braineater
07.09.07, 12:16
`czyli totalna podjara na dwa chuje w górę (copyright by Carmody). O poprzednim Finku - Biscuits for Breakfast pisał tu kiedyś Settembrini, któren i tę płytę mi zresztą wkręcił (dankeszyjn, bwana) - i po 8 przesłuchaniach od wczoraj, zarówno pod wpływem środków wziewnych i wlewnych, jak i absolutnie na trzeźwo, stwierdzam, że na dzień 9 września, czy który tam dziś jest, mam płyte roku. Biscuitsy były zajebiste, Distance and time to po prostu budożer hiciaków, z których numer po numerze po prostu miażdży. Zaczyna się od spokojnego, blusowego kawałka z pogłosami i genialnym tekstem o soft tajgerach, by potem z minuty na minutę rozkręcać się coraz bardziej aż do kulminacji w If Only i Blueberry Pancakes, które najzwyczajniej w świecie są dwoma najlepszymi wąłkami, jakie w tym roku słyszałem. Pomieszane na tej płycie jest wszystko - blusy, soule, odrobina tortoisowania w rytmach, produkcja jak z cudownego Silur Tarwatera, ale wymiata przede wszystkim wokal i tekst, przy którym Chriss Isaac to pogodny spiewak, tworzący wesołe i rozświetlone słońcem piosenki. Zdecydowanie płyta, co może się podobac i indiańcowm, i blusowcom, i postrockowcom, i elektronikom - po prostu nie ma chuja we wsi, żeby tak zajebiste, pozornie proste kompozycje nie zażarły u każdego, komu się chce posłuchać muzyki.
Jego Pejs z tubą singlową z nowej płyty :
www.myspace.com/finkmusic
mocno indiańska, ale to i tak tylko kawąłek wszystkiego, co pokazał na Distance and time.
P:)