impresjonistów: dworzec kolejowy i kilkuset
        pokojowy (570) hotel wspaniale przerobiony na muzeum. Ogrom, tysiące obrazów,
        zwracam uwagę, że tylko 2 Touluse-Lautrec'i. Nasyceni impresjonizmem
        jedziemy do St.Denis, które okazuje się być dużym, nowocześniejącym
        miastem, co wyraża np. nowoczesny budynek typu szkło i aluminium przylepiony
        do gotyckiej budowli. Bazylika, prototyp wszystkich gotyckich katedr
        francuskich, w stylu nazwanym przeze mnie północnym gotykiem francuskim tj.
        bardziej ozdobnym, niż katedry w centralnej Francji, jakie oglądaliśmy parę
        tygodni wcześniej, olbrzymie rozety, w nawach bocznych grobowce francuskich
        królów - prawie wszystkich, bo tylko 3 monarchów pochowano gdzie indziej*.
        Śniadanie zjadamy na skwerku z ławeczkami,korzystając w przerwy w leniwym
        deszczu, potem kawa w kafeterii. W arabskim sklepiku kupujemy długo szukany
        a tu przeceniany wielokrotnie (chyba z 70 do 15 FrF)dzbanuszek do mleka (taki
        do robienia cappuccino), potem, też w sklepie obsługiwanym przez śniadoskórych -
        owoce, tutaj bardzo tanie.
        Znowu w metro i na Montmartre, wysiadamy na przystanku Pigalle,
        plac okazuje się zupełnie mały, ale porno-szopy i lokale oferujące relax za
        umiarkowana cenę (200 FrF) są, no i Molin Rouge na miejscu. Wspinamy się do
        bazyliki Sacré Coeur; cała dzielnica wspaniała, fotografuję malarzy i scenki
        rodzajowe na placyku koło bazyliki, spotykamy sporo Polaków. Schodzimy w
        dół, obok Moulin Rouge wypijamy café au lait, na Blvd. Clichy niespodziewanie
        spotykamy autobus z napisem "PKS Gliwice, ul. Toszecka 4". Metrem i
        autobusem do Stains. "
        26.10
        Wyprawa do Wersalu: RER (z napisem Versaille Rive Gauche) wiezie
        nas do niewłaściwego Wersalu, skąd wracamy do stacji poprzedniej, aby
        pojechać do Versailles Rive Gauche, ale dopiero tam z ogłoszeń dowiadujemy
        się, że dzisiaj pociągi kursują tylko do tego drugiego Wersalu, gdzie
        trzeba wsiąść w bezpłatny autobus SNCF, aby dojechać do zamku. Tak też
        robimy, płacimy w kasie zamku 90 FrF i zwiedzamy: jak w dużych zamkach nad
        Loarą przeraża i zniechęca rozmiar pałacu, tak, że całość raczej
        rozczarowuje**. W ogrodach wersalskich zjadamy śniadanie, potem w
        mieście pijemy kawę w wietnamskiej restauracji. Autobus wiezie nas do
        stacji, a gdy wysiadamy z RER, okazuje się, że został w nim parasol,
        szczęśliwie nie pada.
        Idziemy do St.Chapelle: znowu alarm w bramie Pałacu Sprawiedliwości
        (oczywiście bilon w portmonetce): i rewelacja: okazuje się, że to co
        widzieliśmy przez otwarte drzwi, to kaplica dolna, dla dworzan, królewska
        jest wyżej - nie do opisania: koronkowa kamienna konstrukcja,
        kilkunastometrowe witraże z tysiącem obrazów-komiksem z Pisma Świętego,
        ogromna rozeta, robię zdjęcia -jak się okazało - udane. Potem spacer po
        Dzielnicy Łacińskiej: Hotel de Ville, Theatre de Ville, "Rafineria
        im. Pompidou", Hale tj. to co na ich miejscu zbudowano, obok kościół św.
        Eustachego, kościół św.Rocha, wieża św.Jakuba. Wszędzie tłumy
        turystów,przeważają Japończycy, dużo Anglików, Włochów, zupełnie nie słychać
        Niemców, w metro znów spotykamy Polaków . Wracamy do Stains.”
        ---------
        *Tak się złożyło, że groby tych trzech w St. Denis „nieobecnych”(w tym Karola
        Wielkiego w Akwizgranie) odwiedziliśmy w kolejnych podróżach.
        ** Może to herezja, ale naprawdę Wersal mi się nie podobał.
      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:31
        francja4 03.07.2004 12:23 + odpowiedz


        Aby dokończyć temat „Paryż po raz pierwszy”:
        „ 27.10.1996 Wychodzimy z bagażami, jedziemy na Est (może jednak
        przechowalnia jest czynna?), ale napisy nadal kierują na Austerlitz i
        Montparnasse, pytam w kasie:"Est-ce actuel?-Mais oui, monsieur!"*- jedziemy na
        ten pierwszy: w przechowalni dwóch rosłych Murzynów sprawdza bagaż, po czym
        wskazują schowek, którego automatyczna kasa nie może sobie poradzić z
        wydaniem reszty, w rezultacie obdarowuje nas 10 frankami, które
        rozmieniam w kasie i tak zamykamy wreszcie schowek i dostajemy magnetyczny
        bilet. Metrem jedziemy do Luwru. Wchodzimy do szklanej piramidy-odkrywamy całe
        podziemne miasto, sklepy, bary, restauracje, kawiarnie, księgarnie,
        sklepy z pamiątkami itd., wszędzie takie tłumy, myślimy, że ze względu na
        przepełnienie wcale nas nie wpuszczą, ale niedzielne, zniżkowe bilety nam
        sprzedają i wchodzimy. Zgodnie z zapowiedzią wyczytaną w przewodniku ,
        pomimo doskonałego oznakowania, gubimy się natychmiast w labiryncie
        sal i kołowaciejemy z nadmiaru wrażeń, tak, że gdy spostrzegam
        drogowskaz do Mony Lisy (chyba było "Joconda") decyduję, aby iść do niej,
        bo inaczej jej nie zobaczymy i cały Luwr będzie nie ważny. Trafiamy,
        Gioconda wisi w czymś w rodzaju pancernej szafy, tłumek przed nią, bez
        przerwy błyskają flesze, choć to niby zakazane, ale można się dopchać. Obraz
        zdecydowanie rozczarowuje (prawdę mówiąc - bohomaz-myślę w duchu**),
        szczególnie w zestawieniu z wiszącym o parę kroków innym portretem
        pędzla L.da V. "La belle Ferroniére", na który nikt się nie gapi, choć pod
        względem urody zarówno malowidła, jak i modelu wspaniały, nie jak ta
        Krzywogęba. Tysiące obrazów, legendarne nazwiska, z moich ulubieńców
        spotykam Breughla Aksamitnego, nie znajduję Boscha!, tylko jeden Touluse-
        Lautrec, za to sale pełne Rubensów, Davidów, Rembrandtów i chyba
        wszystkich innych. Po wielogodzinnej wędrówce zjadamy lunch w Café
        Richelieu ( croquettes cheff i kawa) i wracamy do zwiedzania, przy czym
        prawie przypadkowo trafiamy na obiekt nr 2 czyli Wenus z Milo. Luwr
        opuszczamy o 17.30 i idziemy w miasto. W zapadającym zmroku zatrzymujemy się
        na Pont de la Concorde, gdzie starannie analizując wskazania Weimarluxa,
        robię zdjęcia w stronę Wieży ( 2,8 i 1/2sek) i placu Concorde (2,8 i 1/8),
        stawiając aparat na balustradzie mostu i uruchamiając go samowyzwalaczem-
        zdjęcia okazały się doskonałe. Potem Jadzia uparła się, aby zobaczyć
        Pałac Inwalidów, dokąd, nieco błądząc, docieramy i gapimy się w zachwycie na
        wspaniale iluminowaną, złotą kopułę.
        O 20.00 wyruszamy na Austerlitz, zabieramy bagaż i jedziemy na Est,
        gdzie tłoczno i pełno śmieci. W oczekiwaniu na nasz pociąg Jadzia pije
        herbatę, a ja kolejno dwa piwa. Przyglądamy się ruchowi dworcowemu i tablicy
        z odjazdami pociągów, na której wreszcie pojawia się nasz i stopniowo
        wędruje ku pierwszemu miejscu. Wreszcie jest, bardzo długi, na czole,
        czyli teraz na końcu, dwie lokomotywy; zastanawiam się, jak je przemanewrują na
        początek, ale okazuje się to zbędne, widocznie z drugiego końca przyczepiono
        trzecią, a te dwie zostają w Gare de l'Est. Wagon bez przedziałów, pełny,
        tak, że musimy wyprosić z naszych miejsc jakiegoś tubylca, po chwili
        odjeżdżamy w ciemną noc, trochę śpimy, rano wjeżdżamy na terminal w
        Monachium.”
        Fredzio
        ----------------------------
      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:32
        francja4 06.07.2004 13:31 + odpowiedz

        "...drugi"
        "1.06.1998
        Szybka jazda ze Strassburga w stronę Paryża drogami przypominającymi dobre
        autostrady z jednym postojem w lesie na lunch - brak parkingów, po za
        awaryjnymi. Trochę dalej nagłe zatrzymanie, miganie świateł awaryjnych, tłum
        samochodów, bieganina, widać w dali jakiś samochód stojący w poprzek drogi,
        stoimy, ale powoli wszystko rusza. Mijamy niesamowity widok: na środku
        naszego pasa drogi leży na dachu kompletnie zdeformowany (rozduszony
        na placek) samochód nierozpoznawalnej marki, ślady opon wskazują, że
        najechał pod ostrym kątem na betonową barierę oddzielającą pasy drogi, a ta
        zgodnie z konstrukcją odrzuciła go z powrotem, musiał przy tym
        wykonać zdumiewające salto. Co dziwne nie widać ani trupów, ani
        śladów krwi, ktoś zbiera tylko rozrzuconą zawartość wraka. Potem
        już bez przygód, choć trochę okrężnie, dojeżdżamy do naszego F1
        w Stains. Meldujemy się w hotelu, potem idziemy na spacer.
        2.06
        Rano autobusem i metrem do Garé-de l’Est w poszukiwaniu IT
        W pomieszczeniu, gdzie dwa lata temu była IT jest teraz informacja
        kolejowa, informują nas, że turystyczna jest na Garé Nord, gdy zaczynamy się
        zastanawiać, z planem Paryża w ręku, jak tam iść, podchodzi do nas miła
        panienka z plakietką w klapie i wyjaśnia, że bilety RATP można jednak kupić
        na miejscu, a gdy stoimy do stoiska, które wydaje mi się właściwe, zaczepia
        nas jakiś facet i najwyraźniej chce mi coś sprzedać, gdy mówię mu, że
        nous ne parlons pas itd. pokazuje na swój emblemat SNCF i tłumaczy, że
        bilety można kupić tutaj w kasie metra i rzeczywiście pół piętra niżej jest
        kasa RATP i kupuję wreszcie te bilety. Wsiadamy w metro do Luxembourg i
        trasą opisaną w przedpotopowym przewodniku KAW* z niewielkimi odchyłkami
        ruszamy na zwiedzanie. Wysyłamy Wojtka do St. Chapelle, potem pijemy kawę w
        wytwornej kawiarni, a potem głodni pomimo zjedzonych na skwerku kanapek
        szukamy czegoś taniego do zjedzenia i dobrze trafiamy: w tureckim (?)
        barze ulicznym zamawiamy potrawę o nazwie Grec i dostajemy na czymś w
        rodzaju naleśnika, wyłożonego sałatą i kawałkami cebuli, stertę frytek,
        pod którymi okrywamy dużo kawałków mięsa odkrajanego z pionowego rożna.
        Ogromne porcje po 22 FrF. Najedzeni krążymy po ulicach kierując się do Opery,
        koło Centre des Halles, które zwiedzamy: wielopiętrowe, a raczej
        wielokondygnacyjne, bo część jest pod ziemią, centrum handlowe z ruchomymi
        schodami, tarasami itp. Krótka ulewa, ale przedtem i potem pogodnie, niezbyt
        gorąco. Krętą drogą, jakoś omijając Pola Elizejskie, ale za to obok
        kościoła św. Magdaleny (tego w kształcie greckiej świątyni), dochodzimy do
        Łuku Triumfalnego, skąd już do domu.
        03.06
        Autobus, metro i spacer Blv. Clichy do Place Pigalle, gdzie znowu
        podziwiamy ogromną liczbę lokali o charakterze erotycznym, potem funicularem
        na Montmartre i do bazyliki: wewnątrz ciemna i ponura, wszędzie tłumy, także
        na pl. Tertre, tam gdzie malarze; widać nową modę na widoczki przedstawiające
        okna, zupełnie konkretne lub witryny sklepów.
        Zwiedzamy jeszcze kościół St.Jean de Montmartre, spacerujemy po ulicach,
        oglądamy wystawione przed sklepami towary, wielometrowe lady pokryte
        materiałami płóciennymi, a także do wypychania: skrawki gąbki, trawa morska.
        Pijemy kawę i jedziemy metrem do Ogrodów Luksemburskich. W ogrodach
        dużo ludzi, spacerują, siedzą, bo dużo rozstawionych krzeseł, piją piwo i inne
        płyny, jedzą kanapki. Po stawie pływają modele żaglówek, do wynajęcia po 17
        FrF, a także sterowane radiem motorówki. Specjalna ekipa młodych ludzi pełni
        służbę ratunkową tj. przeciągniętym w poprzek stawu sznurkiem, za niewielką
        opłatą, przyciąga do brzegu wywrócone okręciki . Policyjna ekipa obmacuje
        podejrzliwie co bardziej kolorowych młodych ludzi. Dalej, zgodnie z
        przewodnikiem, do kościoła St.Sulpice, przed nim targ staroci i antyków.
        Bogatą rue Bonaparte do kościoła St.Germain-des-Pres, właśnie w nim kręcą
        jakiś film, więc nie można zwiedzić. Wsiadamy do pozornie właściwego
        RER'u, ale ten przejeżdża bez zatrzymania kilka stacji i wywozi nas za
        daleko. Zwraca uwagę niezwykły brud na stacjach RER, szczególnie ogromne
        ilości strzępów gazet (także polskich ?!), a stacje metra są czyste.
        Wracamy kombinowanym sposobem: RER, 2x metro, autobus. W supermarkecie ED w
        Stains, zdumiewająco tanim, kupujemy jedzenie, w tym sałatki, pieczywo,
        jogurt i parówki na obiad, który w rezultacie kosztuje nas 21 FrF."
        CDN ?
        Fredzio

      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:33
        francja4 06.07.2004 16:18 + odpowiedz


        Apendix: do "...drugi.":Wyróżniony * „Przewodnik KAW” to „Przewodnik
        turystyczny – Francja”, wydany przez KAW w 1991 r. (126 str. (!) – cała
        Francja, zupełnie dobre programy zwiedzania, w tym Paryża)
        Fredzio.
      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:33
        francja4 07.07.2004 14:45 + odpowiedz

        "04.06.1998
        Rusztowanie otaczające kolumnę Vendôme sugeruje jej remont, ale potem
        spostrzegamy, że to budowa jakiejś pokracznej dekoracji, związanej z
        nadchodzącymi mistrzostwami, bo na szczycie montują najwyraźniej
        szkielet ogromnej piłki. Spacerkiem od Luwru do połowy Champs Elisées,
        potem metro do Defence. Gdy wyszliśmy spod ziemi nieco mnie zatkało, tak że
        dłuższy czas dobierałem właściwy okrzyk na okoliczność odniesionego
        widokiem wrażenia, wreszcie, po długich wahaniach, zdecydowałem, że
        najodpowiedniejsze będzie modne "wow".
        Architektura, nie tylko rozmach i ogrom budowli, ale i ich specyficzne
        piękno zapiera dech, szczególnie sam Grand Arche, który na fotografiach
        wygląda po prostu na płaski i cienki kanciasty łuk, a okazuje się ześciennym
        budynkiem zdumiewającej konstrukcji z setkami okien, zewnętrznymi windami z
        kabinami w kształcie przeźroczystych kapsuł, do tego w prześwicie
        przedziwny zwisający "namiot". Inne budowle równie zadziwiające, a chociaż
        całość jakąś nieludzka i futurystyczna, ale wrażenie robi i to raczej bardzo
        pozytywne, także osiedla mieszkaniowe, nieco w dali - dziwne okrągłe wieże, do
        tego pomalowane w plamy przypominające wojskowy kamuflaż, inne w
        kształcie nieregularnych piramid itp. Mnóstwo zdjęć. Siadamy na jednym z
        licznych tarasów - podwórców i zjadamy nasze kanapki, potem idziemy na kawę do
        McD, w tutejszych Mc D serwują też piwo, sałatki, a kawa nie jest po
        amerykańsku (czyli coś przypominającego popłuczyny fusów), ale normalnie z
        ekspresu. Metrem do Wieży, idziemy wokół Pól Marsowych. Pod Wieżą i po Polach
        krążą patrole policji uzbrojonej, nieuzbrojonej i komandosów z
        pistoletami maszynowymi. Znowu metrem do Instytutu Inwalidów, bilety po
        37 FrF, zwiedzamy Muzeum Wojskowe, zdumiewając się ilością i doskonałym
        stanem eksponatów (zbroje, miecze, nawet topory i noże kamienne), w sumie
        jednak ekspozycja mniejsza, niż w Muzeum Wojska Polskiego, ale lepiej
        ułożona, drugi dział to ruch oporu i okupacja, wreszcie kościół z grobem
        Napoleona i marszałków. Sarkofag cesarza tak gigantyczny, że nieodparcie
        złośliwie kojarzy się z "małym kapralem". W drodze do Stains autobus staje,
        postój przedłuża się, okazuje się, że to jakaś obława, policjant mundurowy
        zapisuje numery autobusów, dwóch cywilów wsiada, pokazuję im bilety, ale im
        to nie wystarcza, o coś pytają, chcę pokazać paszporty, żywo zaprzeczają i
        odchodzą (pewnie polują na śniadych, jak Ogrodach). Obiad w pokoju, tym
        razem za 26,85: sałatki, zupa, parówki, bagietka. Zamawiamy rezerwacje F1 w
        Orleanie i Chattelrault (bo mówią nam, że w Poitiers nie warto nawet próbować)."

        Wyspa św.Ludwika - malutka i rzeczywiście urocza, pełna
        sklepów jubilerskich i restauracji, jednolita w stylu (wiek
        XVII), kościół św. Ludwika-na-Wyspie z zewnątrz dość
        nieefektowny, choć z oryginalną wieżą, bogaty wystrój wewnątrz.
        I dzielnica Marais w tym plac Bastylii; mamy trudności z
        ustaleniem, gdzie właściwie ta Bastylia stała - na placu czy nad
        rzeką, bo i tu i tu są ślady - może była taka duża. Gmach Opera
        Bastille: szkło i baniaste kształty. Kawa w kawiarni o rewolucyjnej
        nazwie "Ca ira", gdzie nawet toalety oznaczone są "cittoyennes"
        i "cittoyens", przy tym kawa bardzo tania - café créme po 7 FrF.
        Dworzec Montparnasse - na peronach pociągi TGV, mierzę krokami
        jeden pociąg - dwie lokomotywy i 9 wagonów - 850! Dworzec
        ogromny, wielokondygnacyjny, z parkingami, warsztatami samochodowymi,
        sklepami, ogrodami (na dachu), windami z ulicy do tych ogrodów itd. Siadamy w
        cieniu obok fontanny w formie ściany wodnej, bo upał, chociaż w nocy lało, a
        rano było mokro, wietrznie i zimno, zjadamy nasze kanapki. Trawniki typu
        angielskiego tj. do chodzenia i siadania, wiele osób to robi, całe
        pikniki. Na środku trawnika dziwna konstrukcja dużego lustra wklęsłego z
        jakimiś mechanizmami. Automatyczna poczta w Tour Montparnasse czyli olbrzymim
        biurowcu zapaskudzającym widok tej dzielnicy sprzedaje nam znaczek na
        pocztówkę. Dalszy spacer przez McD (sprite, coca-cola i piwo )i rue de
        Rennes (bogate, piękne sklepy i itd.), znów do kościoła St. Germain-des-
        Prés, dziś bez filmowców, więc można go dobrze obejrzeć, rzeczywiście
        bardzo stary, a na dodatek jest w nim grób króla Jana Kazimierza. Metrem i
        autobusem do ED'a (właściwie ED'u, bo
        to skrót od Eurodiscount), gdzie robimy zakupy (piwo 2,05, Pepsi 1,95, 7up
        2,05, wino od 4,85!). Diner w pokoju, dziś na zimno, ale z winem.
      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:34
        foolproof 08.07.2004 10:36 + odpowiedz



        Avec plaisir:
        "06.06
        Peré-Lachaise okazuje się zlokalizowany w samym środku dzielnicy
        mieszkaniowej, gęsto zapełniony grobowcami, wytworne kapliczki, przeważnie
        rodzinne (np."Famille Rosignol"), z których wiele nie ma drzwi lub drzwi
        wyrwane z zawiasów albo otwarte, czasem oderwana i podważona pokrywa krypty.
        Monumentalna kaplica-rzeźba Śmierci, grób Chopina malutki, skromny, podobnie
        Balzaca, innych nie szukaliśmy, chociaż przy wejściu dostaliśmy dokładny
        plan. Wszystko udekorowane zielenią, stare drzewa. W sumie jestem tym
        cmentarzem mile zaskoczony (ale czy może być jakiś ładniejszy niż
        Łyczakowski?! - okazuje się, że ten jest porównywalny).
        St.Denis- Zwiedzamy tym razem całą bazylikę, możemy ją więc ocenić.
        Wspaniała konstrukcja gotycka, górna część po prostu nie ma ścian, tylko okna z
        olśniewającymi witrażami, a sklepienie utrzymują krzyżowe łuki, wsparte na
        wątłych, smukłych kolumienkach lub maswerkach witraży. Góra transeptu to
        gigantyczne rozety, oprawione dodatkowo w ażurowe obramowania. Dziesiątki
        królewskich grobów od najdawniejszych (Chlodwik, Karol Młot) do Ludwika
        XVIII). Nagrobki wszystkie podobne, większe i mniejsze leżące postacie,
        czasem nagie, pewnie dla podkreślenia bezwartościowości ziemskich dóbr wobec
        potęgi śmierci, w nogach często mają jakieś zwierzęta, na ogół lwy (?). Pod
        katedrą romańska krypta z przedromańskimi fragmentami murów (V wiek?).
        Lunch na ławeczce na skwerze przed bazyliką, tam gdzie jedliśmy
        przy poprzednim pobycie, potem kawa w bistrocie, spacer po
        mieście.
        Poszukiwanie paryskiego meczetu trochę trwało, ale znaleźliśmy,
        skomplikowany ciąg podwórców, ogrodów, schodków, sal, wszystko w mozaikach
        lub kamiennych arabeskach. Stamtąd już do hotelu. Oczywiście wszystko metrem."
        Fredzio
      • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:34
        francja4 08.07.2004 12:31 + odpowiedz

        Stwierdziłem, że z tego tematu zostało kilka linijek, a więc dodaję:

        „07.06
        Postanowiliśmy nie dopytywać się, czy mamy dopłacić coś za pięciodniowy
        postój samochodu na zamkniętym (w nocy) parkingu wspólnym dla F1 i Etap (przy
        wjeździe zapłaciliśmy 10 F), rano wyprowadzam samochód, pakujemy się i żegnamy
        Stains.
        Po drodze w stronę Loary - Fontainebleau - zamek w środku miasteczka,
        niedziela, więc parking bezpłatny, a wstęp do zamku ze zniżką po 27 FrF.
        Pałac wspaniały, doskonale odnowiony i zakonserwowany, przy tym
        ogromny, wewnątrz tapiserie, boazerie, sufity kasetonowe i belkowane,
        złocenia, kominki jako jedyne(?) ogrzewanie. W apartamentach Napoleona I
        zwraca uwagę grubość materaca na łożu i ozdobne duże taborety dla gości,
        zamiast krzeseł (żeby za długo nie siedzieli?). Dużo wycieczek, w tym
        zdumiewająco po europejsku wyglądająca grupa Rosjan. Dalsza jazda …(ale to już
        inna bajka..) "

        • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:34
          aseretka 08.07.2004 19:26 + odpowiedz


          Z popielnika na Fredziusia iskiereczka mruga ;)
          ciągnij dalej tę bajeczkę... niechaj bedzie długa. :)))
          • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:35
            foolproof 09.07.2004 11:37 + odpowiedz


            Za tak śliczny wierszyk zacznę opis podróży 1998 do początku:
            Cofamy czas...
            Mam zwyczaj nadawać podróżom kryptonimy, tak więc w 1998 było to „Na koniec
            świata", bo w planie, znalazło się m.in. odwiedzenie półwyspu Finisterre.
            Pozostałe hasła tego roku to "Białe skały Albionu", „Dokończenie
            Loary", "Paryż", ale przede wszystkim "Megality" i "Bene" (czyli Benelux bez
            Luxemburga), a ujmując rzecz konkretnie to trasa przez Holandię i Belgię do
            Paryża, potem nad Loarę, wzgl. jej dopływy, dla odwiedzenia pobocznych
            zamków, Orlean, Poitiers (tym razem tylko dla Futuroskopu, co sobie
            obiecaliśmy poprzednio), a wreszcie Bretania, Normandia i do domu. Ale
            nagle zorientowaliśmy się, że we Francji wpadniemy akurat w szaleństwo
            piłkarskich mistrzostw, więc trasę odwróciliśmy: najpierw Strasbourg, potem
            Paryż itd.
            Zarezerwowaliśmy F1 w St.Dié, bo w Strasbourgu w trzech hotelach był (na dwa
            tygodnie przed wyjazdem!) komplet, ale znany nam podparyski F 1 w Stains bez
            problemów. Kupiłem walutę : 4000 FrF, 200 DEM (55 mieliśmy z zeszłego roku w
            bilonie), 5000 BEF, 600 NF, pare awaryjnych konserw, skrzynka półlitrowych
            kartonów mleka UHT, sucharki itd. - pakujemy się. Samochód (Fiat Tipo 1,4)
            po przeglądzie, na liczniku 40370 km, wyjeżdżamy 29.maja czyli w piątek po
            południu do Zgorzelca; zarezerwowałem pokój "Pod Orłem", gdzie nocowaliśmy
            przed prawie trzydziestu laty w czasie wycieczki do Drezna. Jazda bez
            problemów, chociaż upał 27°, temperatura jezdni 48-55° (tak przynajmniej
            podawały wyświetlacze przydrożnych termometrów), tylko od Wrocławia ta
            cholerna „autostrada”, którą ktoś słusznie ochrzcił najdłuższą drabiną świata*.
            Hotel odmłodzony, marmury itp., obok parking strzeżony, wszystkie ulice
            w Zgorzelcu jednokierunkowe, trzeba uważać, zapamiętuję więc, że z hotelu do
            ulicznego przejścia granicznego trzeba jechać 3x w lewo, w prawo, w lewo, w
            prawo, co nazajutrz zdaje egzamin.
            30.maja
            Wstajemy wcześnie, o 7.00 jesteśmy w restauracji i z uznaniem odkrywamy
            osiem zestawów śniadaniowych, wybieramy kiełbasę na gorąco, z myślą, że z
            gorącymi potrawami przez najbliższe cztery tygodnie będzie gorzej. Do
            kiełbasy jest jeszcze ser, trzy rodzaje pieczywa itp., wyjeżdżamy o 8.00, na
            granicy pusto, przejeżdżamy bez czekania, ale… okazało się, że Fredzio**,
            pewnie z obawy, że go zatrzymają za brak paszportu, schował się pod kurtki.
            Jedziemy bez zatrzymywania, jak zwykle ok. 120/godz., ok.11.00 chmurzy się,
            potem mży, wreszcie taka ulewa, że trzeba zwolnić, za Norymbergą słońce na
            przemian z pompą, czasem kilkusekundowe oberwania chmury. Dopiero gdzieś tutaj
            tankujemy, zjadamy kanapki z kotletami i wypijamy kawę. Ze smutkiem
            stwierdzam, że na przedniej atrapie samochodu wisi zabity żółtoskrzydły
            ptaszek, musimy podnieść maskę, aby go zdjąć. Kilkakrotnie nad drogą
            krążą jakieś drapieżne ptaki, jeden nagle spada na coś na poboczu i to coś
            tarmosi. Granica francuska zaznaczona tylko tablicą, żadnego śladu po
            urządzeniach granicznych, wjeżdżamy w Wogezy. Wynika z tego, że Niemcy znowu
            potraktowaliśmy jako kraj tranzytowy. Krajobraz łagodnych, malowniczych gór,
            droga biegnie dolinami. Ukazuje się drogowskaz dający do wyboru drogę przez
            tunel (płatny) lub przełęcz, wybieramy tą drugą nie tyle ze skąpstwa, ale ze
            względów widokowych, rzeczywiście klasyczna serpentyna z agrafkami, stromo,
            ale w sumie to zaledwie jakieś 700 m npm. Przełęcz St.Marie-des-Mines i
            miejscowość o tej samej nazwie na szczycie, zjazd do St.Dié-des-Vosges, hotel
            znajdujemy łatwo, zrobiliśmy 853,4 km, trochę jesteśmy oszołomieni: śniadanie
            w Zgorzelcu, a o 17.00 jesteśmy dobry kawałek w głębi Francji, idziemy więc
            na spacer, miła miejscowość, śpiewają słowiki, hałasują świerszcze, oglądamy
            menu na restauracji: najtańszy zestaw obiadowy za 75 franków, wstępujemy więc
            tylko do Bar-Tabac na piwo, po 10 FrF."
            ------------------------------------
            * I tak jest do dziś
            ** Oczywiście nie mogę publicznie zdradzić tożsamości Fredzia, dość, że
            zawłaszczyłem sobie jego imię.



          • aseretka Re: Fredzio po raz pierwszy we Francji 28.07.05, 12:37
            foolproof 11.07.2004 11:27 + odpowiedz

            31.05.1998 niedziela
            W nocy leje, rano pogodnie. O 9.00 wyjazd do Strasbourga. Całe miasto
            zatkane parkującymi samochodami, głównie niemieckimi, zresztą wszędzie
            można płacić markami, można by spekulować czy nie opłaca się to bardziej niż
            frankami.
            Wreszcie znajdujemy parking podziemny, a więc płatny (w niedzielę!), też
            zapchany, znajdujemy pojedyncze wolne miejsca dopiero na trzecim
            poziomie. Parking pod placem Gutenberga, tuż obok katedry, która
            jest ogromna, bogato zdobiona, szczególnie wieża. Dwa razy wycofujemy się z
            wnętrza, bo trwa nabożeństwo, za 20 FrF od głowy idziemy krętymi schodami
            (350) na taras, po schodach w tłumie, wpuszczanym wahadłowo
            grupami, wspinają się lub są niesione także psy. Przy wyjściu
            spory pokój zajmuje mechanizm zegara. Widok z tarasu na cały
            Strasbourg, ale nie porywający, tym bardziej, że nie można podejść do
            skraju Tarsu, bo ogrodzony siatką.
            Wreszcie dostajemy się do katedry- wnętrze ogromne, z płytkimi
            transeptami, wspaniałe witraże (w apsydzie współczesny), apsyda okresowo
            oświetlona ( po wrzuceniu monety?) nasuwa skojarzenia bizantyjskie: złoto,
            freski. Koronkowa, kamienna, niesłychanie misterna kazalnica. po
            prostu przestrzenna dłubanina, przypominająca chińskie kule rzeźbione z kości
            słoniowej (ale tu jest duża i z kamienia)!, wspaniałe, wiszące nad nawą
            organy. W bocznej nawie kolumna z XII w., ozdobiona rzeźbami aniołów i
            bardzo rozbudowany, na całą ścianę, wielotarczowy zegar astrologiczny z
            ruchomymi figurkami.
            Chodzimy potem po mieście (jak zwykle bardzo bogate, piękne wystawy-szkło,
            wyroby jubilerskie, ludowe itp.). Kawę (au lait ) pijemy w ulicznym ogródku,
            obsługująca nas panienka uporczywie mówi po niemiecku, nic dziwnego, odnosimy
            wrażenie, że wszyscy inni goście to Niemcy. Potem jeszcze spacer
            brzegami Ill, oglądamy liczne, wypełnione do ostatniego miejsca statki
            spacerowe. W jednej z wąskich bocznych uliczek spotykamy klasycznego
            kloszarda, otoczonego ruchomościami, zgromadzonymi w plastykowych torbach,
            wygodnie rozsiadłego w postrzępionym fotelu. W drodze do zamku Haut-
            Koenigsbourg zjadamy lunch w airé-de-repas, potem mamy kłopot ze
            znalezieniem drogi, potem miejsca do parkowania, na poboczach drogi
            stoją tysiące samochodów, w stronę zamku ciągną tłumy turystów, ogromne
            kolejki do trzech kas. Okazuje się, że można płacić Visą. Zamek,
            zrekonstruowany przez Niemców w darze dla Kaisera w 1900 r., wygląda na
            autentycznie średniowieczny, nawet wykuto cechowe znaki rzemieślników na
            kamieniach, a może to zresztą oryginalne kamienie. Wewnątrz zamku też
            tłumy nieprawdopodobne. Wnętrze starannie utrzymane, wyposażenie skromne,
            ale chyba oryginalne średniowieczne, szczególnie piękne ażurowe piece. W
            zamku kręcono "Towarzyszy broni", odpowiednie napisy i zdjęcia pokazują
            gdzie. Gdy wychodzimy po 17.00, chmurzy się gwałtownie, błyska i po chwili
            zaczyna lać, jedziemy znów przez znaną już przełęcz, W oba spędzone tu
            wieczory hotel complet, parking pełny do ostatniego miejsca. 425 km
            01.06 poniedziałek.
            O 9.00 wyjazd do Nancy, droga typu autostradowego, więc szybka i
            nudna, chociaż falista, czasem znaczne wzniesienia. W Nancy znajdujemy
            bezpłatny parking zupełnie nie daleko od centrum. Place Stanislas
            bogaty i nieco za pompatyczny, złote bramy i ornamenty, fontanny, na środku
            pomnik króla Stanisława Leszczyńskiego. Kościół obok piękny, ale zamknięty.
            Spacerujemy po mieście, oglądamy z zewnątrz piękny gotycki kościół św. Epvr‚
            (wewnątrz nabożeństwo). Dalej, drogą jw., do Toul ; miasto jak inne (czyli
            milusie), przedziwny gotycki kościół (zamknięty), obudowany szczelnie domami i
            sklepami, które co najmniej w 1/3 go zasłaniają, wokół domy typu
            średniowiecznego, czyli wąziutkie na 1-2 okna, ale chyba nowe lub
            unowocześnione. Wspaniale strzelista katedra, zamknięta z powodu remontu."
            Potem był opisany juz poprzednio Paryż, po nim...
    • petromin Re: Francja w opisach z podróży Fredzia 26.07.06, 09:35
      Wątki po roku automatycznie (bez możliwości ich potem ożywienia) są
      archiwizowane by temu przeciwdziałać kilka podnoszę.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka