monw Wtorek, 8 VIII 2006 04.12.06, 14:01 Po śniadaniu idziemy na plażę, która jest szeroka i piaszczysta, kolor piasku nie zachwyca, ale przy najmniej jest prawdziwy, plaża jest prawie pusta, a leżąc można podziwiać szczyty wysokich gór w oddali. Monikę w morzu „atakują” dzikie ryby, nie są przesadnie duże, mają tak ze 2-3 cm i tylko delikatnie skubią jej nogi. Obserwujemy jak do morza wchodzi facet w stroju nurka z kuszą i pomarańczowym pływakiem wleczonym na długiej lince. – zakłada płetwy i szybko odpływa od brzegu. Po 40 minutach wraca – cóż połów nie jest imponujący : jedna 25 cm rybka, a spodziewaliśmy się „taaakiej ryby”, czegoś przy czym będzie można rozłożyć szerzej ręce. Po 13-stej schodzimy z plaży na obiad (własnego autorstwa), a po nim jedziemy zobaczyć sąsiednie miasteczko Solenzara. Kiedy przejeżdżaliśmy przez nie, z okien samochodu prezentowało się bardzo sympatycznie, gdy oglądamy je z perspektywy „turysty pieszego” – czar pryska – to właściwie jedna główna ulica, trochę sklepów, 2 restauracje, jakiś hotel-dom wczasowy – zero tradycji, zero atmosfery. Oglądamy pocztówki i robimy małe zakupy. Pogoda, znów zrobiła się mało plażowa – coraz więcej chmur – idealna czas żeby coś zwiedzić – po drodze widzieliśmy drogowskaz na Zonza. Na mapie droga jest zaznaczona jako widokowa, to jakieś 40 km, w sam raz na małą popołudniową wycieczkę. Jedziemy drogą nr D268 biegnącą wąwozem rzeki Solenzara – początkowo jest szeroka i ma łagodne zakręty, mijamy zaparkowane wzdłuż drogi samochody turystów – niektórzy piknikują na dole wąwozu, innych można dostrzec wspinających się po skałkach po drugiej stronie rzeki. Droga robi się coraz węższa, coraz bardziej kręta. Do przełęczy Bavella (1218 m n.p.m.)dojeżdżamy często korzystając z pierwszego biegu, bo nawroty są wąskie, prawie pod kątem 180 i stromo pod górę. Na przełęczy stoi białą figurka matki boskiej z kwiatami i zniczami – jest identyczna jak figura z okolic Evisy - ani jedna ani druga nie wyglądają na dzieło artysty, a raczej na odpustową tandetę robioną taśmową. Wolałbym zobaczyć coś oryginalnego wyrzeźbionego ręką człowieka., ale miejscowi górale najwyraźniej mają ciekawsze zajęcia niż rzeźbienie czegoś drewnie lub kamieniu. Podziwiamy pobliskie ostre i poszarpane szczyty pobliskich gór opływane przez chmury, wdychamy górskie powietrze, zapach lasu jest niesamowity. Na przełęczy dyżuruje straż górska w swoich żółtych samochodach – pierwszy raz ją spotykamy. częściej można natknąć się w górach na stojące gdzieś na wysokościach wozy straży pożarnej – tak samo jest w Grecji lub w Chorwacji – czuwają i obserwują całą okolicę z góry . Nasyceni już górskim klimatem zjeżdżamy do Zonzy, która okazuje się niewielkim, uroczym miasteczkiem. Spacerujemy, oglądamy jak starsi mieszkańcy grają w Bule, czyli po naszemu „w kulki”, a młodsi kopią piłkę. Przy kościele mały następca Zidana, ćwiczy strzały waląc piłką o ścianę kościoła – trudno sobie wyobrazić taki „obrazek” w Polsce. W mijanej knajpce mają pizze „na ogniu z drzewa” – tym razem nie darujemy, ale znów musimy poczekać do 19-stej .Robimy małą rundkę do pomnika mieszkańców Zonzy poległych w wojnach światowych, a w pobliskim sklepiku wybieramy kartki pocztowe – najwyższy czas, żeby wysłać coś do Polski. Pizza smakuje wszystkim, a większość jest zachwycona, natomiast Tomasz zachwyca się kotletem jagnięcym (Cot’e d’agneau) ogryzając kostki do końca. Monika i Tomek zamawiają deskę serów - okazało się, że za tą obiecującą nazwą kryją się dwa niepozorne kawałki sera (jeden pleśniowy, drugi twardy z fajną orzechową skórką) okraszone mikroskopijną kupką dżemu. Trochę mało, jak na przystawkę za 6 euro. Po udanym posiłku wracamy – droga prawie zupełnie opustoszała, mijamy ledwie 4 samochody jadące do Zonzy i przed zmrokiem udaje nam się dotrzeć do Solenzary. Wieczór wieńczy butelka wina wypita na plaży – wracamy szybko, bo wzmaga się wiatr a w oddali nad morzem zaczyna błyskać się w chmurach. Przed snem ściągamy z linek ręczniki i suszące się pranie. Odpowiedz Link Zgłoś
monw Środa, 8 VIII 2006 06.12.06, 14:06 W nocy nad nami rozszalała się burza z piorunami, śpimy tylko pod tropikiem - Tomaszowi woda kapie na głowę przez zapomniane, otwarte okienko wentylacyjne, po ziemi pod namiotem spływają strumyki wody – w Polsce zdarzało się okopywać namiot dookoła żeby temu zapobiec, ale tu w ciepłym śródziemnomorskim kraju, w sierpniu ? Zresztą i tak nie mamy saperki. Rano maty i rzeczy które leżały na ziemi są mokre. Niezrażeni Tomek z Moniką udają się o 6:00 na wschód słońca, które po pewnym ociąganiu się wreszcie się ukazuje. Tomek „na dzień dobry” wskakuje do morza i z zaskoczeniem stwierdza, że woda jest dużo cieplejsze niż powietrze. Podczas pakowania dosuszamy co się da i po 11-stej wyruszamy do Corte, które było stolicą Korsyki podczas krótkiego okresu niepodległości w połowie XVIII wieku. Początkowo jedziemy wzdłuż morza – droga równa, szeroka i prosta, krajobrazy mało ciekawe – zaczynamy tęsknić za serpentynami i górami. W Ghisonaccia skręcamy żeby zobaczyć miejscową plażę – jest podobna do tej, którą właśnie opuściliśmy. Znów zaczyna kropić. W Alerii mamy skręcić na drogę nr N200 prowadzącą do Corte, przedtem jedziemy za drogowskazem „Vin de coś tam” z nadzieją, że zobaczymy winnicę – niestety strzałki zaprowadziły nas do jakiegoś smętnego magazynu-hurtowni – szybko zawracamy. Droga z Alerii do Corte ma raczej nizinny charakter, a jedynymi atrakcjami na niej są zabytkowe kamienne mosty, wąskie na szerokość jednego samochodu. Corte widziane z daleka nie wzbudziło naszego zachwytu, jakieś bloki, podrapane budynki, rozkopane place. Rozczarowanie zniknęło gdy naszym oczom ukazała się charakterystyczna piramidka domów starego Corte, zwieńczona na szczycie Cytadelą. Parkujemy na bezpłatnym parkingu pod Cytadelą i wyruszamy na zwiedzanie. W Cytadeli urządzono muzeum, wstęp xx Euro sprawia, że zostawiamy je na później. Z bliska stare Corte jest urocze – uliczki, sklepiki, kafejki, po prostu CUD. Ze szczytu bastionu podziwiamy panoramę okolicy – wysokie góry i doliny. Mijamy dom, w którym urodził się starszy brat Napoleona Józef Bonaparte, późniejszy król Hiszpanii. Potem oglądamy kościół, którego patronem jest żyjący w XVIII wieku w Corte franciszkanin Święty Tymoteusz. Po chwili oddechu przy kawie mrożonej (cafe glace) i piwie jedziemy na poszukiwanie campingu – w samym Corte jest ich kilka, ale albo są bardzo ciasne, albo cena trochę za wysoka, albo nie ma miejsc – wracamy więc do pierwszego napotkanego – campingu Santa Barbara (około 5 km przed Corte jadąc od strony Alerii). Jest przestronny i ma basen, do którego wskakujemy zaraz po rozbiciu i rozpakowaniu. Na basenie jesteśmy sami, a po pewnym czasie dołączają do nas Węgrzy z grupy, która już po nas przyjechała autokarem – tutaj nasunęła się refleksja, że na Korsyce autokar to bardzo rzadki widok – na tej wyspie autobus po prostu się nie sprawdza, bo zbyt mało jest tu dróg, które może przejechać – można je wymienić na palcach jednej ręki (starego wiarusa) : z Bastii do Bonifacio i z Bastii przez Corte do Ajaccio i to chyba wszystko. Na pozostałe drogi autobusy są za długie i za szerokie – zaklinowały by się gdzieś na zakręcie. Wieczorem wracamy do Corte – zaczynamy od kolacji w knajpce przy fontannie i schodach. Jedzenie dobre, ale nie bardzo dobre – z wyjątkiem Tomka zamówiliśmy pstrągi, które okazały się raczej niewyrośnięte – mniej więc 2/3 pstrąga polskiego. Potem spacer uliczkami w stronę Cytadeli, idziemy w kierunku, skąd wabią nas dźwięki muzyki – dochodzimy do miejsca, gdzie ulicę zagradza stolik a przy niej Pani z kartką „5 Euro”, próbujemy z drugiej strony – to samo, ale jest murek, na którym możemy przysiąść i się wsłuchać – niemłody już bard śpiewa z akompaniamentem gitarzysty, gestykuluje i przeżywa – bardziej chodzi tu o tekst niż muzykę. Piosenka literacka, kabaretowa, aktorska – takie skojarzenia przychodzą do głowy. Nasz kiepski francuski nie pozwala by to docenić i idziemy dalej. Po chwili znów dźwięki – na placu, przy kościele, gdzie po południu piliśmy cafe glace, gra i śpiewa dwóch gitarzystów – trochę po korsykańsku, trochę światowych ever-greenów. Przysiadamy i słuchamy przez kilkanaście minut, potem idziemy sprawdzić czy coś dzieje się w amfiteatrze pod murami cytadeli, gdzie po południu instalowano jakiś sprzęt. Rzeczywiście już z dala dobiega muzyka jazz-rockowa, w przejściu znów stolik z kartką „5 Euro” i afiszem „Jazz Painting”. Z boku obserwujemy jak malarze (jest ich trzech) chodzą przy płótnie-planszy o rozmiarach 5m na 2,5 metra i dodają coś to tu, to tam, a to pędzlem, a to szpachelką. Zespół w składzie : piano fendera, saksofon, gitara, bas i bębny akompaniuje – nie są to gwiazdy francuskiego a tym bardziej światowego jazzu, tylko jazzowa III liga – to trochę krzywdzące dla pianisty, którego gra była najjaśniejszym punktem występu, ale dla bębniarza „III liga” to niezasłużony komplement. Wracamy do gitarzystów przy kościele – po kwadransie Tomki zaczynają marudzić, „że to ogniskowe rzępolenie”, że występ odbywa się pod hasłem „gram już pół roku”, że „gra i śpiewa dwóch ale słychać tylko jednego”, itp. Jednym słowem chcą wracać, ale dziewczynom się podoba -muzyka, a może gitarzyści, któż odgadnie? Rozdzielamy się – chłopcy jadą na camping, dziewczyny zostają w mieście i mają w perspektywie spacer nocny do odległego o 6 km kempingu.Dadzą radę :-) Odpowiedz Link Zgłoś
monw Re: Środa, 8 VIII 2006-pomyłka zaszła 07.12.06, 16:42 Środa to data 9 VIII 2006 Odpowiedz Link Zgłoś
monw Czwartek 10 VIII 2006 07.12.06, 16:41 Noc była chłodna - to w końcu prawdziwe góry – pomimo zapiętego śpiwora trzeba było dodatkowo coś założyć na siebie. Około 10:40 wyjeżdżamy na wycieczkę do wąwozu Restonica - według przewodnika większość drogi jest zamknięta dla samochodów o masie większej od 3,5 tony, a na dalszy odcinek również samochody osobowe nie mogą wjechać i dalej chętnych zabiera busik. Droga bardzo wąska, jeżeli nie najwęższa jak dotąd – lusterko boczne kierowcy zostaje złożone już na wstępie, bo tu na pewno się nie przyda. Mijamy wielu pieszych turystów z plecakami. Za punktem Informacji Turystycznej droga robi się bardzo kręta, nie ma żadnych murków i barierek, a z boku urwisko z rzeką na dole – lekką grozę łagodzą tylko przeboje Marka Grechuty przezornie załadowane do zmieniarki CD. Przed jednym z zakrętów słyszymy trąbienie – pewnie jedzie coś większego – Tomasz staje i lekko wycofuje się na pobocze – zza zakrętu wyjeżdża ciężarówka cysterna – z pomocą Tomka cofamy się jeszcze głębiej, prawie dotykamy skały po prawej. Ciężarówka mija nas o centymetry, jej prawe koła prawie wiszą nad przepaścią - udany manewr obwieszcza trąbieniem. Później jeszcze raz wymijamy ciężarówkę – chyba się dziś zmówiły. Wjeżdżamy na świeżo wyasfaltowany i odmalowany odcinek – nie jest ani trochę szerszy, za to z boku ma wysokie krawężniki i od czasu do czasu małe zatoczki na wymijanie. Wreszcie najdłuższe 14 km w naszym życiu kończy się i dojeżdżamy do parkingu, gdzie pan z obsługi inkasuje od nas 5 euro. Zakładamy górskie buty (Tomek i Monika) lub adidasy (Tomasz i Basia) i ruszamy. Przez 2 km idziemy pod górę asfaltową drogą – opisany w przewodniku busik mija nas bez zatrzymywania. Najwyraźniej nie zabiera turystów z tego parkingu, tylko spod punktu Informacji 8 km wcześniej, bo tam widzieliśmy jak zawracał busik, który przyjechał z góry Dochodzimy do baru w górskiej chacie, obok tablica z dużą mapą okolicznych gór, z zaznaczonymi szlakami – pójdziemy żółtym szlakiem do dwóch górskich jezior : Lac di Melu (1711 m.n.p.m, 15 metrów głębokości) i Lac di Capitellu (1930 m n.p.m., 42 metry głębokości) - do pierwszego jeziora mamy godzinę marszu a potem 45 min. do następnego. Początkowo szlak wiedzie wzdłuż strumienia wypływającego z pierwszego jeziora, nie jest trudny, ale dość nierówny (adidasy to absolutne minimum). Dopiero przed samym jeziorem robi się bardzo stromy, w wejściu pomocne okazują się zainstalowane łańcuchy, a końcówka to ściana 3 metrowej po której trzeba się wspiąć z użyciem rąk. Przy jeziorze mały postój, zrobiło się chłodno i trzeba jeszcze założyć coś na siebie – słońce tylko na chwilę wygląda zza gromadzących się chmur. Monice i Tomkowi nasuwają się skojarzenia z Morskim Okiem i Czarnym Stawem w Tatrach – wielkość i wzajemne położenie jezior jest niemal identyczne, ale te tutaj są chyba ładniejsze niż polskie. Ruszamy dalej, na tym odcinku szlak jest bardziej stromy, a w kilku miejscach przecinają go małe strumyczki, a adidasy zaczynają się ślizgać. Końcówkę wieńczy znów ściana, na którą trzeba się wspiąć. Drugie jezioro jest mniejsze od poprzedniego i jest dookoła otoczone przez wysokie skały, z wyjątkiem miejsca z którego wypływa strumyk. Właśnie tam kąpie się kilku chłopców z grupy nastolatków prowadzonej przez 3 zakonników, po chwili grupa schodzi w dół, a my zostajemy sam na sam z jeziorem. Jest pięknie i cicho, szczyt nad jeziorem muskają chmury – po przeciwnej stronie na brzegu jest biało-szara plama – spieramy się czy to może być śnieg – w sierpniu ? na Korsyce ? ale z drugiej strony to 1930 m.n.pm, a w tym miejscu jest wieczny cień. Nie jesteśmy w stanie zbadać tego bliżej (po powrocie reportaż z Korsyki obejrzany na Travel Channel przekonuje, że to jednak był śnieg) Wracamy, bo na niebie przybyło ciemnych deszczowych chmur, a jak zacznie padać, to schodzenie po mokrych i śliskich skałach może się źle skończyć (a na Korsyce ewakuacja rannego helikopterem to wydatek ponad 2000 euro). Na szczęście schodzimy bez deszczu i poślizgów. Przy asfaltowej drodze zaglądamy do chatki z tablicą „Fromage” – w środku kupujemy kawałek sera i obserwujemy „produkcję” – to zresztą za duże słowo – to pełne „rękodzieło” - kilka baniek z mlekiem, parę misek, termometr. Nasz Sanepid zamknąłby ten biznes w ciągu 5 minut, nie wspominając o kontrolerach z UE, na szczęście nie zaglądają tu ani jedni ani drudzy. Wracamy na prawie opustoszały parking, drogą przejeżdżają 2 quady – ich szerokość idealnie pasuje do szerokości pasa ruchu wyznaczonego przez środkową linię. Tutaj tylko one, motocykle i rowery, wymijają się bezstresowo. Na campingu okazuje się, że deszcz jednak padał – świadczy o tym wilgotny śpiwór Moniki, pozostawiony na dachu namiotu. Jest już prawie 18:00 a słońca nadal nie ma, więc nadchodząca noc będzie dla Moniki chłodna, cała nadzieja w Tomku. Po przygotowanej obiado-kolacji jedziemy do Corte – dzisiaj rozpoczyna się tam festiwal, jako pierwszy wystąpi balet artystów opery paryskiej – Monika jest tym zainteresowana, reszta różnie. Na miejscu okazuje się, że przy cytadeli gdzie miał się odbyć występ, panuje głucha cisza - może wcześniejszy deszcz, a może choroba aktora spowodowały odwołanie spektaklu – nie wiadomo, żadnej kartki, żadnej informacji, nic. Schodzimy do miasteczka pocieszyć się jakim napojem lub deserem. Znów ta sama para gitarzystów, dzisiaj grają w kawiarni przy głównym placu w mieście. My zajmujemy miejsce w knajpce, gdzie podają piwo w normalnych 0,5 l szklankach – tym razem to Amstel. Z wyjątkiem Moniki, która wybiera likier Cap Corse, wszyscy zamawiają po szklance Amstela. Dodatkowo Monika zamawia naleśnika (o nazwie długiej na szerokość strony) nadziewanego serem brocciu i miodem z makii. Tomasz zamawia jeszcze kawę mrożoną, nie ma jej w karcie, więc robi to po angielsku „ice coffee” - kelnerka wykazuje się powierzchowną znajomością języka i/lub złośliwym poczuciem humoru, bo przynosi zwykłą kawę expresową z wrzuconą kostką lodu. – wprawia nas to w dobry humor. Za to naleśnik Moniki jest rewelacyjny, szkoda, że zapominamy spisać jego nazwę. Odpowiedz Link Zgłoś
monw Piątek, 11 VIII 2006 08.12.06, 17:58 Corte bardzo się nam wszystkim podoba, więc zostajemy jeszcze jeden dzień. Zaczynamy leniwie – basen, lektura, dziewczyny zamawiają esspresso z croissantem.Postanawiamy, że pojedziemy do Niolo, który przewodnik zachwala jako region najmniej dotknięty turystyką. Po drodze w Corte odkrywamy duży supermarket Geant’a. Monika buszuje w perfumerii, a Tomasz po raz kolejny korzysta z dobrodziejstw supermarketowej garmażerii – to dobry sposób, by za parę euro spróbować różnych specjałów miejscowej kuchni - tym razem wybór pada na bakłażany faszerowane brocciu i rybę po katalońsku. W większych supermarketach (Geant, SuperU, Carrefour) jest stoisko garmażeryjne, które m.in. oferuje różne gotowe potrawy, np. lassagne, paelle, ryby i kurczaki w sosie, faszerowane warzywa, smażone ziemniaki w ziołach,itp. Dania nie są ciepłe, ale w niczym nie umniejsza to ich smaku - poziom tej supermarketowej kuchni jest na Korsyce naprawdę przyzwoity i nie zdarzyło się nic niesmacznego, a w kilku przypadkach było wręcz znakomite ! W tym markecie jest dobrze zaopatrzone stoisko rybne – postanawiamy, że wieczorem urządzimy sobie grilla, a ponieważ dziś piątek, to w roli głównej wystąpią ryby. Ryby kupimy w drodze powrotnej, a teraz kierujemy się na Callacucia, które jest centrum regionu Niolo – jedziemy wąwozem rzeki Golo przecinającym skaliste góry - krajobrazy jak w westernach, a droga korsykańska. Callacucia to małe senne miasteczko, niespecjalnie urodziwe, które mijamy bez zatrzymywania się. Chcemy zobaczyć jakąś atrakcję agroturystyczną – z prospektu z Informacji Turystycznej można wyczytać że winnic nie ma w pobliżu, są wytwórnie serów i jest przetwórnia kasztanów – to na nią pada nasz wybór. Wytwórnia jest w Lozzi – zawracamy do Callacucii i skręcamy lewo w boczną drogę wspinającą się aż do Lozzi – po dziesięciu minutach jesteśmy na miejscu – przetwórnia zamknięta, ale przy wejściu jest tablica z której wynika, od 14:00 do 16:00 trwa przerwa. Jest 15:30, więc zaglądamy do barku na sąsiednim campingu, żeby zaczekać na otwarcie – właściciel pokazuje nam najwyższy na Korsyce szczyt Monte Cinto 2740 m n.p.m. – wydaje się, że jest na wyciągnięcie ręki, godzinka lub dwie i góra zdobyta. Ale to złudzenie, bo góra a właściwie cały masyw (Monte Cinto to najwyższy z kilku sąsiadujących szczytów) wyrasta prawie pionowo do góry i droga musi być mocno okrężna. Na campingu pustki – kilka namiotów, podobnie było na górskim campingu w pobliżu Evisy – większość turystów spędza czas nad morzem, mniejszość zagląda do wnętrza wyspy a już bardzo nieliczni zakładają tam „bazę” i zdobywają najwyższy szczyt Korsyki. Zrobiła się 16:00, „kasztany” dalej zamknięte, czekamy jeszcze kilkanaście minut, ale nikt się nie pojawia – może to weekend, może nie ten sezon, a może z przetwórni kasztanów została już tylko tablica. Robimy zdjęcia leżącej w dole zaporze na rzece Golo wraz ze sztucznym zalewem i zawracamy do Corte – gdybyśmy pojechali dalej, to za niecałą godzinkę bylibyśmy w Evisie, a za następną znów w Porto. Po kilku kilometrach musimy trochę zwolnić – przed nami jedzie mała ciężarówka - przez resztę drogi do Corte jedziemy za nią - wyprzedzanie jest na tej drodze zbyt ryzykowne – proste są nieliczne, a gdy już dają szansę na pomyślne zakończenie wyprzedzania to akurat coś jedzie z przeciwka. W Corte w markecie kupujemy filety z ryb o bliżej nieznanych nam nazwach – łosoś i pstrąg już zniknęły. Przy pomocy słownika wśród zakupionych ryb udaje nam się zidentyfikować tylko „czarnego mintaja” oraz „widłaszka” - dalej wiemy niewiele więcej. Menu uzupełniają świeże krewetki. Grill udaje się nadzwyczajnie, chociaż nie bardzo wiemy co jemy. Ryby są świetne, podobnie jak wino „Roi de Maquis”. Po grillu robimy naradę co dalej – zostały nam już tylko dwa dni – sobota i niedziela, bo w poniedziałek popłyniemy promem i właściwie ten dzień będzie „spisany na straty” – pakowanie, ostatnie zakupy, czekanie na prom i jazda do kraju. Niedzielę powinniśmy spędzić gdzieś niedaleko (góra godzinę jazdy) od Bastii, spokojnie wylegując się na plaży i odpoczywając przed jazdą. W dyskusji wyłaniają się dwie opcje – pierwsza pod hasłem „nie cofajmy się” - wschodnie wybrzeże na południe od Bastii (Tomek, Basia) i druga „przeżyjmy to raz jeszcze” - powrót na zachodnie wybrzeże w okolicach St Florent (Tomasz, Monika). Odpowiedz Link Zgłoś
bah77 Re: Piątek, 11 VIII 2006... 10.12.06, 17:24 > góra a właściwie cały masyw (Monte Cinto to najwyższy z kilku sąsiadujących > szczytów) wyrasta prawie pionowo do góry i droga musi być mocno okrężna... Najbliżej pod Monte Cinto {2.706 m} można podjechać z Ponte Leccia drogami 47 + 147 wzdłuż wspaniałego, dziewiczego Wąwozu Asco i doliny rzeki Asco do stacji narciarskiej (raczej zdewastowanej) Haut Asco {1.450 m}, skąd rozciąga się piękna, bliska panorama: portf.free.fr/images/Corse/panoramas/pages/4%20Cinto%2C%20Haut-Asco.htm A kąpiel w ciepłej, czystej rzece Asco to osobna bajka: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=184&w=2843088&a=6843266 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=184&w=3216570&a=5518463 bah77 Odpowiedz Link Zgłoś
monw Sobota, 12 VIII 2006 09.12.06, 08:54 Wyjeżdżamy z Campingu po 10:00 .Zatrzymujemy się w Corte by zrobić zakupy pamiątek i o 11:00 jedziemy na północ drogą N193 najpierw w kierunku Ponte Leccia, a potem wzdłuż morza na Bastię przez Casamozza. Droga jest szeroka, dość szybka i mało ciekawa, im bliżej Bastii tym bardziej ruch się zagęszcza. Ponieważ godzina jeszcze młoda, a po drodze nie było niczego ciekawego, więc skręcamy na St.Florent. Co jakiś czas mijamy wozy Straży Pożarnej dyżurującej na drogach. Za miejscowością Oletta zaczynają się winnice - no tak wjechaliśmy do regionu znanego z produkowanych win – ceniona apelacja Patrimonio - może tym razem się uda i z bliska zobaczymy jakąś winnicę ? Po kilkunastu minutach zauważamy drogowskaz do winnicy i dajemy się poprowadzić – w końcu gruntową drogą wśród winorośli zajeżdżamy pod dom. Nieco zaskoczonemu gospodarzowi tłumaczymy o co nam chodzi, po chwili wychodzą do nas 4 pokolenia rodziny właściciela – od dziadka po kilkuletnią dziewczynkę. Zaczyna się degustacja miejscowych wyrobów : na „pierwszy ogień” idzie czerwone wino a po nim likiery : pomarańczowy, Myrtha i Cap Corse. Najwyższe noty dostaje Myrtha, potem likier pomarańczowy, zdecydowanie najmniej podchodzi nam wino – niestety cena Myrthy 22 euro jest dla nas zdecydowanie za wysoka, likier pomarańczowy i Cap Corse kosztują 11 euro a butelka wina 6 Euro. W sumie nie mało, więc kupujemy tylko po butelce – później w Lidlu w St.Florent znajdujemy na półce wino wyrobu „naszego” gospodarza, które kosztuje 5,60 – nic dziwnego, przecież wcale się nie targowaliśmy, a Lidl pewnie tak, ale w końcu ile razy w życiu kupuje się wino prosto z winnicy. St.Florent oglądane po raz drugi-nie zrobiło na nas większego wrażenia, to turystyczna miejscowość, którą wyróżnia położenie nad zatoką osłoniętą z obu stron górami – to tzw. naturalny port i pewnie dlatego w St.Florent jest duża marina, dodatkowo osłonięta wysokim falochronem. Na nabrzeżu knajpki i sklepy. Począwszy od St.Florent zaczęliśmy szukać naszego ostatniego noclegu na Korsyce – pierwszy camping przy głównej drodze niedaleko St.Florent był zatłoczony, do następnego musieliśmy zjechać z głównej drogi i pojechać w kierunku Les Marines du Soleil – camping przestronny, dużo wolnego miejsca a stojąc przy recepcji widać było turkusowe morze i wysokie fale rozbijające się o brzeg. Niestety dziewczynom nie podobała się kamienista plaża. Zatem wracamy i jedziemy w kierunku Nonzy, po około 15 minutach Tomasz stwierdza, że zamiast do Nonzy jesteśmy na drodze do Bastii – że nikt nie zauważył (albo zauważył i nie powiedział) zjazdu do Nonzy, który wg mapy powinien być w miejscowości Patrimonio, którą minęliśmy10 minut temu. Wkurzony zawraca, wtedy pada zdanie „nie cofajmy się, jedźmy do Bastii”. Po 40 minutach jesteśmy znów w Bastii, a właściwie w Miomo na naszym pierwszym Campingu. Tym razem nie ma tu wolnych miejsc, ale są na sąsiednim campingu o dźwięcznej nazwie Casanova. Tomasz oświadcza, że „nie zamierza spędzić w Bastii ostatnich dni na Korsyce”, jednak większość jest innego zdania i wyładowuje rzeczy z samochodu. Każdy zostaje przy swoim stanowisku i w ten sposób rozdzielamy się – Tomasz odjeżdża - ponownie mamy się spotkać w poniedziałek po 11-stej. Odpowiedz Link Zgłoś
monw Niedziela, 13 VIII 2006 12.12.06, 21:14 Monika : Spokojnie, bez pośpiechu. Z Basią wybrałyśmy się do Bastii. Zawiózł nas tam miły Włoch z rodzinką. Pochodziłyśmy po uliczkach wokół Rynku, byłyśmy w kościółku (uroczy!) i buszowałyśmy po pchlim targu w Bastii na Rynku. Kupiłam skrzyneczkę, flakonik, oprawkę na zdjęcie, i zestaw kuchenny, a w drodze powrotnej kartkę z korka. Po przybyciu na camping (tym razem NIKT nas nie wziął na stopa ;-( wyruszyliśmy na plażę i byliśmy tam około 2,5 godz. Słońce nie chciało nas zaszczycić. O 17 wyruszyliśmy do St.Hiacynt z nadzieją, ze będzie msza, tak jak podano w internecie. Po 40 minutach wędrówki okazało się, że msza owszem jest, ale po wcześniejszym uzgodnieniu, bo księdza na miejscu nie ma, a msza była o 8:00. Po krótkiej modlitwie każdy po swojemu wyruszyliśmy w drogę powrotną. O 20:00 udaliśmy się na pożegnanie morza i dokonaliśmy rytualnego opróżnienia butelki szampana, specjalnie na tą okazję wleczonego jeszcze z Polski. Już jutro wyjazd. Tomasz: Po rozstaniu pojechałem na południe,minąłem Bastię i zatrzymałem się w centrum handlowym Furiani na zakupy – muszę kupić wodę i coś do jedzenia oraz jakieś upominki dla najbliższych. Jutro markety zamknięte, a w poniedziałek dzień wyjazdu i może nie być już czasu na spokojne łazenie po sklepach. W markecie szaleństwo – parking zapchany do granic, to chyba najgorsza pora na zakupy, ale nie mam wyjścia. W wózku lądują głównie alkohole – 3 butelki Myrthy, butelka dobrego (reserve) Porto i małe zapasy na dziś i jutro. Wieczór i noc spędziłem na lagunie – ładna, szeroka i piaszczysta plaża, sielankę psują właściciele przyjeżdżający z psami na wieczorny spacer po plaży. W niedzielę rano pojechałem dalej na południe, po drodze dokonuję małego odkrycia – za miejscowością Cassamozza i zjazdem na Corte benzyna jest po 1,40 - tak samo jak w Ajaccio. W Querciolo zauważam strzałkę camping „Europa” myślę „to coś dla mnie” i skręcam – „Europa” okazuje się drugim odkryciem dnia – to chyba najtańszy camping na Korsyce – w szczycie sezonu 3 euro za osobę ! Camping leży bezpośrednio przy plaży, a przy wejściu na nią jest campingowy bar-recepcja – takie campingi lubię najbardziej. Można poczuć się bardzo swojsko, bo camping urządzono w dużym sosnowym lesie, jest płaski i przestronny, gdzieniegdzie jakiś cyprys czy oleander. Uczucie swojskości wzrasta gdy przy prysznicach dostrzegam tabliczkę – „ciepła woda od 19:00 do 22:00”. Dzień spędzam na plaży – lokuję się kilkaset metrów od wyjścia z „Europy” w stronę Bastii – tu pomimo niedzieli jest pusto – w zasięgu wzroku tylko 3 miejscowe rodziny (sądząc z liczby dziadków, dzieci, wujków). Gdy około 13-stej odrywam wzrok od książki i rozglądam się – jestem sam – po rodzinach zostały tylko pozostawione rzeczy – wszyscy zniknęli w pobliskim barku – ten niepozorny bar musi być niezły, skoro wybierają go tubylcy – sprawdzę to wieczorem. Dzień upływa mi na czytaniu, pływaniu, opalaniu i obserwowaniu samolotów, które właśnie tutaj skręcają i rozpoczynają podejście do lądowania na lotnisku pod Bastią. Wieczorem idę plażą do barku (to drugi bar przy plaży, idąc z „Europy” w stronę Bastii, nie licząc baru przy campingu) na kolację - zajmuję miejsce i studiuję menu – zauważam, że kelnerka, która przyszła przyjąć zamówienie „zapuszcza żurawia” na moje rozmówki polsko-francuskie. Okazuje się, że to studentka Uniwersytetu Śląskiego, która pracuje tu wraz z koleżanką – dzięki niej zamawiam „mule”(małże), nad które przyjeżdżają tu ludzie z okolicy, a na przystawkę „Gratin z kraba”. Jedno i drugie to po prostu rewelacja ! Również dzięki niej nie zamawiam flana przed, którym mnie ostrzega, że„tutaj nie jest najlepszy”, tylko wybieram na deser polecony „Creme bruilles” – to absolutny strzał w dziesiątkę. Na koniec od szefa kuchni dostaję gratis espresso i buteleczkę wódki z winogron do degustacji. Piękne zwieńczenie wieczoru i całego pobytu. Odpowiedz Link Zgłoś
monw Poniedziałek, 14 VIII 2006 15.12.06, 20:38 Rano ekipa z Bastii robi zakupy w pobliskim markecie: wina, piwo i wędliny. Tomasz przyjeżdża do Casanovy o 11:20, na camping nie można wjechać, bo dziadek- właściciel zastawił główny wjazd własnym samochodem, pewnie żeby nikt odjechał bez płacenia. Poprzedniego dnia gospodarz „wyciął lepszy numer” - pozbierał wszystkie komórki, które ładowały się w umywalni. Po zapakowaniu do samochodu pojechaliśmy jeszcze na zakupy do Geant’a, kupić rzeczy, które brakowały nam jeszcze do pełni szczęścia - Monika kupuje konfitury z fig oraz pikantną oliwę, Tomasz korsykańską szynkę Lonzo i dwie bliżej nieokreślone wędliny. Jest 13:00 i teoretycznie powinniśmy być w porcie, ale w praktyce mamy 40 minut czasu, lepiej być na końcu kolejki i w Livorno wyjechać na początku. Jednak przejeżdżając obok portu widzimy dłuuugą kolejkę samochodów – pewnie dzisiaj wszyscy przyjechali na 13-stą, nie ryzykujemy więc, tylko wjeżdżamy do portu. Zapominamy, że niemieckie podejście do czasu tu nie obowiązuje, bo jesteśmy w kraju śródziemnomorskim - przekonujemy się, że owa kolejka czeka na prom konkurencyjnej linii Corsica Lines, który wg rozkładu ma odpłynąć o 13:30 a jeszcze nawet nie zaczął załadunku. Nasza kolejka jest krótka - znów przed nami tylko ze 40 samochodów i pewnie znów wylądujemy w najdalszej ładowni. Zresztą nasz prom jeszcze nie przypłynął. Czas się wlecze, wreszcie o 13:30 prom przypływa, rozpoczyna wyładunek, i dopiero po godzinie udaje nam się wjechać by zaparkować na parkingu V6 (przedostatni sektor ładowni). Odpłynęliśmy punktualnie o 15:00, o 19:20 dobiliśmy do brzegu, a przed 20-stą wyjeżdżamy z promu i z kopyta ruszamy do kraju. Nauczeni doświadczeniem z podróży do Livorno, teraz wybieramy drogowskazy na „Fi-Pi-Li” lub „S.G.C. Fi-Pi- Li”, nie obywa się przy tym bez małej pomyłki, ale w końcu wyjeżdżamy na bezpłatną dwupasmówkę i po niecałej godzinie jesteśmy już na autostradzie do Bolonii. Przedtem nowe doświadczenie – tankowanie na bezobsługowej stacji Q8 – z pewną obawą wkładaliśmy banknot 20 euro do automatu, ten gładko go połknął i koniec ! Dopiero po prawie pół minuty dystrybutor został odblokowany i mogliśmy nalać odmierzoną ilość paliwa. Na obwodnicy Bolonii trzeba dwukrotnie zjeżdżać z autostrady (z A1 na A14 i z A14 na A13) żeby znaleźć się na autostradzie do Wenecji, niestety za drugim razem czujność nas opuszcza mijamy zjazd na A13 w kierunku Padova i jedziemy dalej autostradą A14 do Ancony, na następnym zjeździe chcemy zawrócić, ale nie udaje się i lądujemy na lokalnej drodze w kierunku Padova. Po dwudziestu minutach znajdujemy wjazd na autostradę i wszystko wraca do normy. O północy mijamy Wenecję, o drugiej stajemy na ostatniej włoskiej bramce autostradowej przed Tarvisio – szczęki nam opadają gdy pan kasjer wita nas słowami „Dobry wieczór”. Wcześniej na włoskiej stacji benzynowej kupiliśmy austriacką winietkę autostradową – bez tego mielibyśmy problem, bo na granicy nie ma żadnych budek, w których możnaby takową kupić i musielibyśmy jechać pewien czas bez winietki. Robi się chłodno Włochy żegnają nas temperaturą 12 stopni, a po godzinie tuż przed 3:00 termometr pokazuje tylko 7 stopni. Tankujemy za wszystkie euro, które zostały we wspólnej kasie. Przed Grazem wjeżdżamy na remontowany odcinek autostrady – przez kilkanaście kilometrów jedziemy rynną utworzoną przez betonowe separatory – jest w pół do czwartej rano i zmęczenie daje o sobie znać – linie wymalowane na separatorach są przybrudzone i słabo widoczne, ocena odległości szwankuje i wydaje się, że zaraz przywalimy w ten beton, a zjechać nie można. Po kwadransie męka się kończy - wjeżdżamy na normalną drogę i robimy kolejny postój. Następny kryzys przychodzi już po świcie – przed 7:00 zatrzymujemy się na parkingu tuż przed Wiedniem na godzinną drzemkę. Odpowiedz Link Zgłoś
monw Wtorek 15 VIII 2006 18.12.06, 14:23 Sen działa cuda, nawet godzina wystarczy by się zregenerować. Po 8:00 jedziemy dalej – w Austrii również święto - luzy na drogach i Wiedeń przejeżdżamy bezproblemowo. Na drodze do granicy austriacka drogówka czuwa – mercedes S na słowackich numerach, który parę minut temu nas wyprzedził stoi zatrzymany przez patrol z radarem, dopiero przed granicą znów nas dogania. Czechy witają nas deszczem, okazuje się, że w baku mamy pewną nadwyżkę paliwa i zostanie nam po 96 koron na osobę (około 14 zł) – co tu zrobić z takim „bogactwem” ? O 12:30 do polskiej granicy już niedaleko - zatrzymujemy się w Lanskroun - w restauracji na rynku posiadane korony wystarczają na przyzwoite drugie danie i coś do picia – zamawiamy smażony ser z frytkami (Monika i Tomek) i gulasz wołowy z ziemniakami (Tomasz). Basia biega po sklepach w poszukiwaniu koncentratu herbaty z rumem (w takiej plastikowej, kwadratowej, karbowanej butelce). O 13:50 ruszamy dalej w kierunku granicy, pokonujemy ją bezproblemowa. Za Kłodzkiem mijamy samochód w leżący na boku w rowie, przy nim policja i gapie – odzwyczailiśmy się od takich widoków. Do Wrocławia docieramy już po 16-stej, jadąc w kolumnie samochodów wracających z długiego weekendu. Odprowadzamy Basię na pociąg – przed dworcem Tomka zaczepia sztajmes z grzeczną prośbą o wsparcie, Tomek równie grzecznie odpowiada, że nie mamy polskich pieniędzy, w odpowiedzi słyszymy : „nie szkodzi może być 1 euro” - jesteśmy w kraju. Odpowiedz Link Zgłoś
monw Korsyka - podsumowanie :-) 22.12.06, 11:46 Wyprawa udała się w 100% - zrealizowaliśmy nasz plan i objechaliśmy wyspę dookoła, zobaczyliśmy mnóstwo wspaniałych miejsc, wróciliśmy cali, zdrowi i opaleni. Niektórzy z nas są Korsyką zachwyceni, innym tylko się podobała, ale wszyscy chcielibyśmy jeszcze na nią wrócić. Nie jesteśmy ekspertami ani znawcami „od Korsyki”, nie zobaczyliśmy wszystkiego, nie dotarliśmy do wielu miejsc, szczególnie we wnętrzu Korsyki, ale po tym co widzieliśmy polecamy tę wyspę każdemu. Poniżej synteza naszych korsykańskich doświadczeń i spostrzeżeń w formie Słowniczka : Autobusy – rzadki gatunek na Korsyce, nie przystosowany do życia większości obszarów wyspy. Pojedyncze osobniki można spotkać na głównych drogach pomiędzy Bastią i Ajaccio oraz Bastią i Bonifacio. Na wyspie nie ma też związanego z nim ekosystemu Turystyki Zorganizowanej – patrz. Turysta masowy Ceny – wysokie i bardzo wysokie - w przypadku noclegów, gastronomii, benzyny. Pewną ulgę dla kieszeni przynosi powszechna obecność i dostępność marketów i supermarketów – tu jednak kolejny negatyw – nie ma w nich lodówek z napojami i nie można kupić w nich zimnej Coca-Coli czy też piwa. Drogi - Korsykańskie drogi pomimo bardzo dobrej nawierzchni okazały się najtrudniejsze jakimi przyszło jechać naszemu kierowcy, a prowadził on już samochód po drogach od Maroka po Turcję. Góry – to chyba największa i najbardziej niedoceniana atrakcja Korsyki - każda krótsza lub dłuższa wycieczka w korsykańskie góry dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń – dzikie poszarpane szczyty, urocze miasteczka, piękna zielona roślinność. Jeżeli kochasz góry musisz pojechać na Korsykę ! (chociaż niekoniecznie w sierpniu czy lipcu) Kuchnia – jest dobra lub bardzo dobra, nie zdarzyło się nam wyjść z knajpki bez kulinarnej satysfakcji, niezależnie od kategorii lokalu, a ta najczęściej nie była wysoka. Potrawy zasługiwały zawsze na wysoką ocenę ! Nie było żadnej wpadki, żeby np. nie dało się czegoś zjeść. W innych krajach różnie bywało – ale tak wysokiego poziomu nie było w żadnym ! Morze – czyste i przejrzyste, o wzorcowej temperaturze – jest ciepłe ale nie gorące. Duże zasolenie – do pływania niezbędne okulary lub maska, bo mocno szczypie w oczy. Życie podwodne kwitnie – jeżeli tylko możesz, zabierz jakiś sprzęt do nurkowania – okulary i fajka to minimum. Mróz – zjawisko przyrody nie znane na Korsyce Napoleon – na Korsyce poza Ajaccio niezbyt popularny. Noże – połowa asortymentu sklepów z pamiątkami, dominują różne składane koziki i noże – „... scyzoryk, scyzoryk tak za mną wołają ...” Piwo – podawane i sprzedawane najczęściej w objętości 0,25l. Miejscowe gatunki to ciemne piwo Pietra (warzone z kasztanów) oraz jasne Colomba i Serena – są naprawdę dobre. Szeroko dostępny jest Heineken, rzadziej Kronenburg (wodnisty), „1664” oraz Amstel. Plaże – tu każdy może znaleźć coś dla siebie – na wschodnim wybrzeżu są ciągnące się kilometrami plaże piaszczyste, plaże na północ od Bastii są kamieniste lub żwirowe najczęściej w zatokach lub zatoczkach, na zachodnim wybrzeżu plaże są dość zróżnicowane. Są też dwie plaże pokazowe – „karaibskie” Palombaggia i Santa Gulia z białym piaskiem – w sezonie zatłoczone „na maxa”. Pogoda – śródziemnomorska, ale w przyjemnej, złagodzonej wersji (przeciętne dzienne temperatury od 26 do 32 stopnie C). Pewnym zaskoczeniem była dla nas ilość opadów – w czasie 2 tygodniowego pobytu w sierpniu padało 5 razy – pewnie temu wyspa zawdzięcza bujną roślinność. Nie były to opady długotrwałe, ani w żaden sposób dokuczliwe, ale podczas minionych pobytów w Grecji, Hiszpanii czy Portugalii padało raz, dwa albo wcale. Niebo nad Korsyką było też zachmurzone znacznie częściej niż w innych śródziemnomorskich krajach. Przemysł – na Korsyce nie występuje. Z postindustrialnych zjawisk napotkaliśmy pojedyncze wraki samochodów oraz wysypisko śmieci urządzone pod przełęczą Taghime górującą nad Bastią. Roślinność – jest bardzo zróżnicowana - rosną tu zarówno agawy, opuncje, oleandry, drzewa poziomkowe, hibiskusy, fikusy, cyprysy, platany jak i sosny w różnych odmianach, świerki i jodły. Oddzielnie trzeba wspomnieć o kasztanie, którego owoce przez setki lat były podstawą wyżywienia mieszkańców wyspy, a dzisiaj produkuje się z nich m.in piwo Pietra. Roślinności nadaje krajobrazowi Korsyki kolor ciemnej, mocnej zieleni - tak wygląda oglądana z morza. Samochody – większość samochodów na Korsyce ma silnik Diesla, idealny na wąskie, kręte i strome drogi (z racji wysokiego momentu obrotowego). Samochody benzynowe są w mniejszości i dlatego większość stacji benzynowych sprzedaje dwa rodzaje paliwa – olej napędowy oraz benzynę bezołowiową, najczęściej 95 oktanową ale zdarza się też, że na dystrybutorze liczba oktanów nie jest podana. Wśród aut dominują wyroby francuskie : Renault, Peugeot, Citroen, rzadziej niemieckie, potem włoskie, a marek japońskich prawie się nie spotyka. Turysta masowy – ten liczny gatunek rozpowszechniony w wielu atrakcyjnych punktach naszego globu, nie zadomowił się jeszcze na Korsyce. Podstawą jego bytowania są systemy mega-hoteli i turystyczne miasteczka- blokowiska, a tych nie ma jeszcze na Korsyce. Wino – lokalne wina są dostępne w dużym wyborze gatunków i cen. Nie jesteśmy znawcami ani koneserami wina, ale według nas korsykańskie wina są znakomite. Tak jak w przypadku Kuchni – nigdy nie spotkał nas zawód czy też niesmak. Nie trafiliśmy na żadne wino, które byłoby kwaśne, cierpkie czy w inny sposób przykre. Dobre było nawet wino za 1,55. W warunkach campingowych nie sprawdziło się tylko wino różowe, które wymagało schłodzenia przed podaniem – nie mogliśmy spełnić tego wymogu przez co wino dostało od nas słabsze noty – później wybieraliśmy wyłącznie wina czerwone. Zabytki – nie jedź na Korsykę jeżeli głównie nimi jesteś zainteresowany, bo tam jest ich naprawdę mało – megalityczne posągi Filitosy, miejsca związane z Napoleonem w Ajaccio, a w szerszym sensie cytadele w Calvi, Corte, Bonifacio, Porto Vecchio. Odpowiedz Link Zgłoś
monw Korsyka-przykładowe ceny 22.12.06, 11:48 Restauracyjne: Porcja małż – 9 Porcja krewetek - 22 Pstrąg - 8-12 Zupa rybna 6 -8 Piwo Pietra butelkowe 25 cl 3,5 Piwo lane 25cl 3,10 Panache 2,50-4 Wino butelka 4-10 Kawa 1,2-2,5 Sałatka warzywna 7,60 Pizza 13,50-20 Porcja sera 6,10-10 Marketowe ceny: mleko 1l 0,90 i 1/2l 0,58 jogurty 1,64 (4x125G) bagietka 1,8 i 0,61/200g czekolada czarna 200g 1,35 melon 2,50 /szt winogrona 3,95/1kg woda mineralna Zilia 2,76 (6x1,5) pietra 75cl 2,82 Schweppes/Cola 0,79/puszka Wina: Torra Rouge 2,09 Charme Maquis rose 2,24 i 2,09 Monte Cinto Rouge 2,95 Babru Rouge 2,85 Sant Antone Rge 2,85 Chateau Paniccia 2,80 Monte e Mare 2,41 Gaspa Mora1,55 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: labombonera Re: Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Kor IP: *.bulldogdsl.com 03.01.07, 00:39 jakie linie lotnicze poza air france lataja na korsyke i jakie miejsce (spokojne) ktos mogl by polecic chcialbym tam pojechac z zona i z malutkim dzieckiem Odpowiedz Link Zgłoś
majorele Re: Chętnie pojechalibyśmy z kimś kto marzy o Kor 07.08.07, 14:19 z Francji lata na Korsykę AirCorsica www.aircorsica.com/ Odpowiedz Link Zgłoś