pytajnick
18.10.05, 18:53
Nie wiem jak Wam podoba się ten album - ni to zaskakujący, ni to wręcz
przeciwnie; ni to odważny, ni to nijaki, przemykający bokiem - ale dla mnie to
jedna z płyt roku, póki co. I to pomimo tego że trwa ponad siedemdziesiąt
minut, co dla mnie zwykle oznacza dyskwalifikację (podobny numer udał się w
tym roku Sufjanowi Stevensowi na "Illinois").
Bynajmniej nie rzuca na kolana, nie powala, nic z tych rzeczy, żadnych
wielkich określeń. Ta płyta zakrada się dyskretnie, krok po kroku,
przesłuchanie po przesłuchaniu, by w którymś momencie, w tydzień czy dwa po
pierwszym spotkaniu z nią, nagle oderwać od czegokolwiek co akurat się robi i
zmusić do pełnej bezwolności, bezmyślnego wręcz wsłuchiwania się w te jakże
naturalne, skromne dźwięki. To taki cichy bohater, w najlepszym stylu sprzed
czterech dekad.
Esencją, streszczeniem albumu może być trwające poniżej minuty "Dragonflys",
choć ja chyba na równi stawiam nieco bardziej konwencjonalne "Inaniel". Ja
wiem, że to niezbyt trafne skojarzenie, ale przy tym utworze natychmiast
przewijają mi się przez głowę obrazy wprost z elfich enklaw Śródziemia. Czasem
ciepła, jesienna nostalgia, czasem nieco więcej radości, ale wszystko poza
czasem i krzykiem współczesnego świata. Cichy, urokliwy album.