pytajnick
11.11.05, 15:26
Jestem pewien, że większośc z Was już dawno ma spotkanie z tą płytą za sobą,
ale czy był już poświęcony jej wątek?
Ja jestem zaskoczony, bo podchodziłem do tej płyty bardzo luźno, myślałem że
będzie taka, jak debiut - bardzo przyjemna, sympatyczna, melodyjna, ale też
bez specjalnych wrażeń. Osobiście po jakimś miesiącu już do "La Maison..." nie
wracałem.
A tu z przesłuchania na przesłuchanie, "Noah's Ark" dyskretnie rośnie we mnie
i zaczyna stawac się "czymś więcej". Niby takie przypadkowe brzmienie i dobór
instrumentów, niby niezobowiązujące piosenki, niby "tylko" ładne, lekkie
melodie... ale razem wprawia mnie to w coraz większe zdumienie. A szczególnie
fantastyczny klimat płyty - aż słów brakuje by to jakoś określić. Zresztą jest
to niepotrzebne, tak jak nie ma co usiłować określić do jakiego gatunku
muzycznego zalicza się "Noah's Ark". Bo nie zalicza się do żadnego, moim zdaniem.
Chyba będzie to jedna z tych "cichych płyt roku", o których nie ma co pisać
wielkich słów, które nie rzucaja na kolana, ale w takie senne, świąteczne
popołudnia jak to dziesiejsze, są po prostu nieocenione. Kawa z ekspresu,
ciastka orzechowe i "Noah's Ark". Siedzieć i patrzyć w okno.
Heh, nigdy bym nie pomyślał po debiucie, że muzyka CocoRosie (przy takim ich
nastawieniu) kiedykolwiek wyda mi się tak bliska. Od pierwszego utworu, przez
fantastyczny duet z Antonym, aż po sam koniec - kameralnie, wręcz intymnie,
bez wzlotów i upadków, ot tak spokojnie toczy się ta historia. I bardzo
pięknie nastraja.