carmody
15.10.07, 13:41
Wątek nierozwojowy, ale skoro narzeka się na forumowy dołek nie jest
to istotne.
Święto wielkie, bo z Marsa przyleciały Myszy, wylądował też Parov
Stelar, co to mieli ludzi na funkującą masę mięsną, a że Fabryka
Trzciny jest dużym klubem zmieściło się też ego Jimiego Tenora.
Grali też inni, ale z carską ingorancją omijałem te występy by
konsumować alkohol, palić drogie papierosy i obserwować piękne
kobiety. Choć nie do końca - bo na wstępie trafiłem na skład
Mikrowafle. No ładnie się to zapowiadało - na wokalu ciemnoskóra
kobieta o blond włosach, zespół przebrany w mundury, projektor
naświetla ściany sowieckim S-F i filmami przyrodniczymi z lat
80tych. Gorzej z muzyką - taka uboga boleśnie wersja tego, co kiedyś
robili Super Girl & Romantic Boys. A dodam, że oni też świetni nie
byli. Hextatica końcówkę mogłem obejrzeć zamiast tego, ale ze szkłem
nie wpuszczali na aulę. Zresztą przyszedłem tam na Mausów.
I Mausów dostałem. I byli świetni. O genialności tego setu napisać
nie potrafię, fajowości nie oddam. Tyle zaznaczę, że był raczej
varschatzowy niż np. idiologiczny. I to jedyne czego mi brakowało -
tych wszystkich elektronicznych ska-fikołków i barokowych
popierdółek, za które tak kocham "Niun Niggung" i "Idiology"
właśnie. Były motywy, ale klimat inny. Zdziwiło mnie, że nie pojawił
się świetny singiel "Wipe That Sound" z najgorszej ich
płyty "Radical Connector". W ogóle nie pamiętam żadnych dźwięków z
owej. Ale generalnie rozkurw.
Drugiego dnia prawie spóźniłem się na Parova Stelara i band, więc
wbiegłem na salę, gdzie bieg przerodził się w radosne gibanie się do
ultra-pozytywnych dźwięków Austryjaków. Chwalony przez Braina i
rzeczywiście świetny bootleg live @Roxy sprawił, że oczekiwania
miałem naprawdę spore. Parov Stelar na żywo przerósł je
kilkukrotnie. Najlepszy koncert festiwalu, najlepsza atmosfera.
Fikać funki lub patrzeć na ładniutką Gabrielle Hanninen tańczącą na
scenie. Nie cierpię takiego stylu grania na saksofonie jaki
najczęściej przejawia Markus Ecklmayr, ale facet jest świetny i do
Stelarów pasuje idealnie. Razem z basistą cieszyli się jak dzieci,
cieżko powiedzieć, czy ta udzielała im się radocha publiczności, czy
czy było na odwrót. Kawałki z nowej płyty "Shine" gorsze od reszty,
ale było ich malutko. Poza tym na żywo brzmią sto dwadzieścia osiem
razy lepiej niż na albumie. Po ich występie Tenor mógł spierdalać z
powrotem do Finów.
Tenor. Płyty z Kabu Kabu jeszcze nie słyszałem. I chyba nie
posłucham. Bo przyzwoite to było, energia płynęła w dobrą stronę.
Nudno było. Gdyby nie szołmeństwo Tenora, koncert byłby stracony. Bo
mimo wszystko miałem radochę patrząc jak Jimi zachowuje się na
scenie. Wyginał się, pokrzykiwał, wżeniał publice klimaty przed
poszczególnymi piosenkami, starał się chłopina. Grał na którejś ze
swoich maszynek do robienia hałasu - na takiej, co obsługuje się jak
teremin, ale wydaje dźwięki kosiarki do trawy. Na bis przeboje i
najlepszy moment koncertu - "I can't stay with you baby". Tyle.
Podobało mi się bardzo.
W Fabryce Trzciny powinno organizować się więcej fajnych koncertów,
bo lepszego miejsca na duży klubowy koncert w stolicy nie ma (Rosin
w Stodole, nosz....).