glebogryzarka1
19.06.05, 20:22
Właśnie dostałem do łap album, który jak na razie jest dla mnie albumem roku.
Tym przyjemniejsza jest ta konkluzja, że niespodziewana. Fanem artysty, który
ów album firmuje, nigdy bowiem nie byłem. Tu potrzebna będzie krótka
introdukcja.
Wiele lat temu alfa-und-omega hiphopowej branży, magazyn "Source" ogłosił
wielki konkurs dla MCs pozostających bez kontraktu płytowego - Unsigned Hype.
Nagrodą główną oczywiście była umowa z wytwórnią, a wygrał ją chicagowski
raper Common Sense. Pod tą ksywką zarejestrował dwie płyty, "Can I Borrow a
Dollar?" i "Resurrection" - na tej drugiej znalazł się utwór "I Used to Love
H.E.R.", bezpardonowy atak na sprzedajnych pozerów w biznesie ogólnie, a na
Ice Cube'a szczególnie, który zapewnił Common Sense'owi nieco rozgłosu. Na
trzecim albumie "One Day It'll All Make Sense", sygnowanym już ksywką Common,
nasz bohater spróbował zdyskontować nowo nabyty image i cofnął się do korzeni
swojej osobistej historii i historii muzyki w ogóle, nagrywając płytę ciepłą
i sympatyczną; aczkolwiek straszliwie nierówną i miejscami rażącą
specyficznym pojmowaniem kodeksu moralnego ("Retrospect for Life"), a jego
emceeing zbliżył się do granic absolutu w dziedzinie ignorowania beatu. Potem
było pod tym względem jeszcze gorzej. O ile "Like Water for Chocolate",
kolejna propozycja Commona, została uratowana przez muzyczny geniusz
producentów ?uestlove'a i Jaya Dee, o tyle następnej, "Electric Circus"
uratować nie mogły nawet radykalne (i całkiem udane, trzeba przyznać)
eksperymenty, zbliżające ów album miejscami wręcz do progrocka. Common
eksploatował bowiem wciąż na obydwu wspomnianych płytach gówniany, skrajnie
offbeatowy brak pulsu i akcentów, ze znacznym spiętrzeniem rymów
typu "action/resurrection/direction/satisfaction". Co sprawiło, że prywatnie
uznałem sobie decyzję jury konkursu Unsigned Hype za kwas stulecia.
Aż do teraz.
"Be" jest bowiem płytą genialną. Od pierwszego do ostatniego utworu równą,
wypełnioną doskonałymi rymami, tłustymi beatami, soulem i funkiem ze starych
winylowych płyt. Od masakrującego cudnymi smyczkami, groove'em kontrabasu i
przyjemnie chrupiącym werblem utworu tytułowego, do lirycznego, ozdobionego
gospelowymi chórkami Bilala i ultrabasowym głosem ojca Commona (którego syn
umyślił sobie wpuszczać na ostatni track na każdej płycie) zamknięcia "It's
Your World". Całość zawarta pomiędzy liczy 11 tracków, trwa niecałe 43
minuty, skitów (śmiesznych zawsze tylko za pierwszym razem) brak, wypełniaczy
także.
"Be" można ponadto potraktować jako elementarz hiphopowej produkcji. Już
widzę, jak realizatorzy w całej Polsce zgłębiają rozliczne, według swojego
pojęcia (wyznaczanego przez kamienie milowe w stylu Creed i Nickelback),
błędy w miksie. Bębny na wierzchu, stopy dudnią, blachy nie mają dość góry,
werble tym bardziej, a wokal z kolei schowany z wybitą mocno górą. Ej, no
przecież czytałem w "Estradzie i Studio", że tak się nie robi. Tymczasem
Kanye West i Jay Dee (odpowiedzialni za podkłady na "Be") pokazują mi
monstrualnego wała, stawiając na cieplutkie, niedbałe brzmienie. I dzięki, i
chwała im za to.
1) Be (2:24)
Pierwsze pół minuty gra tylko kontrabas, potem wchodzi prostokątny analog (co
za piękna melodia!), potem oszczędny fortepian, wreszcie śmietnikowy,
miażdżący, równo odmierzający ćwiartki beat i równie miażdżące swoją urodą
smyczki. Wreszcie Common - i mój Boże, co za odmiana! Ten facet trzyma się
beatu! Nie kurczowo, tylko tak jak najbardziej lubię - swobodnie.
Zrelaksowany flow, najeżony podawanymi na akcentach rytmicznych rymami i z
pauzami robionymi tu gdzie powinny być, a nie tu gdzie muszą być, żeby MC się
nie udławił. A jednak można. 10/10
2) The Corner (3:45)
Najbardziej hardcore'owy i "uliczny" numer z płyty. Wolne tempo daje
Commonowi dużo czasu na precyzyjne strzelanie piętrowymi rymami. Gościnny
udział legend czarnej muzyki, The Last Poets, zastępuje refren, co w tak
surowym kawałku akurat doskonale pasuje. 7/10
3) Go (3:44)
Szybszy, przestrzenny kawałek z ultrafunkowymi bębnami i świetnym, choć
natrętnie powtarzanym przez Kanye Westa refrenem. Wersy Commona to
majstersztyk - wpakowane co dwa takty, samplowane wezwanie "go, go, go..."
jest niemal idealnie zgrane z tekstem. 8/10
4) Faithful (3:33)
Patent z przyspieszanymi zaśpiewami wziętymi ze starych soulowych płyt zaczął
już Was nużyć ostatnio? Mnie też. Jest to jedyna wada tego numeru, mocno
trącącego gospel (to piano, te wielogłosy na końcu - rany boskie, to jest
właśnie czarna muzyka, tak powinno to brzmieć!). 8/10
5) Testify (2:36)
Tu aż się chce klaskać. Dyskretny groove basu i hihatów sprawia, że "Testify"
idealnie pasowałby na ścieżkę dźwiękową jakiegoś blaxploitation movie z lat
70. Common w wersie rozpoczętym słowami "the court awaited as the foreman got
the verdict from the bailiff..." pokazuje, jak silny potrafi być jego
emceeing, gdy jest zgrany z rytmem. Wyśmienity numer, wpada w ucho od razu.
9/10
6) Love Is (4:10)
Romantyczny kawałek z melodyjnym refrenem (pochodzącym tym razem z ust
Commona, a nie z wosku pod igłą). Bardzo przyjemny, mimo że trochę,
powiedziałbym, playlistowy. Ale ja bym sobie życzył, żeby każdy kawałek na
listach przebojów miał tyle klasy i smaku co ten. 7/10
7) Chi City (3:27)
Miaucząca gitara, dobrze cięte dęciaki i młócąca bezlitośnie w dole stopa. No
i bezkompromisowo walczący na mikrofonie Common ("The name Com' has never
been involved wit' run, unless its DMC, or runnin' these broads to bein'
free"). Bujamy głowami po raz kolejny, aż do sforsowania karku. Refren w
stylu DJ Premiera - złożony z cutów. 7/10
8) The Food (3:36)
GENIALNE. Mistrzowski numer, z wolnym pulsem i prostym, efektywnym aranżem.
Jeśli "The Food" was nie skłoni do szerokiego uśmiechu, dajcie sobie spokój z
hip hopem w ogóle. Ja nad tym kawałkiem nie potrafię przejść do porządku
dziennego, szczególnie nad pierwszym wejściem Kanyego w refrenie ("I walked
in the crib, got two kids, and my baby mama's late") - tu jest więcej
melodii, radości i luzu niż w całej dyskografii takiej powiedzmy Mariah
Carey. 10/10
9) Real People (2:48)
Funk lat 70 we frontalnym natarciu, dęte na dwóch planach, rasowy rhodes i
typowa progresja molowa I-VII, złamana tylko pomiędzy zwrotkami (które są
jedynym momentem na albumie, gdy przypominamy sobie o starej manierze
rymowania Commona, niestety). 9/10
10) They Say (3:57)
Potężny beat z szesnastkowym hihatem i soulowym śpiewem Johna Legenda. Znów
śliczny rhodes i oszczędna, refleksyjna, spogłosowana gitara. Powtarzam się
nie mogąc napisać nic konkretniej, po prostu posłuchajcie. To dobry objaw,
kiedy nie mam co pisać, bo oznacza, że utwór jest dobry i zawiera wartości
nieprzetłumaczalne na tekst pisany. Poza tym ja zawsze najwięcej piszę o
dźwiękowym syfie. 7/10
11) It's Your World (8:33)
Jedyny nowocześniejszy (co w kontekście tej płyty oznacza, że i tak
oldschoolowy, ale jaśniejszy, z większą zawartością żylety w werblu i
blachach) beat w zestawie. Znów widzę kościół w niedzielę, kiwających się
lewo prawo śpiewaków oraz mistrza ceremonii z misją i mikrofonem przed nimi.
Kwintesencja czarnej muzyki po raz nie wiem który. Stary Commona na końcu
swoją gadką jak zwykle wprowadza trochę pretensji; do wybaczenia, w końcu to
tradycja, a jest to słowo-klucz do zrozumienia "Be". 8/10
No to sumuję. Polecam centralnie wszystkim, może poza jednostkami mającymi
totalną alergię na Murzynów. Jeśli wcześniej ktoś dotarł do rzeczy typu
D'Angelo, Erykah Badu, Jill Scott, albo klasyki gatunku z lat 60/70, a mimo
to hip hop wydaje mu się niestrawny - niech posłucha. Jeśli ktoś postrzega
trendy pozwalające wybijać się miernotom w rodzaju 50 Centa za ubliżające
dobremu smakowi - niech posłucha. Jeśli ktoś szuka doskonałej płyty hip
hopowej - niech posłucha.
9,5/10 i idźcie z Bogiem po ten album.