joseph80
01.10.04, 12:25
Dla nie wtajemniczonych (choć myślę, że to nazwisko znają wszyscy), Syd
Barrett to założyciel Pink Floyd, jej gitarzysta, wokalista i tekściarz.
Niestety, koledzy z zespołu wypierdzielili go praktycznie po pierwszej,
najlepszej płycie PF, jaka kiedykolwiek powstała w historii zespołu. Nagrał
coś tam jeszcze na drugiej, ale to już były tylko ochłapy. Barrett coraz
bardziej brnął w narkotykowy świat, pogarszając swój stan zdrowia
psychycznego w zastraszającym tempie. Zdążył jeszcze jednak nagrać dwie
płyty. Z których miałem okazję słuchać tylko "Barrett". Wysłuchałem tę płytę
dopiero 7 razy, ale już wiem, że to dzieło może uzależnić.
Ta płyta nie jest tak szalona jak debiut PF. Jednak ten charakterystyczny
śpiew Syda, i wspaniała, leniwa, psychodeliczna atmosfera powodują, że mam
ochotę wciąż słuchać tej płyty. W niektórych momentach płyta jest
zastanawiająco smutna np. Dominoes, ale bywa też bardzo wesoła.
Pozycja obowiązkowa dla każdego fana PF, który lubi "Piper at the Gates of
Dawn". Płyta pokazuje też, że Syd mimo choroby potrafił jeszcze w 70 roku
pisać dobre piosenki, a jednocześnie utwierdza mnie w przekonaniu, że
wywalenie go z PF, było największą głupotą w historii zespołu.
W końcu PF już nigdy nie nagrał tak szalonej, tak wspaniałej płyty z odrobiną
humoru jak debiut. Za to dryfował w stonę jęków i smętów Watersa.
Jeszcze jedno, na płycie Barrett, pogrywają i Gilmour i Wright.
pzdr
Jos