dziewczyna_mickiewicza
24.04.06, 11:59
to jest bardzo dziwna plyta. jest tak niesamowicie nierowna, ze az trudno
sobie to wyobrazic. wyprodukowana przez ethana johnsa, nie ma w sobie prawie
nic ani z "heartbreakera", ani z "gold". wlasciwie kazdy utwor moglby sie
znalezc na innym krazku i byc moze wtedy zostalby w pelni doceniony. z
drugiej strony cala ta nierownosc sprawia, ze kazdy kolejny numer zostaje
wyraznie odgraniczony od poprzedniego. premiera "29" wypadla w zeszlym roku,
gdzies w okolicach grudnia, co pozwolilo adamsowi wyrobic swoj plan minimum
na rok 2005 - trzecia jego propozycja muzyczna pojawila sie w przeciagu
dwunastu miesiecy (a wlasciwie szesciu, bo "cold roses" wyszlo przeciez w
okolicach maja) na sklepowych polkach. w wielu ocenach tej plyty zapomina sie
o jej podstawowym zalozeniu (podobnie bylo z "rock'n'roll"), zarzucajac
niespojnosc, brak ciaglosci i wspomniana wyzej nierownosc. odgorna idea "29"
bylo przedstawienie zycia "in his twenties" autora plyty - kazda piosenka ma
obrazowac kolejny rok. skad wiec brak spojnosci? czemu zaczyna sie
gratefuldeadowskim utworem tytulowym przywodzacym na mysl rytm
nadjezdzajacego z polnocnej karoliny do nyc pociagu z dwudziestoletnim
chlopaczkiem w jednym z przedzialow tylko po to, by pozniej przejsc
w "carolina rain" (ktore wlasciwie mogloby sie spokojnie znalezc
na "jacksonville city nights"), patetyczne "the sadness" (ktore brzmi jak
soundtrack do "desperado 5") i skonczyc epickim, w tekscie pelnym bibilijnych
nawiazan "voices" ("i'll distract gabriel", "elijah don't you come, oh god
don't you come", "that's the sign, and we are never coming back once the
signal is fired")?
gdyby to byla plyta ilustrujaca dziesiec lat zycia jewel, to pewnie jedyna
niejasnoscia byloby nagle przejscie w polowie jej trwania od uroczej
smetliwej piosenki poetyckiej do glupawego lekkiego popu. no ale chodzi o
zycie ryana adamsa - tego, ktoremu serce zlamala winona ryder, nagral projekt
hardcore punk (the finger), rownoczesnie wlasciwie udzielajac sie koncertowo
z... eltonem johnem (trasa crossroads), kochal sie w alanis i meggie white,
ale prawie pobil sie z jackiem whitem, otwieral show stonesow, wywalil z
koncertu fana, ktory krzyczal, zeby zagral "summer of '69", nagral bluzgi na
automatycznej sekretarce dziennikarza muzycznego, ktory na podstawie tego
incydentu zrecenzowal (nie musze chyba dodawac, ze negatywnie) jego plyte i
koncert, wyprodukowal debiutancki krazek swojego kumpla (malin, "the fine art
of self destruction"), zagral w reklamowce gapa, ale od kilku lat nie nagral
teledysku (bo po co?), koncerty gra ze szlugiem w jednej i winem w drugiej
rece, wyglada jak dziadek mroz co najmniej (nie zapominajmy o zepsutych
zebach...), kumpluje sie z casablancasem i orton... oprocz tych wszystkich
plotek i ploteczek, nie nalezy
zapominac: "heartbreakera", "gold", "demolition", "r'n'r", "love is
hell", "cold roses", "jcn" i... co najmniej szesciu nieoficjalnych lp
(np. "destroyer sessions", "suicide handbook", "pinkhearts sessions" czy
ep "exile on franklin street"). oczywiscie, ilosc nie zawsze idzie w jakosc,
ale posrod tego ogromu muzyki, ktora z siebie wylal w przeciagu
swoich "twenties" zadziwiajaco malo bylo powazniejszych wpadek. podsumowaniem
tego wycinka zyciorysu ma byc wlasnie "29". na tej plycie mam swoja ulubiona
czesc - sposrod miszmaszu gatunkow, inspiracji, nastrojow: "strawberry wine" -
"night birds" - "blue sky blues". bardzo spokojne, rozciagniete w czasie
trio z pieknymi, wzruszajacymi tekstami, po czesci opowiadajacymi historie,
po czesci po prostu bedace zestawieniem prostych slow, ktore niewiarygodnie
dobrze wpasowuja sie w kameralne aranzacje: "i'm just sitting here laughing,
little old me and my strawberry wine"/"all the nightbirds sing, we were
suppose to rise above, but we sink"/"blue sky when you gonna learn to rain
and let yourself go blue for once, and let go of the weight you've been
carrying".
no tak, to jest bardzo nierowna plyta. jest jednoczesnie bardzo zla i
niesamowicie dobra. jest eksperymentem, a raczej chyba rodzajem pamietnika,
ktorego hieroglify - i dzwiekowe, i slowne, potrafi odczytac tylko sam autor.
mimo ze otwiera sie tak straszliwie bardzo, ze az sie nie chce patrzec, nie
za wiele mozemy uszczknac z tej ksiegi pelnej wyznan i wspomnien, bo niewiele
z niej zrozumiemy. rebusy, symbole, nawiazania. z drugiej strony, jak zwykle
u adamsa, jest w niej tyle uniwersalnych emocji, ze trudno nie znalezc czegos
dla siebie.
adams wypelnil bolesnie swoje zobowiazanie, ale wydaje mi sie, ze ta plyta
skazana byla z gory na porazke w znaczeniu ogolu i autor mial tego
swiadomosc. ale on zawsze przeciez robi wszystko po swojemu. mimo tej
nieciaglosci, nierownosci, ciezko mi sobie wyobrazic obecnie dyskografie
adamsa bez tej plyty. trudno powiedziec, co bedzie dalej. 2005 rok byl dla
tego artysty powrotem do przeszlosci, do korzeni swojej tworczosc. od czasow
whiskeytown i "heartbreakera" minelo, plus minus, dziesiec lat. zatoczyl
swego rodzaju muzyczne kolo. co teraz? coz, to wie tylko ryan adams.