Dodaj do ulubionych

Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Korsyce

    • monw Wtorek, 8 VIII 2006 04.12.06, 14:01
      Po śniadaniu idziemy na plażę, która jest szeroka i piaszczysta, kolor piasku
      nie zachwyca, ale przy najmniej jest prawdziwy, plaża jest prawie pusta, a
      leżąc można podziwiać szczyty wysokich gór w oddali. Monikę w morzu „atakują”
      dzikie ryby, nie są przesadnie duże, mają tak ze 2-3 cm i tylko delikatnie
      skubią jej nogi. Obserwujemy jak do morza wchodzi facet w stroju nurka z kuszą
      i pomarańczowym pływakiem wleczonym na długiej lince. – zakłada płetwy i szybko
      odpływa od brzegu. Po 40 minutach wraca – cóż połów nie jest imponujący : jedna
      25 cm rybka, a spodziewaliśmy się „taaakiej ryby”, czegoś przy czym będzie
      można rozłożyć szerzej ręce.
      Po 13-stej schodzimy z plaży na obiad (własnego autorstwa), a po nim jedziemy
      zobaczyć sąsiednie miasteczko Solenzara. Kiedy przejeżdżaliśmy przez nie, z
      okien samochodu prezentowało się bardzo sympatycznie, gdy oglądamy je z
      perspektywy „turysty pieszego” – czar pryska – to właściwie jedna główna ulica,
      trochę sklepów, 2 restauracje, jakiś hotel-dom wczasowy – zero tradycji, zero
      atmosfery. Oglądamy pocztówki i robimy małe zakupy. Pogoda, znów zrobiła się
      mało plażowa – coraz więcej chmur – idealna czas żeby coś zwiedzić – po drodze
      widzieliśmy drogowskaz na Zonza. Na mapie droga jest zaznaczona jako widokowa,
      to jakieś 40 km, w sam raz na małą popołudniową wycieczkę.
      Jedziemy drogą nr D268 biegnącą wąwozem rzeki Solenzara – początkowo jest
      szeroka i ma łagodne zakręty, mijamy zaparkowane wzdłuż drogi samochody
      turystów – niektórzy piknikują na dole wąwozu, innych można dostrzec
      wspinających się po skałkach po drugiej stronie rzeki. Droga robi się coraz
      węższa, coraz bardziej kręta. Do przełęczy Bavella (1218 m n.p.m.)dojeżdżamy
      często korzystając z pierwszego biegu, bo nawroty są wąskie, prawie pod kątem
      180 i stromo pod górę.
      Na przełęczy stoi białą figurka matki boskiej z kwiatami i zniczami – jest
      identyczna jak figura z okolic Evisy - ani jedna ani druga nie wyglądają na
      dzieło artysty, a raczej na odpustową tandetę robioną taśmową. Wolałbym
      zobaczyć coś oryginalnego wyrzeźbionego ręką człowieka., ale miejscowi górale
      najwyraźniej mają ciekawsze zajęcia niż rzeźbienie czegoś drewnie lub kamieniu.
      Podziwiamy pobliskie ostre i poszarpane szczyty pobliskich gór opływane przez
      chmury, wdychamy górskie powietrze, zapach lasu jest niesamowity. Na przełęczy
      dyżuruje straż górska w swoich żółtych samochodach – pierwszy raz ją spotykamy.
      częściej można natknąć się w górach na stojące gdzieś na wysokościach wozy
      straży pożarnej – tak samo jest w Grecji lub w Chorwacji – czuwają i obserwują
      całą okolicę z góry .
      Nasyceni już górskim klimatem zjeżdżamy do Zonzy, która okazuje się niewielkim,
      uroczym miasteczkiem. Spacerujemy, oglądamy jak starsi mieszkańcy grają w Bule,
      czyli po naszemu „w kulki”, a młodsi kopią piłkę. Przy kościele mały następca
      Zidana, ćwiczy strzały waląc piłką o ścianę kościoła – trudno sobie wyobrazić
      taki „obrazek” w Polsce.
      W mijanej knajpce mają pizze „na ogniu z drzewa” – tym razem nie darujemy, ale
      znów musimy poczekać do 19-stej .Robimy małą rundkę do pomnika mieszkańców
      Zonzy poległych w wojnach światowych, a w pobliskim sklepiku wybieramy kartki
      pocztowe – najwyższy czas, żeby wysłać coś do Polski.
      Pizza smakuje wszystkim, a większość jest zachwycona, natomiast Tomasz zachwyca
      się kotletem jagnięcym (Cot’e d’agneau) ogryzając kostki do końca. Monika i
      Tomek zamawiają deskę serów - okazało się, że za tą obiecującą nazwą kryją się
      dwa niepozorne kawałki sera (jeden pleśniowy, drugi twardy z fajną orzechową
      skórką) okraszone mikroskopijną kupką dżemu. Trochę mało, jak na przystawkę za
      6 euro. Po udanym posiłku wracamy – droga prawie zupełnie opustoszała, mijamy
      ledwie 4 samochody jadące do Zonzy i przed zmrokiem udaje nam się dotrzeć do
      Solenzary. Wieczór wieńczy butelka wina wypita na plaży – wracamy szybko, bo
      wzmaga się wiatr a w oddali nad morzem zaczyna błyskać się w chmurach. Przed
      snem ściągamy z linek ręczniki i suszące się pranie.
    • monw Środa, 8 VIII 2006 06.12.06, 14:06
      W nocy nad nami rozszalała się burza z piorunami, śpimy tylko pod tropikiem -
      Tomaszowi woda kapie na głowę przez zapomniane, otwarte okienko wentylacyjne,
      po ziemi pod namiotem spływają strumyki wody – w Polsce zdarzało się okopywać
      namiot dookoła żeby temu zapobiec, ale tu w ciepłym śródziemnomorskim kraju, w
      sierpniu ? Zresztą i tak nie mamy saperki. Rano maty i rzeczy które leżały na
      ziemi są mokre. Niezrażeni Tomek z Moniką udają się o 6:00 na wschód słońca,
      które po pewnym ociąganiu się wreszcie się ukazuje. Tomek „na dzień dobry”
      wskakuje do morza i z zaskoczeniem stwierdza, że woda jest dużo cieplejsze niż
      powietrze.
      Podczas pakowania dosuszamy co się da i po 11-stej wyruszamy do Corte, które
      było stolicą Korsyki podczas krótkiego okresu niepodległości w połowie XVIII
      wieku. Początkowo jedziemy wzdłuż morza – droga równa, szeroka i prosta,
      krajobrazy mało ciekawe – zaczynamy tęsknić za serpentynami i górami. W
      Ghisonaccia skręcamy żeby zobaczyć miejscową plażę – jest podobna do tej, którą
      właśnie opuściliśmy. Znów zaczyna kropić. W Alerii mamy skręcić na drogę nr
      N200 prowadzącą do Corte, przedtem jedziemy za drogowskazem „Vin de coś tam” z
      nadzieją, że zobaczymy winnicę – niestety strzałki zaprowadziły nas do jakiegoś
      smętnego magazynu-hurtowni – szybko zawracamy.

      Droga z Alerii do Corte ma raczej nizinny charakter, a jedynymi atrakcjami na
      niej są zabytkowe kamienne mosty, wąskie na szerokość jednego samochodu.
      Corte widziane z daleka nie wzbudziło naszego zachwytu, jakieś bloki, podrapane
      budynki, rozkopane place. Rozczarowanie zniknęło gdy naszym oczom ukazała się
      charakterystyczna piramidka domów starego Corte, zwieńczona na szczycie
      Cytadelą. Parkujemy na bezpłatnym parkingu pod Cytadelą i wyruszamy na
      zwiedzanie. W Cytadeli urządzono muzeum, wstęp xx Euro sprawia, że zostawiamy
      je na później. Z bliska stare Corte jest urocze – uliczki, sklepiki, kafejki,
      po prostu CUD. Ze szczytu bastionu podziwiamy panoramę okolicy – wysokie góry i
      doliny. Mijamy dom, w którym urodził się starszy brat Napoleona Józef
      Bonaparte, późniejszy król Hiszpanii. Potem oglądamy kościół, którego patronem
      jest żyjący w XVIII wieku w Corte franciszkanin Święty Tymoteusz. Po chwili
      oddechu przy kawie mrożonej (cafe glace) i piwie jedziemy na poszukiwanie
      campingu – w samym Corte jest ich kilka, ale albo są bardzo ciasne, albo cena
      trochę za wysoka, albo nie ma miejsc – wracamy więc do pierwszego napotkanego –
      campingu Santa Barbara (około 5 km przed Corte jadąc od strony Alerii). Jest
      przestronny i ma basen, do którego wskakujemy zaraz po rozbiciu i rozpakowaniu.
      Na basenie jesteśmy sami, a po pewnym czasie dołączają do nas Węgrzy z grupy,
      która już po nas przyjechała autokarem – tutaj nasunęła się refleksja, że na
      Korsyce autokar to bardzo rzadki widok – na tej wyspie autobus po prostu się
      nie sprawdza, bo zbyt mało jest tu dróg, które może przejechać – można je
      wymienić na palcach jednej ręki (starego wiarusa) : z Bastii do Bonifacio i z
      Bastii przez Corte do Ajaccio i to chyba wszystko. Na pozostałe drogi autobusy
      są za długie i za szerokie – zaklinowały by się gdzieś na zakręcie.
      Wieczorem wracamy do Corte – zaczynamy od kolacji w knajpce przy fontannie i
      schodach.
      Jedzenie dobre, ale nie bardzo dobre – z wyjątkiem Tomka zamówiliśmy pstrągi,
      które okazały się raczej niewyrośnięte – mniej więc 2/3 pstrąga polskiego.
      Potem spacer uliczkami w stronę Cytadeli, idziemy w kierunku, skąd wabią nas
      dźwięki muzyki – dochodzimy do miejsca, gdzie ulicę zagradza stolik a przy niej
      Pani z kartką „5 Euro”, próbujemy z drugiej strony – to samo, ale jest murek,
      na którym możemy przysiąść i się wsłuchać – niemłody już bard śpiewa z
      akompaniamentem gitarzysty, gestykuluje i przeżywa – bardziej chodzi tu o tekst
      niż muzykę. Piosenka literacka, kabaretowa, aktorska – takie skojarzenia
      przychodzą do głowy. Nasz kiepski francuski nie pozwala by to docenić i idziemy
      dalej. Po chwili znów dźwięki – na placu, przy kościele, gdzie po południu
      piliśmy cafe glace, gra i śpiewa dwóch gitarzystów – trochę po korsykańsku,
      trochę światowych ever-greenów. Przysiadamy i słuchamy przez kilkanaście minut,
      potem idziemy sprawdzić czy coś dzieje się w amfiteatrze pod murami cytadeli,
      gdzie po południu instalowano jakiś sprzęt. Rzeczywiście już z dala dobiega
      muzyka jazz-rockowa, w przejściu znów stolik z kartką „5 Euro” i afiszem „Jazz
      Painting”.
      Z boku obserwujemy jak malarze (jest ich trzech) chodzą przy płótnie-planszy o
      rozmiarach 5m na 2,5 metra i dodają coś to tu, to tam, a to pędzlem, a to
      szpachelką. Zespół w składzie : piano fendera, saksofon, gitara, bas i bębny
      akompaniuje – nie są to gwiazdy francuskiego a tym bardziej światowego jazzu,
      tylko jazzowa III liga – to trochę krzywdzące dla pianisty, którego gra była
      najjaśniejszym punktem występu, ale dla bębniarza „III liga” to niezasłużony
      komplement.
      Wracamy do gitarzystów przy kościele – po kwadransie Tomki zaczynają
      marudzić, „że to ogniskowe rzępolenie”, że występ odbywa się pod hasłem „gram
      już pół roku”, że „gra i śpiewa dwóch ale słychać tylko jednego”, itp. Jednym
      słowem chcą wracać, ale dziewczynom się podoba -muzyka, a może gitarzyści, któż
      odgadnie?
      Rozdzielamy się – chłopcy jadą na camping, dziewczyny zostają w mieście i mają
      w perspektywie spacer nocny do odległego o 6 km kempingu.Dadzą radę :-)

      • monw Re: Środa, 8 VIII 2006-pomyłka zaszła 07.12.06, 16:42
        Środa to data 9 VIII 2006
    • monw Czwartek 10 VIII 2006 07.12.06, 16:41
      Noc była chłodna - to w końcu prawdziwe góry – pomimo zapiętego śpiwora trzeba
      było dodatkowo coś założyć na siebie. Około 10:40 wyjeżdżamy na wycieczkę do
      wąwozu Restonica - według przewodnika większość drogi jest zamknięta dla
      samochodów o masie większej od 3,5 tony, a na dalszy odcinek również samochody
      osobowe nie mogą wjechać i dalej chętnych zabiera busik. Droga bardzo wąska,
      jeżeli nie najwęższa jak dotąd – lusterko boczne kierowcy zostaje złożone już
      na wstępie, bo tu na pewno się nie przyda. Mijamy wielu pieszych turystów z
      plecakami. Za punktem Informacji Turystycznej droga robi się bardzo kręta, nie
      ma żadnych murków i barierek, a z boku urwisko z rzeką na dole – lekką grozę
      łagodzą tylko przeboje Marka Grechuty przezornie załadowane do zmieniarki CD.
      Przed jednym z zakrętów słyszymy trąbienie – pewnie jedzie coś większego –
      Tomasz staje i lekko wycofuje się na pobocze – zza zakrętu wyjeżdża ciężarówka
      cysterna – z pomocą Tomka cofamy się jeszcze głębiej, prawie dotykamy skały po
      prawej. Ciężarówka mija nas o centymetry, jej prawe koła prawie wiszą nad
      przepaścią - udany manewr obwieszcza trąbieniem. Później jeszcze raz wymijamy
      ciężarówkę – chyba się dziś zmówiły. Wjeżdżamy na świeżo wyasfaltowany i
      odmalowany odcinek – nie jest ani trochę szerszy, za to z boku ma wysokie
      krawężniki i od czasu do czasu małe zatoczki na wymijanie. Wreszcie najdłuższe
      14 km w naszym życiu kończy się i dojeżdżamy do parkingu, gdzie pan z obsługi
      inkasuje od nas 5 euro. Zakładamy górskie buty (Tomek i Monika) lub adidasy
      (Tomasz i Basia) i ruszamy. Przez 2 km idziemy pod górę asfaltową drogą –
      opisany w przewodniku busik mija nas bez zatrzymywania. Najwyraźniej nie
      zabiera turystów z tego parkingu, tylko spod punktu Informacji 8 km wcześniej,
      bo tam widzieliśmy jak zawracał busik, który przyjechał z góry
      Dochodzimy do baru w górskiej chacie, obok tablica z dużą mapą okolicznych gór,
      z zaznaczonymi szlakami – pójdziemy żółtym szlakiem do dwóch górskich jezior :
      Lac di Melu (1711 m.n.p.m, 15 metrów głębokości) i Lac di Capitellu (1930 m
      n.p.m., 42 metry głębokości) - do pierwszego jeziora mamy godzinę marszu a
      potem 45 min. do następnego. Początkowo szlak wiedzie wzdłuż strumienia
      wypływającego z pierwszego jeziora, nie jest trudny, ale dość nierówny (adidasy
      to absolutne minimum). Dopiero przed samym jeziorem robi się bardzo stromy, w
      wejściu pomocne okazują się zainstalowane łańcuchy, a końcówka to ściana 3
      metrowej po której trzeba się wspiąć z użyciem rąk. Przy jeziorze mały postój,
      zrobiło się chłodno i trzeba jeszcze założyć coś na siebie – słońce tylko na
      chwilę wygląda zza gromadzących się chmur. Monice i Tomkowi nasuwają się
      skojarzenia z Morskim Okiem i Czarnym Stawem w Tatrach – wielkość i wzajemne
      położenie jezior jest niemal identyczne, ale te tutaj są chyba ładniejsze niż
      polskie.
      Ruszamy dalej, na tym odcinku szlak jest bardziej stromy, a w kilku miejscach
      przecinają go małe strumyczki, a adidasy zaczynają się ślizgać. Końcówkę
      wieńczy znów ściana, na którą trzeba się wspiąć.
      Drugie jezioro jest mniejsze od poprzedniego i jest dookoła otoczone przez
      wysokie skały, z wyjątkiem miejsca z którego wypływa strumyk. Właśnie tam kąpie
      się kilku chłopców z grupy nastolatków prowadzonej przez 3 zakonników, po
      chwili grupa schodzi w dół, a my zostajemy sam na sam z jeziorem. Jest pięknie
      i cicho, szczyt nad jeziorem muskają chmury – po przeciwnej stronie na brzegu
      jest biało-szara plama – spieramy się czy to może być śnieg – w sierpniu ? na
      Korsyce ? ale z drugiej strony to 1930 m.n.pm, a w tym miejscu jest wieczny
      cień. Nie jesteśmy w stanie zbadać tego bliżej (po powrocie reportaż z Korsyki
      obejrzany na Travel Channel przekonuje, że to jednak był śnieg)
      Wracamy, bo na niebie przybyło ciemnych deszczowych chmur, a jak zacznie padać,
      to schodzenie po mokrych i śliskich skałach może się źle skończyć (a na Korsyce
      ewakuacja rannego helikopterem to wydatek ponad 2000 euro). Na szczęście
      schodzimy bez deszczu i poślizgów. Przy asfaltowej drodze zaglądamy do chatki z
      tablicą „Fromage” – w środku kupujemy kawałek sera i obserwujemy „produkcję” –
      to zresztą za duże słowo – to pełne „rękodzieło” - kilka baniek z mlekiem, parę
      misek, termometr. Nasz Sanepid zamknąłby ten biznes w ciągu 5 minut, nie
      wspominając o kontrolerach z UE, na szczęście nie zaglądają tu ani jedni ani
      drudzy. Wracamy na prawie opustoszały parking, drogą przejeżdżają 2 quady – ich
      szerokość idealnie pasuje do szerokości pasa ruchu wyznaczonego przez środkową
      linię. Tutaj tylko one, motocykle i rowery, wymijają się bezstresowo.
      Na campingu okazuje się, że deszcz jednak padał – świadczy o tym wilgotny
      śpiwór Moniki, pozostawiony na dachu namiotu. Jest już prawie 18:00 a słońca
      nadal nie ma, więc nadchodząca noc będzie dla Moniki chłodna, cała nadzieja w
      Tomku.
      Po przygotowanej obiado-kolacji jedziemy do Corte – dzisiaj rozpoczyna się tam
      festiwal, jako pierwszy wystąpi balet artystów opery paryskiej – Monika jest
      tym zainteresowana, reszta różnie. Na miejscu okazuje się, że przy cytadeli
      gdzie miał się odbyć występ, panuje głucha cisza - może wcześniejszy deszcz, a
      może choroba aktora spowodowały odwołanie spektaklu – nie wiadomo, żadnej
      kartki, żadnej informacji, nic.
      Schodzimy do miasteczka pocieszyć się jakim napojem lub deserem. Znów ta sama
      para gitarzystów, dzisiaj grają w kawiarni przy głównym placu w mieście. My
      zajmujemy miejsce w knajpce, gdzie podają piwo w normalnych 0,5 l szklankach –
      tym razem to Amstel. Z wyjątkiem Moniki, która wybiera likier Cap Corse,
      wszyscy zamawiają po szklance Amstela. Dodatkowo Monika zamawia naleśnika (o
      nazwie długiej na szerokość strony) nadziewanego serem brocciu i miodem z
      makii. Tomasz zamawia jeszcze kawę mrożoną, nie ma jej w karcie, więc robi to
      po angielsku „ice coffee” - kelnerka wykazuje się powierzchowną znajomością
      języka i/lub złośliwym poczuciem humoru, bo przynosi zwykłą kawę expresową z
      wrzuconą kostką lodu. – wprawia nas to w dobry humor. Za to naleśnik Moniki
      jest rewelacyjny, szkoda, że zapominamy spisać jego nazwę.

    • monw Piątek, 11 VIII 2006 08.12.06, 17:58
      Corte bardzo się nam wszystkim podoba, więc zostajemy jeszcze jeden dzień.
      Zaczynamy leniwie – basen, lektura, dziewczyny zamawiają esspresso z
      croissantem.Postanawiamy, że pojedziemy do Niolo, który przewodnik zachwala
      jako region najmniej dotknięty turystyką. Po drodze w Corte odkrywamy duży
      supermarket Geant’a. Monika buszuje w perfumerii, a Tomasz po raz kolejny
      korzysta z dobrodziejstw supermarketowej garmażerii – to dobry sposób, by za
      parę euro spróbować różnych specjałów miejscowej kuchni - tym razem wybór pada
      na bakłażany faszerowane brocciu i rybę po katalońsku. W większych
      supermarketach (Geant, SuperU, Carrefour) jest stoisko garmażeryjne, które
      m.in. oferuje różne gotowe potrawy, np. lassagne, paelle, ryby i kurczaki w
      sosie, faszerowane warzywa, smażone ziemniaki w ziołach,itp. Dania nie są
      ciepłe, ale w niczym nie umniejsza to ich smaku - poziom tej supermarketowej
      kuchni jest na Korsyce naprawdę przyzwoity i nie zdarzyło się nic niesmacznego,
      a w kilku przypadkach było wręcz znakomite !
      W tym markecie jest dobrze zaopatrzone stoisko rybne – postanawiamy, że
      wieczorem urządzimy sobie grilla, a ponieważ dziś piątek, to w roli głównej
      wystąpią ryby.
      Ryby kupimy w drodze powrotnej, a teraz kierujemy się na Callacucia, które jest
      centrum regionu Niolo – jedziemy wąwozem rzeki Golo przecinającym skaliste
      góry - krajobrazy jak w westernach, a droga korsykańska. Callacucia to małe
      senne miasteczko, niespecjalnie urodziwe, które mijamy bez zatrzymywania się.
      Chcemy zobaczyć jakąś atrakcję agroturystyczną – z prospektu z Informacji
      Turystycznej można wyczytać że winnic nie ma w pobliżu, są wytwórnie serów i
      jest przetwórnia kasztanów – to na nią pada nasz wybór. Wytwórnia jest w Lozzi –
      zawracamy do Callacucii i skręcamy lewo w boczną drogę wspinającą się aż do
      Lozzi – po dziesięciu minutach jesteśmy na miejscu – przetwórnia zamknięta, ale
      przy wejściu jest tablica z której wynika, od 14:00 do 16:00 trwa przerwa.
      Jest 15:30, więc zaglądamy do barku na sąsiednim campingu, żeby zaczekać na
      otwarcie – właściciel pokazuje nam najwyższy na Korsyce szczyt Monte Cinto
      2740 m n.p.m. – wydaje się, że jest na wyciągnięcie ręki, godzinka lub dwie i
      góra zdobyta. Ale to złudzenie, bo góra a właściwie cały masyw (Monte Cinto to
      najwyższy z kilku sąsiadujących szczytów) wyrasta prawie pionowo do góry i
      droga musi być mocno okrężna.
      Na campingu pustki – kilka namiotów, podobnie było na górskim campingu w
      pobliżu Evisy – większość turystów spędza czas nad morzem, mniejszość zagląda
      do wnętrza wyspy a już bardzo nieliczni zakładają tam „bazę” i zdobywają
      najwyższy szczyt Korsyki.
      Zrobiła się 16:00, „kasztany” dalej zamknięte, czekamy jeszcze kilkanaście
      minut, ale nikt się nie pojawia – może to weekend, może nie ten sezon, a może z
      przetwórni kasztanów została już tylko tablica. Robimy zdjęcia leżącej w dole
      zaporze na rzece Golo wraz ze sztucznym zalewem i zawracamy do Corte – gdybyśmy
      pojechali dalej, to za niecałą godzinkę bylibyśmy w Evisie, a za następną znów
      w Porto.
      Po kilku kilometrach musimy trochę zwolnić – przed nami jedzie mała
      ciężarówka - przez resztę drogi do Corte jedziemy za nią - wyprzedzanie jest
      na tej drodze zbyt ryzykowne – proste są nieliczne, a gdy już dają szansę na
      pomyślne zakończenie wyprzedzania to akurat coś jedzie z przeciwka.

      W Corte w markecie kupujemy filety z ryb o bliżej nieznanych nam nazwach –
      łosoś i pstrąg już zniknęły. Przy pomocy słownika wśród zakupionych ryb udaje
      nam się zidentyfikować tylko „czarnego mintaja” oraz „widłaszka” - dalej wiemy
      niewiele więcej. Menu uzupełniają świeże krewetki.
      Grill udaje się nadzwyczajnie, chociaż nie bardzo wiemy co jemy. Ryby są
      świetne, podobnie jak wino „Roi de Maquis”. Po grillu robimy naradę co dalej –
      zostały nam już tylko dwa dni – sobota i niedziela, bo w poniedziałek
      popłyniemy promem i właściwie ten dzień będzie „spisany na straty” – pakowanie,
      ostatnie zakupy, czekanie na prom i jazda do kraju. Niedzielę powinniśmy
      spędzić gdzieś niedaleko (góra godzinę jazdy) od Bastii, spokojnie wylegując
      się na plaży i odpoczywając przed jazdą. W dyskusji wyłaniają się dwie opcje –
      pierwsza pod hasłem „nie cofajmy się” - wschodnie wybrzeże na południe od
      Bastii (Tomek, Basia) i druga „przeżyjmy to raz jeszcze” - powrót na zachodnie
      wybrzeże w okolicach St Florent (Tomasz, Monika).
      • bah77 Re: Piątek, 11 VIII 2006... 10.12.06, 17:24
        > góra a właściwie cały masyw (Monte Cinto to najwyższy z kilku sąsiadujących
        > szczytów) wyrasta prawie pionowo do góry i droga musi być mocno okrężna...

        Najbliżej pod Monte Cinto {2.706 m} można podjechać z Ponte Leccia drogami 47 +
        147 wzdłuż wspaniałego, dziewiczego Wąwozu Asco i doliny rzeki Asco do stacji
        narciarskiej (raczej zdewastowanej) Haut Asco {1.450 m}, skąd rozciąga się
        piękna, bliska panorama:

        portf.free.fr/images/Corse/panoramas/pages/4%20Cinto%2C%20Haut-Asco.htm

        A kąpiel w ciepłej, czystej rzece Asco to osobna bajka:

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=184&w=2843088&a=6843266

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=184&w=3216570&a=5518463

        bah77
    • monw Sobota, 12 VIII 2006 09.12.06, 08:54
      Wyjeżdżamy z Campingu po 10:00 .Zatrzymujemy się w Corte by zrobić zakupy
      pamiątek i o 11:00 jedziemy na północ drogą N193 najpierw w kierunku Ponte
      Leccia, a potem wzdłuż morza na Bastię przez Casamozza. Droga jest szeroka,
      dość szybka i mało ciekawa, im bliżej Bastii tym bardziej ruch się zagęszcza.
      Ponieważ godzina jeszcze młoda, a po drodze nie było niczego ciekawego, więc
      skręcamy na St.Florent. Co jakiś czas mijamy wozy Straży Pożarnej dyżurującej
      na drogach. Za miejscowością Oletta zaczynają się winnice - no tak wjechaliśmy
      do regionu znanego z produkowanych win – ceniona apelacja Patrimonio - może tym
      razem się uda i z bliska zobaczymy jakąś winnicę ? Po kilkunastu minutach
      zauważamy drogowskaz do winnicy i dajemy się poprowadzić – w końcu gruntową
      drogą wśród winorośli zajeżdżamy pod dom. Nieco zaskoczonemu gospodarzowi
      tłumaczymy o co nam chodzi, po chwili wychodzą do nas 4 pokolenia rodziny
      właściciela – od dziadka po kilkuletnią dziewczynkę. Zaczyna się degustacja
      miejscowych wyrobów : na „pierwszy ogień” idzie czerwone wino a po nim
      likiery : pomarańczowy, Myrtha i Cap Corse. Najwyższe noty dostaje Myrtha,
      potem likier pomarańczowy, zdecydowanie najmniej podchodzi nam wino – niestety
      cena Myrthy 22 euro jest dla nas zdecydowanie za wysoka, likier pomarańczowy i
      Cap Corse kosztują 11 euro a butelka wina 6 Euro. W sumie nie mało, więc
      kupujemy tylko po butelce – później w Lidlu w St.Florent znajdujemy na półce
      wino wyrobu „naszego” gospodarza, które kosztuje 5,60 – nic dziwnego, przecież
      wcale się nie targowaliśmy, a Lidl pewnie tak, ale w końcu ile razy w życiu
      kupuje się wino prosto z winnicy.
      St.Florent oglądane po raz drugi-nie zrobiło na nas większego wrażenia, to
      turystyczna miejscowość, którą wyróżnia położenie nad zatoką osłoniętą z obu
      stron górami – to tzw. naturalny port i pewnie dlatego w St.Florent jest duża
      marina, dodatkowo osłonięta wysokim falochronem. Na nabrzeżu knajpki i
      sklepy.
      Począwszy od St.Florent zaczęliśmy szukać naszego ostatniego noclegu na
      Korsyce – pierwszy camping przy głównej drodze niedaleko St.Florent był
      zatłoczony, do następnego musieliśmy zjechać z głównej drogi i pojechać w
      kierunku Les Marines du Soleil – camping przestronny, dużo wolnego miejsca a
      stojąc przy recepcji widać było turkusowe morze i wysokie fale rozbijające się
      o brzeg. Niestety dziewczynom nie podobała się kamienista plaża. Zatem wracamy
      i jedziemy w kierunku Nonzy, po około 15 minutach Tomasz stwierdza, że zamiast
      do Nonzy jesteśmy na drodze do Bastii – że nikt nie zauważył (albo zauważył i
      nie powiedział) zjazdu do Nonzy, który wg mapy powinien być w miejscowości
      Patrimonio, którą minęliśmy10 minut temu. Wkurzony zawraca, wtedy pada
      zdanie „nie cofajmy się, jedźmy do Bastii”. Po 40 minutach jesteśmy znów w
      Bastii, a właściwie w Miomo na naszym pierwszym Campingu. Tym razem nie ma tu
      wolnych miejsc, ale są na sąsiednim campingu o dźwięcznej nazwie Casanova.
      Tomasz oświadcza, że „nie zamierza spędzić w Bastii ostatnich dni na Korsyce”,
      jednak większość jest innego zdania i wyładowuje rzeczy z samochodu. Każdy
      zostaje przy swoim stanowisku i w ten sposób rozdzielamy się – Tomasz odjeżdża -
      ponownie mamy się spotkać w poniedziałek po 11-stej.
    • monw Niedziela, 13 VIII 2006 12.12.06, 21:14
      Monika :
      Spokojnie, bez pośpiechu. Z Basią wybrałyśmy się do Bastii. Zawiózł nas tam
      miły Włoch z rodzinką. Pochodziłyśmy po uliczkach wokół Rynku, byłyśmy w
      kościółku (uroczy!) i buszowałyśmy po pchlim targu w Bastii na Rynku. Kupiłam
      skrzyneczkę, flakonik, oprawkę na zdjęcie, i zestaw kuchenny, a w drodze
      powrotnej kartkę z korka.

      Po przybyciu na camping (tym razem NIKT nas nie wziął na stopa ;-( wyruszyliśmy
      na plażę i byliśmy tam około 2,5 godz. Słońce nie chciało nas zaszczycić.
      O 17 wyruszyliśmy do St.Hiacynt z nadzieją, ze będzie msza, tak jak podano w
      internecie. Po 40 minutach wędrówki okazało się, że msza owszem jest, ale po
      wcześniejszym uzgodnieniu, bo księdza na miejscu nie ma, a msza była o 8:00. Po
      krótkiej modlitwie każdy po swojemu wyruszyliśmy w drogę powrotną.
      O 20:00 udaliśmy się na pożegnanie morza i dokonaliśmy rytualnego opróżnienia
      butelki szampana, specjalnie na tą okazję wleczonego jeszcze z Polski. Już
      jutro wyjazd.

      Tomasz:
      Po rozstaniu pojechałem na południe,minąłem Bastię i zatrzymałem się w centrum
      handlowym Furiani na zakupy – muszę kupić wodę i coś do jedzenia oraz jakieś
      upominki dla najbliższych. Jutro markety zamknięte, a w poniedziałek dzień
      wyjazdu i może nie być już czasu na spokojne łazenie po sklepach. W markecie
      szaleństwo – parking zapchany do granic, to chyba najgorsza pora na zakupy, ale
      nie mam wyjścia. W wózku lądują głównie alkohole – 3 butelki Myrthy, butelka
      dobrego (reserve) Porto i małe zapasy na dziś i jutro.
      Wieczór i noc spędziłem na lagunie – ładna, szeroka i piaszczysta plaża,
      sielankę psują właściciele przyjeżdżający z psami na wieczorny spacer po plaży.
      W niedzielę rano pojechałem dalej na południe, po drodze dokonuję małego
      odkrycia – za miejscowością Cassamozza i zjazdem na Corte benzyna jest po 1,40 -
      tak samo jak w Ajaccio. W Querciolo zauważam strzałkę camping „Europa”
      myślę „to coś dla mnie” i skręcam – „Europa” okazuje się drugim odkryciem dnia –
      to chyba najtańszy camping na Korsyce – w szczycie sezonu 3 euro za osobę !
      Camping leży bezpośrednio przy plaży, a przy wejściu na nią jest campingowy
      bar-recepcja – takie campingi lubię najbardziej. Można poczuć się bardzo
      swojsko, bo camping urządzono w dużym sosnowym lesie, jest płaski i
      przestronny, gdzieniegdzie jakiś cyprys czy oleander. Uczucie swojskości
      wzrasta gdy przy prysznicach dostrzegam tabliczkę – „ciepła woda od 19:00 do
      22:00”.
      Dzień spędzam na plaży – lokuję się kilkaset metrów od wyjścia z „Europy” w
      stronę Bastii – tu pomimo niedzieli jest pusto – w zasięgu wzroku tylko 3
      miejscowe rodziny (sądząc z liczby dziadków, dzieci, wujków). Gdy około 13-stej
      odrywam wzrok od książki i rozglądam się – jestem sam – po rodzinach zostały
      tylko pozostawione rzeczy – wszyscy zniknęli w pobliskim barku – ten niepozorny
      bar musi być niezły, skoro wybierają go tubylcy – sprawdzę to wieczorem.
      Dzień upływa mi na czytaniu, pływaniu, opalaniu i obserwowaniu samolotów, które
      właśnie tutaj skręcają i rozpoczynają podejście do lądowania na lotnisku pod
      Bastią. Wieczorem idę plażą do barku (to drugi bar przy plaży, idąc z „Europy”
      w stronę Bastii, nie licząc baru przy campingu) na kolację - zajmuję miejsce i
      studiuję menu – zauważam, że kelnerka, która przyszła przyjąć
      zamówienie „zapuszcza żurawia” na moje rozmówki polsko-francuskie. Okazuje się,
      że to studentka Uniwersytetu Śląskiego, która pracuje tu wraz z koleżanką –
      dzięki niej zamawiam „mule”(małże), nad które przyjeżdżają tu ludzie z okolicy,
      a na przystawkę „Gratin z kraba”. Jedno i drugie to po prostu rewelacja !
      Również dzięki niej nie zamawiam flana przed, którym mnie ostrzega, że„tutaj
      nie jest najlepszy”, tylko wybieram na deser polecony „Creme bruilles” – to
      absolutny strzał w dziesiątkę. Na koniec od szefa kuchni dostaję gratis
      espresso i buteleczkę wódki z winogron do degustacji. Piękne zwieńczenie
      wieczoru i całego pobytu.
    • monw Poniedziałek, 14 VIII 2006 15.12.06, 20:38
      Rano ekipa z Bastii robi zakupy w pobliskim markecie: wina, piwo i wędliny.
      Tomasz przyjeżdża do Casanovy o 11:20, na camping nie można wjechać, bo dziadek-
      właściciel zastawił główny wjazd własnym samochodem, pewnie żeby nikt odjechał
      bez płacenia. Poprzedniego dnia gospodarz „wyciął lepszy numer” - pozbierał
      wszystkie komórki, które ładowały się w umywalni.
      Po zapakowaniu do samochodu pojechaliśmy jeszcze na zakupy do Geant’a, kupić
      rzeczy, które brakowały nam jeszcze do pełni szczęścia - Monika kupuje
      konfitury z fig oraz pikantną oliwę, Tomasz korsykańską szynkę Lonzo i dwie
      bliżej nieokreślone wędliny.

      Jest 13:00 i teoretycznie powinniśmy być w porcie, ale w praktyce mamy 40 minut
      czasu, lepiej być na końcu kolejki i w Livorno wyjechać na początku. Jednak
      przejeżdżając obok portu widzimy dłuuugą kolejkę samochodów – pewnie dzisiaj
      wszyscy przyjechali na 13-stą, nie ryzykujemy więc, tylko wjeżdżamy do portu.
      Zapominamy, że niemieckie podejście do czasu tu nie obowiązuje, bo jesteśmy w
      kraju śródziemnomorskim - przekonujemy się, że owa kolejka czeka na prom
      konkurencyjnej linii Corsica Lines, który wg rozkładu ma odpłynąć o 13:30 a
      jeszcze nawet nie zaczął załadunku. Nasza kolejka jest krótka - znów przed nami
      tylko ze 40 samochodów i pewnie znów wylądujemy w najdalszej ładowni. Zresztą
      nasz prom jeszcze nie przypłynął. Czas się wlecze, wreszcie o 13:30 prom
      przypływa, rozpoczyna wyładunek, i dopiero po godzinie udaje nam się wjechać by
      zaparkować na parkingu V6 (przedostatni sektor ładowni).
      Odpłynęliśmy punktualnie o 15:00, o 19:20 dobiliśmy do brzegu, a przed 20-stą
      wyjeżdżamy z promu i z kopyta ruszamy do kraju. Nauczeni doświadczeniem z
      podróży do Livorno, teraz wybieramy drogowskazy na „Fi-Pi-Li” lub „S.G.C. Fi-Pi-
      Li”, nie obywa się przy tym bez małej pomyłki, ale w końcu wyjeżdżamy na
      bezpłatną dwupasmówkę i po niecałej godzinie jesteśmy już na autostradzie do
      Bolonii. Przedtem nowe doświadczenie – tankowanie na bezobsługowej stacji Q8 –
      z pewną obawą wkładaliśmy banknot 20 euro do automatu, ten gładko go połknął i
      koniec ! Dopiero po prawie pół minuty dystrybutor został odblokowany i mogliśmy
      nalać odmierzoną ilość paliwa.
      Na obwodnicy Bolonii trzeba dwukrotnie zjeżdżać z autostrady (z A1 na A14 i z
      A14 na A13) żeby znaleźć się na autostradzie do Wenecji, niestety za drugim
      razem czujność nas opuszcza mijamy zjazd na A13 w kierunku Padova i jedziemy
      dalej autostradą A14 do Ancony, na następnym zjeździe chcemy zawrócić, ale nie
      udaje się i lądujemy na lokalnej drodze w kierunku Padova. Po dwudziestu
      minutach znajdujemy wjazd na autostradę i wszystko wraca do normy. O północy
      mijamy Wenecję, o drugiej stajemy na ostatniej włoskiej bramce autostradowej
      przed Tarvisio – szczęki nam opadają gdy pan kasjer wita nas słowami „Dobry
      wieczór”. Wcześniej na włoskiej stacji benzynowej kupiliśmy austriacką winietkę
      autostradową – bez tego mielibyśmy problem, bo na granicy nie ma żadnych budek,
      w których możnaby takową kupić i musielibyśmy jechać pewien czas bez winietki.
      Robi się chłodno Włochy żegnają nas temperaturą 12 stopni, a po godzinie tuż
      przed 3:00 termometr pokazuje tylko 7 stopni. Tankujemy za wszystkie euro,
      które zostały we wspólnej kasie.
      Przed Grazem wjeżdżamy na remontowany odcinek autostrady – przez kilkanaście
      kilometrów jedziemy rynną utworzoną przez betonowe separatory – jest w pół do
      czwartej rano i zmęczenie daje o sobie znać – linie wymalowane na separatorach
      są przybrudzone i słabo widoczne, ocena odległości szwankuje i wydaje się, że
      zaraz przywalimy w ten beton, a zjechać nie można. Po kwadransie męka się
      kończy - wjeżdżamy na normalną drogę i robimy kolejny postój. Następny kryzys
      przychodzi już po świcie – przed 7:00 zatrzymujemy się na parkingu tuż przed
      Wiedniem na godzinną drzemkę.
    • monw Wtorek 15 VIII 2006 18.12.06, 14:23
      Sen działa cuda, nawet godzina wystarczy by się zregenerować. Po 8:00 jedziemy
      dalej – w Austrii również święto - luzy na drogach i Wiedeń przejeżdżamy
      bezproblemowo. Na drodze do granicy austriacka drogówka czuwa – mercedes S na
      słowackich numerach, który parę minut temu nas wyprzedził stoi zatrzymany przez
      patrol z radarem, dopiero przed granicą znów nas dogania.

      Czechy witają nas deszczem, okazuje się, że w baku mamy pewną nadwyżkę paliwa i
      zostanie nam po 96 koron na osobę (około 14 zł) – co tu zrobić z
      takim „bogactwem” ?
      O 12:30 do polskiej granicy już niedaleko - zatrzymujemy się w Lanskroun - w
      restauracji na rynku posiadane korony wystarczają na przyzwoite drugie danie i
      coś do picia – zamawiamy smażony ser z frytkami (Monika i Tomek) i gulasz
      wołowy z ziemniakami (Tomasz). Basia biega po sklepach w poszukiwaniu
      koncentratu herbaty z rumem (w takiej plastikowej, kwadratowej, karbowanej
      butelce).
      O 13:50 ruszamy dalej w kierunku granicy, pokonujemy ją bezproblemowa. Za
      Kłodzkiem mijamy samochód w leżący na boku w rowie, przy nim policja i gapie –
      odzwyczailiśmy się od takich widoków. Do Wrocławia docieramy już po 16-stej,
      jadąc w kolumnie samochodów wracających z długiego weekendu.
      Odprowadzamy Basię na pociąg – przed dworcem Tomka zaczepia sztajmes z grzeczną
      prośbą o wsparcie, Tomek równie grzecznie odpowiada, że nie mamy polskich
      pieniędzy, w odpowiedzi słyszymy : „nie szkodzi może być 1 euro” - jesteśmy w
      kraju.
    • monw Korsyka - podsumowanie :-) 22.12.06, 11:46
      Wyprawa udała się w 100% - zrealizowaliśmy nasz plan i objechaliśmy wyspę
      dookoła, zobaczyliśmy mnóstwo wspaniałych miejsc, wróciliśmy cali, zdrowi i
      opaleni. Niektórzy z nas są Korsyką zachwyceni, innym tylko się podobała, ale
      wszyscy chcielibyśmy jeszcze na nią wrócić.
      Nie jesteśmy ekspertami ani znawcami „od Korsyki”, nie zobaczyliśmy
      wszystkiego, nie dotarliśmy do wielu miejsc, szczególnie we wnętrzu Korsyki,
      ale po tym co widzieliśmy polecamy tę wyspę każdemu.

      Poniżej synteza naszych korsykańskich doświadczeń i spostrzeżeń w formie
      Słowniczka :

      Autobusy – rzadki gatunek na Korsyce, nie przystosowany do życia
      większości obszarów wyspy. Pojedyncze osobniki można spotkać na głównych
      drogach pomiędzy Bastią i Ajaccio oraz Bastią i Bonifacio. Na wyspie nie ma też
      związanego z nim ekosystemu Turystyki Zorganizowanej – patrz. Turysta masowy

      Ceny – wysokie i bardzo wysokie - w przypadku noclegów, gastronomii,
      benzyny. Pewną ulgę dla kieszeni przynosi powszechna obecność i dostępność
      marketów i supermarketów – tu jednak kolejny negatyw – nie ma w nich lodówek z
      napojami i nie można kupić w nich zimnej Coca-Coli czy też piwa.

      Drogi - Korsykańskie drogi pomimo bardzo dobrej nawierzchni okazały się
      najtrudniejsze jakimi przyszło jechać naszemu kierowcy, a prowadził on już
      samochód po drogach od Maroka po Turcję.

      Góry – to chyba największa i najbardziej niedoceniana atrakcja Korsyki -
      każda krótsza lub dłuższa wycieczka w korsykańskie góry dostarczyła nam
      niezapomnianych wrażeń – dzikie poszarpane szczyty, urocze miasteczka, piękna
      zielona roślinność. Jeżeli kochasz góry musisz pojechać na Korsykę ! (chociaż
      niekoniecznie w sierpniu czy lipcu)

      Kuchnia – jest dobra lub bardzo dobra, nie zdarzyło się nam wyjść z
      knajpki bez kulinarnej satysfakcji, niezależnie od kategorii lokalu, a ta
      najczęściej nie była wysoka. Potrawy zasługiwały zawsze na wysoką ocenę ! Nie
      było żadnej wpadki, żeby np. nie dało się czegoś zjeść. W innych krajach różnie
      bywało – ale tak wysokiego poziomu nie było w żadnym !

      Morze – czyste i przejrzyste, o wzorcowej temperaturze – jest ciepłe
      ale nie gorące. Duże zasolenie – do pływania niezbędne okulary lub maska, bo
      mocno szczypie w oczy. Życie podwodne kwitnie – jeżeli tylko możesz, zabierz
      jakiś sprzęt do nurkowania – okulary i fajka to minimum.

      Mróz – zjawisko przyrody nie znane na Korsyce

      Napoleon – na Korsyce poza Ajaccio niezbyt popularny.

      Noże – połowa asortymentu sklepów z pamiątkami, dominują różne składane
      koziki i noże – „... scyzoryk, scyzoryk tak za mną wołają ...”

      Piwo – podawane i sprzedawane najczęściej w objętości 0,25l. Miejscowe
      gatunki to ciemne piwo Pietra (warzone z kasztanów) oraz jasne Colomba i
      Serena – są naprawdę dobre. Szeroko dostępny jest Heineken, rzadziej Kronenburg
      (wodnisty), „1664” oraz Amstel.

      Plaże – tu każdy może znaleźć coś dla siebie – na wschodnim wybrzeżu są
      ciągnące się kilometrami plaże piaszczyste, plaże na północ od Bastii są
      kamieniste lub żwirowe najczęściej w zatokach lub zatoczkach, na zachodnim
      wybrzeżu plaże są dość zróżnicowane. Są też dwie plaże pokazowe – „karaibskie”
      Palombaggia i Santa Gulia z białym piaskiem – w sezonie zatłoczone „na maxa”.

      Pogoda – śródziemnomorska, ale w przyjemnej, złagodzonej wersji
      (przeciętne dzienne temperatury od 26 do 32 stopnie C). Pewnym zaskoczeniem
      była dla nas ilość opadów – w czasie 2 tygodniowego pobytu w sierpniu padało 5
      razy – pewnie temu wyspa zawdzięcza bujną roślinność. Nie były to opady
      długotrwałe, ani w żaden sposób dokuczliwe, ale podczas minionych pobytów w
      Grecji, Hiszpanii czy Portugalii padało raz, dwa albo wcale. Niebo nad Korsyką
      było też zachmurzone znacznie częściej niż w innych śródziemnomorskich krajach.

      Przemysł – na Korsyce nie występuje. Z postindustrialnych zjawisk
      napotkaliśmy pojedyncze wraki samochodów oraz wysypisko śmieci urządzone pod
      przełęczą Taghime górującą nad Bastią.

      Roślinność – jest bardzo zróżnicowana - rosną tu zarówno agawy,
      opuncje, oleandry, drzewa poziomkowe, hibiskusy, fikusy, cyprysy, platany jak i
      sosny w różnych
      odmianach, świerki i jodły. Oddzielnie trzeba wspomnieć o kasztanie, którego
      owoce przez setki lat były podstawą wyżywienia mieszkańców wyspy, a dzisiaj
      produkuje się z nich m.in piwo Pietra.
      Roślinności nadaje krajobrazowi Korsyki kolor ciemnej, mocnej zieleni - tak
      wygląda oglądana z morza.

      Samochody – większość samochodów na Korsyce ma silnik Diesla, idealny
      na wąskie, kręte i strome drogi (z racji wysokiego momentu obrotowego).
      Samochody benzynowe są w mniejszości i dlatego większość stacji benzynowych
      sprzedaje dwa rodzaje paliwa – olej napędowy oraz benzynę bezołowiową,
      najczęściej 95 oktanową ale zdarza się też, że na dystrybutorze liczba oktanów
      nie jest podana. Wśród aut dominują wyroby francuskie : Renault, Peugeot,
      Citroen, rzadziej niemieckie, potem włoskie, a marek japońskich prawie się nie
      spotyka.

      Turysta masowy – ten liczny gatunek rozpowszechniony w wielu
      atrakcyjnych punktach naszego globu, nie zadomowił się jeszcze na Korsyce.
      Podstawą jego bytowania są systemy mega-hoteli i turystyczne miasteczka-
      blokowiska, a tych nie ma jeszcze na Korsyce.

      Wino – lokalne wina są dostępne w dużym wyborze gatunków i cen. Nie
      jesteśmy znawcami ani koneserami wina, ale według nas korsykańskie wina są
      znakomite. Tak jak w przypadku Kuchni – nigdy nie spotkał nas zawód czy też
      niesmak. Nie trafiliśmy na żadne wino, które byłoby kwaśne, cierpkie czy w inny
      sposób przykre. Dobre było nawet wino za 1,55. W warunkach campingowych nie
      sprawdziło się tylko wino różowe, które wymagało schłodzenia przed podaniem –
      nie mogliśmy spełnić tego wymogu przez co wino dostało od nas słabsze noty –
      później wybieraliśmy wyłącznie wina czerwone.

      Zabytki – nie jedź na Korsykę jeżeli głównie nimi jesteś
      zainteresowany, bo tam jest ich naprawdę mało – megalityczne posągi Filitosy,
      miejsca związane z Napoleonem w Ajaccio, a w szerszym sensie cytadele w Calvi,
      Corte, Bonifacio, Porto Vecchio.
    • monw Korsyka-przykładowe ceny 22.12.06, 11:48
      Restauracyjne:
      Porcja małż – 9
      Porcja krewetek - 22
      Pstrąg - 8-12
      Zupa rybna 6 -8
      Piwo Pietra butelkowe 25 cl 3,5
      Piwo lane 25cl 3,10
      Panache 2,50-4
      Wino butelka 4-10
      Kawa 1,2-2,5
      Sałatka warzywna 7,60
      Pizza 13,50-20
      Porcja sera 6,10-10

      Marketowe ceny:
      mleko 1l 0,90 i 1/2l 0,58
      jogurty 1,64 (4x125G)
      bagietka 1,8 i 0,61/200g
      czekolada czarna 200g 1,35
      melon 2,50 /szt
      winogrona 3,95/1kg
      woda mineralna Zilia 2,76 (6x1,5)
      pietra 75cl 2,82
      Schweppes/Cola 0,79/puszka

      Wina:
      Torra Rouge 2,09
      Charme Maquis rose 2,24 i 2,09
      Monte Cinto Rouge 2,95
      Babru Rouge 2,85
      Sant Antone Rge 2,85
      Chateau Paniccia 2,80
      Monte e Mare 2,41
      Gaspa Mora1,55

    • Gość: labombonera Re: Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Kor IP: *.bulldogdsl.com 03.01.07, 00:39
      jakie linie lotnicze poza air france lataja
      na korsyke
      i jakie miejsce (spokojne) ktos mogl by polecic
      chcialbym tam pojechac z zona i z malutkim dzieckiem
      • majorele Re: Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Kor 07.08.07, 14:19
        z Francji lata na Korsykę AirCorsica
        www.aircorsica.com/

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka