Dodaj do ulubionych

Kotlina Pobuża

29.08.03, 16:09
Jeszcze nie skończyłem spisywać relacji z poprzedniej wyprawy na Roztocze i
dalej na południe, a w międzyczasie odbyłem kolejny wypad na Dziki Wschód.
Tym razem (w minioną sobotę) zrobiliśmy z kolegą na rowerach około 110 km,
głównie na północ i północny wschód od Hrebennego. Tereny może nie tak
ciekawe, jak te z poprzedniego wyjazdu, ale kilka interesujących miejsc udało
się zobaczyć. Spróbuję kilka słów o najciekawszych miejscach i spotkanych
ludziach napisać w przyszłym tygodniu.
Obserwuj wątek
    • ralston Siedliska, Prusie 02.09.03, 12:04
      Z Lublina samochodem dojeżdżamy do Hrebennego, tuż przed przejściem granicznym
      skręcamy na południe i dojeżdżamy do Siedlisk. Samochód parkujemy na tyłach
      wiejskiego sklepu, dzięki uprzejmości właścicielki i przesiadamy się na rowery.
      Na dziś zaplanowane mamy około 100 kilometrów – nie ma czasu na marudzenie -
      pierwszy postój robimy więc dopiero po przejechaniu kilkudziesięciu metrów. A
      to, żeby przyjrzeć się z bliska ładnej, murowanej cerkiewce greckokatolickiej,
      wzniesionej tu w 1901 roku, na miejscu starszej, drewnianej. Przed budynkiem
      cerkwi stoi kolorowa figura, przedstawiająca jej patrona – św. Mikołaja. Przez
      dziurkę od klucza w drzwiach, zaglądamy do środka. Wewnątrz widać resztki
      ikonostasu, pochodzącego ze starej cerkwi. Niestety niewiele da się zobaczyć
      przez mały otwór, poza tym, że ikonostas jest niekompletny a i to, co się
      ostało jest w nienajlepszym stanie... Z tyłu budynku ustawiono rusztowania,
      wokół widać ślady zaprawy i materiałów budowlanych. Remontuje się. Zupełnie
      dobrze miewa się za to drewniana XIX-wieczna dzwonnica, kryta gontem.
      Z Siedlisk kierujemy najpierw drogą na zachód, potem leśnymi dróżkami skręcamy
      na południe i przez piachy przedzieramy się do wsi Prusie. Tu zatrzymujemy się
      przy drewnianej cerkwi greckokatolickiej p.w. Narodzenia NMP, użytkowanej
      obecnie jako kościół katolicki. Przewodnik podaje datę wybudowania: 1899,
      tymczasem na nadprożu odnajdujemy drewnianą tabliczkę z wyrytym napisem „1887
      Pik” (ukr. rok) a na drewnianej dzwonnicy, podobną, z datą 1897. Dach i kopuła
      kościoła błyszczą (i to już z daleka) nową blachą ocynkowaną, widać też świeże,
      jasne drewno w górnej części budynku. Od trzech kobiet porządkujących nagrobki
      na przycerkiewnym cmentarzu dowiadujemy się, że wykonano tu duże prace
      remontowe po tym, jak sześć lat temu przeszła nad wsią nawałnica, która zerwała
      dach nie tylko z cerkwi, ale też z kilku domów i budynków gospodarczych. Ponoć
      naraz ciemno się zrobiło jak w nocy, zwierzęta zaczęły przestraszone ryczeć a
      chwilę później przeszła trąba powietrzna. Po chwili między kobietami powstaje
      spór o rozmiary zniszczeń i stopień grozy, ale my podziwiamy już liczne
      bruśnieńskie nagrobki, przemieszane z tymi współczesnymi z lastryko, a
      następnie udajemy się na poszukiwanie młyna nad płynącą w dole Ratę. Młyna
      odnaleźć się nie udaje (nic dziwnego – na najnowszej mapie jest oznaczony jako
      zaledwie miejsce po młynie, więc wypada uznać tę informację za bardziej
      wiarygodną niż tę z przewodnika). Odnajdujemy za to ładne miejsce nad rzeką – w
      sam raz takie na przygotowanie śniadania. Są nawet ławeczki i palenisko.
      Słońce dogrzewa mocno, woda w rzeczce szemrze, pogoda zupełnie jeszcze letnia,
      bociany ciągle na swoich gniazdach, brak jakichkolwiek znaków zbliżającej się
      jesieni...
      • anka1 Re: Siedliska, Prusie 02.09.03, 13:25
        i znow mi apetytu narobiles, Rals :)
        • ralston Re: Siedliska, Prusie 02.09.03, 13:48
          Rozumiem, że apetyt to reakcja na wzmiankę o śniadaniu?
          • anka1 Re: Siedliska, Prusie 02.09.03, 15:14
            tez :)
            ale bardziej rosnie mi apetyt na twoje opowiesci. im ich wiecej tym bardziej
            chce mi sie je czytac.
            • ralston Re: Siedliska, Prusie 02.09.03, 15:39
              Ojej - naprawdę ktoś to czyta? Cały czas mam wrażenie, że jednak przynudzam...
              Ale skoro tak, to biorę to za dobrą monetę i może jeszcze dzisiaj uda mi się
              zamieścić kolejny odcinek...
    • ralston Siedliskie historie... 02.09.03, 17:59
      Z Prusia wracamy do Siedlisk tą samą piaszczystą drogą przez las. Na początek
      skręcamy przez mostek na Prutniku i zaglądamy na cmentarz. Do granicy jest stąd
      mniej niż kilometr. Cmentarz jest większy niż ten w Prusiu i podobnie jak tam
      zupełnie współczesne, na ogół nieładne nagrobki są tu przemieszane ze starymi
      krzyżami i nagrobkami bruśnieńskimi. Te ostatnie przestają pomału już robić na
      mnie wrażenie – i tak nic nie jest chyba w stanie przebić zapomnianego,
      skrytego cmentarza w Starym Brusnie...
      Następny punkt programu, to miejscowy kościół. Ładnie położony, na niewielkim
      wzniesieniu, w otoczeniu starych drzew, góruje nad wsią. Teren wokół zadbany,
      trawa soczysta, wystrzyżona. Kiedyś była to zresztą część parku dworskiego
      Sapiehów. Zreszta sam kościół jest niczym innym jak dawną kaplicą grobową
      tychże. Najpierw odnajdujemy leżące obok kościoła fragmenty skamieniałych
      drzew – ot ciekawostka przyrodnicza – pochodzące z trzeciorzędu pnie wyglądają
      jakby były wykonane z szarobrązowego krzemienia. Jeden z nich służy jako
      postument pod figurą Matki Bożej w przykościelnej kapliczce.
      Zaglądamy do środka kościoła. Wnętrze jest raczej skromne. Uwagę przykuwają
      niewielkich rozmiarów obrazki drogi krzyżowej – każdy zaopatrzony w mosiężną
      tabliczkę z wyrytym imieniem i nazwiskiem kogoś z rodu Sapiehów lub jakimś
      patriotycznym napisem. Jako że jest sobota – wewnątrz znajdujemy dwie starsze
      panie, które sprzątają kościół i układają kwiaty. Jedna z pań daje się
      naciągnąć na rozmowę – siadamy więc w ciasnych drewnianych ławkach i słuchamy z
      uwagą...
      Babcia opowiada o tym, że teraz Siedliska to samodzielna parafia, ale przed
      wojną ksiądz tu dojeżdżał z Rawy Ruskiej (dzisiaj Ukraina). Wspomina księcia
      Pawła Sapiehę jako dobrego pana, który pozwalał mieszkańcom wsi korzystać z
      własnej kaplicy grobowej, jako kościoła. Podobno zwykł był mawiać: „tyś jest
      Rusin – módl się po rusku, tyś jest Polak – módl się po polsku”. Zgodnie z tą
      ideą Rusinom ufundował cerkiew (tę którą oglądaliśmy – św. Mikołaja) a Polakom
      dał na kościół swoją dworską kaplicę. We wspomnieniach babci ludzie żyli tu od
      dawien dawna w zgodzie i pokoju, waśni na tle religijnym nie było, „ludzie się
      ta lubili...”
      Kiedy książe zmarł, pochowano go w krypcie pod ołtarzem. Spokoju jednak po
      śmierci nie zaznał. Kiedy w 1939 roku weszli sowieci, splądrowali kościół,
      łomami porozbijali stalle, pozrywali obrazy. Trumnę z ciałem księcia wywlekli z
      krypty i wyrzucili otwartą pod sosny rosnące przy murze kościoła. Ciało leżało
      tak cały dzień, po czym w nocy zostało pochowane przez chłopów przy kościele a
      potem potajemnie przeniesione na cmentarz. Babcia opowiadała również o
      dzieciach księcia. Jeden z synów zginął według niej w walce z Ukraińcami w1918
      r. Tu babcia nagle się zreflektowała – „A może wy Ukraincy, a ja tak gadam...”
      Zaprzeczyliśmy, więc ciągnęła dalej swą opowieść. Drugi syn księcia prywatnym
      samolotem uciekł w 1939 roku przed wkroczeniem okupantów. Książe miał również
      trzy córki: Matyldę, Elżbietę i Marię. Ta pierwsza miała swego czasu wielu
      konkurentów, różnych hrabiów, ale ponoć książe mawiał „hrabia –grabia” i
      absztyfikantów odrzucał. A Matylda w końcu się zbuntowała i wyszła za mąż za
      aktora Juliusza Osterwę... Dzisiaj jej córkę można spotkać w Siedliskach.
      Wnuczka księcia prawdopodobnie stara się odzyskać utracone dobra. Niewiele tego
      co prawda zostało, bo dwór spłonął w 1944 roku, podpalony przez UPA. Z dworem
      wiąże się zresztą kolejna ciekawa historia a z UPA jeszcze inna. Najpierw dwór:
      otóż został on wybudowany na miejscu innego, starego dworu. Poprzedni cieszył
      się złą sławą. Coś w nim podobno straszyło, działy się różne dziwne rzeczy.
      Ludzie mówili, że to dlatego, że piasek do jego budowy był wybierany w miejscu,
      gdzie były żołnierskie mogiły z XVII-wiecznych wojen. Dopiero kiedy książe
      nakazał dwór rozebrać a materiały zostały wykorzystane do budowy cerkwi,
      zjawiska ustały.
      Z UPA wiąże się zaś inna ciekawa historia. Otóż jej aktywność w tym rejonie
      była szczególnie duża, o czym pisałem na wątku o Roztoczu. Upowcy spalili
      między innymi posterunek milicji w Hrebennem i zabili tam komendanta. Natomiast
      w Siedliskach panował spokój. Był on efektem bardzo nietypowego sojuszu z
      miejscowym MO, nietypowego, bo UPA wszędzie bardzo intensywnie zwalczała
      komunistyczne władze. Tymczasem tutaj milicjanci znali się dobrze z czasów
      szkolnych z partyzantami UPA, a kochanka komendanta MO była członkinią UPA.
      Współpraca kwitła w najlepsze: UPA pozostawiała milicjantów przy życiu, a ci
      raportowali że mają spokój w terenie i udzielali schronienia oddziałom, które
      wycofywały się po walkach na ich teren. O stopniu zażyłości mogą też świadczyć
      wspólne libacje czy to, że milicjanci pożyczali od ukraińskich kolegów broń na
      polowania. Trwało to około trzech lat. Sprawa się wydała w 1947 roku. Komendant
      MO i jego zastępca wyszli na wolność w 1954...
      • chatka_ Re: Siedliskie historie... 02.09.03, 18:44
        Jeszcze roztoczanskich opowiastek nie skonczylam czytac a juz sa kolejne,
        pobuzanskie :) Nie dlatego ze sa dlugie, ale najogolniej mowiac pogoda nie
        sprzyjala. Dopiero w tak chlodne i dzdzyste dni jak dzis przychodzi nastroj na
        czytanie i ...pisanie wspomnien:) Herbatka zaparzona, biegne po serniczek i
        koc, i zabieram do lektury.
        • ralston Re: Siedliskie historie... 02.09.03, 18:49
          chatka_ napisała:

          > Jeszcze roztoczanskich opowiastek nie skonczylam czytac a juz sa kolejne,
          > pobuzanskie :) Nie dlatego ze sa dlugie, ale najogolniej mowiac pogoda nie
          > sprzyjala. Dopiero w tak chlodne i dzdzyste dni jak dzis przychodzi nastroj
          na
          > czytanie i ...pisanie wspomnien:) Herbatka zaparzona, biegne po serniczek i
          > koc, i zabieram do lektury.


          Ściślej rzecz biorąc, to ciągle jeszcze roztoczańskie, póki co. Na południe od
          Hrebennego to jeszcze Roztocze. Nie zdążyliśmy Siedlisk i Prusia odwiedzić
          poprzednim razem, więc przy tej wyprawie zaczęliśmy od uzupełniania
          zaległości :) Pobuże (po ukrainskiej stronie granicy nazywają to Małe Polesie)
          zacznie się dopiero od Hrebennego na północ - ale to już raczej w następnym
          tygodniu, bo cosik mi się wydaje, że w tym nie będę miał za wiele czasu na
          pisanie...
        • ralston Re: Siedliskie historie... 02.09.03, 21:37
          chatka_ napisała:

          > Jeszcze roztoczanskich opowiastek nie skonczylam czytac a juz sa kolejne,
          > pobuzanskie :) Nie dlatego ze sa dlugie, ale najogolniej mowiac pogoda nie
          > sprzyjala. Dopiero w tak chlodne i dzdzyste dni jak dzis przychodzi nastroj
          na
          > czytanie i ...pisanie wspomnien:) Herbatka zaparzona, biegne po serniczek i
          > koc, i zabieram do lektury.


          A to się Chatka zaczytała... Od siódmej ani mru, mru... Cięgiem ino czyta i
          czyta ;)))
          • chatka_ Re: Siedliskie historie... 02.09.03, 23:54
            ralston napisał:


            > A to się Chatka zaczytała... Od siódmej ani mru, mru... Cięgiem ino czyta i
            > czyta ;)))


            :))))))))))))))))))))
    • ralston Hrebenne 07.09.03, 22:53
      Najbardziej rzucającym się elementem krajobrazu jest długi na kilka kilometrów
      rząd TIR-ów, ustawionych w kolejce do przejścia granicznego. Przez chwilę
      jedziemy wzdłuż kolumny ciężarówek, wypatrując po lewej stronie
      greckokatolickiej cerkwi św. Mikołaja. I tak wciąż wypatrując dojeżdżamy do
      samej granicy. Znowu udało się przegapić, choć wcześniej wyraźnie widzieliśmy
      ją w drodze z Siedlisk. Wracając stwierdzamy, że musi być ukryta w kępie drzew,
      na skarpie nad drogą. Wspinamy się więc mozolnie, stopniowo zmniejszając
      przerzutki na najmniejsze przełożenia. Na szczycie wzgórza z ulgą zsiadamy z
      rowerów. Warto się było pomęczyć – cerkiew prezentuje się niezwykle okazale.
      Prowadzi do niej murowana brama z niedużą wieżyczką. Sama cerkiew wybudowana
      została w XVII wieku, choć nie ma całkowitej pewności, czy było to blisko 1600
      roku, czy raczej jak podają inne źródła 1697 roku. Z całą pewnością była potem
      przebudowywana, ale wciąż pozostaje jednym z najpiekniejszych tego typu
      obiektów w Polsce. Trzy ośmioboczne kopuły, kiedyś kryte gontem, dziś przykrywa
      wątpliwej urody blacha, ale bryła świątyni jest nadzwyczaj foremna. Typowe trzy
      części: babiniec, nawa i prezbiterium są bardzo wyraźnie wyodrębnione. Czwarta –
      zakrystia została dobudowana później. Cerkiew jest wysoka – trójkondygnacyjna,
      każdą z kondygnacji oddziela szeroki okap. Kopuły są zakończone tzw.
      latarniami. Niestety nie udaje się nam zajrzeć do środka. Chociaż cerkiew jest
      wykorzystywana jako kościół katolicki (w 1947 r. wysiedlono całą ludność
      pochodzenia ukraińskiego, czyli ponad połowę Hrebennego), to z racji na to, że
      leży trochę na uboczu – na codzień jest zamknięta. Dzisiaj, kiedy część
      ludności powróciła z wysiedleń, co czwarte nabożeństwo odbywa się tu w obrządku
      wschodnim. Bez prolemów możemy za to zajrzeć do środka drewnianej XVIII
      wiecznej dzwonnicy. Dzwonnica jest dwukondygnacyjna i tu również pięterko od
      parteru odcięte jest szerokim, blaszanym okapem. Wspinamy się na górę i
      podziwiamy z bliska dwa piękne dzwony odlane w znanej, przemyskiej odlewni
      dzwonów, braci Felczyńskich. Jeden z nich zdobią napisy wypisane cyrylicą,
      drugi „łacinką”.
      Nie starcza nam determinacji, żeby odnaleźć przycerkiewny cmentarz, o którym
      wspomina przewodnik. Penetrujemy co prawda okoliczne krzaki, niestety bez
      skutku. Mapa, mimo że dość dokładna (1:50.000), pokazuje tylko jeden z dwóch
      cmentarzy wymienionych w przewodniku. Z dalszych poszukiwań rezygnujemy, bo w
      planach na dziś jeszcze mnóstwo kilometrów do przejechania a czas zaczyna
      gonić. Zjeżdżamy z góry i po chwili znajdujemy się przy drugim z cmentarzy,
      położonym na północnym skraju wsi. Pośród współczesnych nagrobków widać tu
      pojedyncze krzyże bruśnieńskie, ale te już się nam trochę opatrzyły i nie
      odnajdujemy nic, co by z daleka przykuwało uwagę. Nie zsiadając z rowerów
      ruszamy więc na Kornie...
      • anka1 Re: Hrebenne 17.09.03, 10:52
        Rals jak masz czas to pisz dalej, dobrze?
        • ralston Re: Hrebenne 17.09.03, 11:05
          Anulka - prawie każdą wolną chwilę temu poświęcam. Tylko, że to nie tylko samo
          pisanie. Często przedtem muszę pogrzebać po necie, po przewodnikach, spróbować
          potwierdzić, to co usłyszałem na miejscu, albo sprawdzić co dokładnie
          widziałem, kiedy nie jestem pewny. A tu tak mi się ostatnio składa, że zanim
          zdąże opisać jedną podróż już następną odbywam. Pobuże jeszcze będzie -
          obiecuję. W najbliższą sobotę odbieram z zakładu "pamięć zewnętrzną" w postaci
          slajdów :) Wtedy spróbuję pociągnąć to dalej, na przemian ze wspominkami i
          wrażeniami z Białorusi. A właściwie to ściślej rzecz biorąc - z Rusi Czarnej :)
          • anka1 Re: Hrebenne 17.09.03, 15:00
            zeby to wszyscy byli tak rzetelni ...
            bede czekac cierpliwie na cd :)
            • ralston Re: Hrebenne 17.09.03, 17:11
              anka1 napisała:

              > zeby to wszyscy byli tak rzetelni ...
              > bede czekac cierpliwie na cd :)

              Z tą rzetelnością to nie jest sprawa prosta. Bo, żeby tak do końca być
              rzetelnym to pewnie trzebaby zaznaczać jeszcze bardzo wyraźnie, co pochodzi ze
              sprawdzonych źródeł, a co tylko z przekazów ustnych, z historii zasłyszanych.
              Czasami jest tak, że coś wiem, tylko nie wiem skąd i nie potrafię juz odnaleźć
              źródeł, ale zresztą - to nie ma być w końcu jakaś praca naukowa. Ot, jakieś
              minimum staranności i tyle. :)
              • anka1 Re: Hrebenne 18.09.03, 12:49
                powiedzialabym : az tyle :)
    • ralston Kornie 22.09.03, 11:54


      Po krótkiej jeździe opłotkami Hrebennego docierami do wsi Kornie. Wieś - przed
      wojną pewnie spora – dzisiaj zabudowań zostało raczej niewiele. Ten, kto
      chciałby szukać mieszkańców tej osady, musiałby się udać w rejon Nowego Dworu
      Gdańskiego i Mierzei Wiślanej. Tam właśnie – do Żelichowa, Marzęcina,
      Ostaszewa, Stegny, Sztutowa, Jantaru i samego Nowego Dworu Gdańskiego -
      wysiedlono w 1947 roku dawną ludność stąd i z pobliskiego Uhrynowa (obecnie
      Ukraina). Dzisiaj stanowią tam zwartą społeczność, która raz w roku w dniu
      święta św. Paraskewii przyjeżdża do Korni na nabożeństwo w tutejszej cerkwi.
      Cerkiew wybudowano w 1910 roku, na miejscu starszej drewnianej. Podobno
      niektóre elementy z jej wyposażenia, m.in. zabytkowe ruskie księgi liturgiczne
      i jakieś ikony, zachowały się i zostały umieszczone w nowym budynku. Niestety
      nie możemy ich obejrzeć, bo cerkiew (wykorzystywana od około dwudziestu lat
      jako kościół rzymskokatolicki) jest zamknięta. Oglądamy więc z bliska
      drewnianą, krytą gontem dzwonnicę z XVIII wieku. Ma bardzo ciekawą konstrukcję,
      bo lekka, ażurowa, zbudowana ze słupów dolna część podtrzymuje górną, która
      zdaje się być znacznie bardziej masywna. Mariusz oczywiście wdrapuje się na
      górę. Ja udaję się na cmentarz, leżący tuż za cerkwią. Pośród wielu starych
      nagrobków bruśnieńskich znajdują się też świadectwa historii najnowszej –
      wspólna mogiła zamordowanych przez NKWD w maju 1945 r. i wzniesiony niedawno ni
      to nagrobek, ni to pomnik w postaci dwóch żelaznych krzyży, z wplecionym u góry
      znakiem tryzuba i napisem poświęconym 22 mieszkańcom Korni, poległym w walkach
      o wolność Ukrainy. Nazwa UPA nie pada, ale wiadomo o co chodzi...
      Kierujemy się dalej na północ, drogą która składa się chyba z samych dziur.
      Robi mi się niedobrze na myśl, że najprawdopodobniej wracać będziemy nią w
      całkowitych ciemnościach. Po obu stronach dokąd tylko możemy sięgnąć wzrokiem
      rośnie kukurydza. Widać jednak, że susza dała się jej we znaki, bo chwilami
      bardziej przypomina trzcinę. I tak po kilku kilometrach monotonnego kręcenia,
      dojeżdżamy do Starego Machnowa. Jak zwykle budzimy zainteresowanie miejscowych
      dzieciaków i wymieniamy głośne „dzień dobry” z dorosłymi mieszkańcami.
      Zaglądamy na chwilę do miejscowego kościoła, urządzonego w dawnej cerkwii, ale
      nic specjalnego nie przykuwa tu uwagi. Nie ma też nikogo, kogo można by było
      pociągnąć za język w poszukiwaniu jakichś ciekawych histrorii. Ruszamy więc
      dalej i po kilku minutach dojeżdżamy do Nowego Machnowa. To nieco większa wieś,
      powstała wokół PGR-u. Są nawet dwa sklepy. W jednym z nich uzupełniamy zapas
      wody i siedząc na ławeczkach pod parasolem, przy schłodzonym piwie podejmujemy
      decyzję, że dołożymy parę kilometrów do naszej trasy i znowu odbijemy w stronę
      granicy, żeby zajrzeć do wsi Wierzbica.
    • ralston Spalić i zaorać... 25.09.03, 15:48
      Po obu stronach drogi ciągną się pola. Od razu poznać, że PGR-owskie, bo nie
      pocięte drobną szachownicą, a rozległe, ciągnące się niemal po horyzont. Smutne
      już trochę, bo uprzątnięte po żniwach, tworzą wrażenie rozległej pustki, w
      której nic nie mąci szarej barwy ziemi. Jedynie po lewej stronie łamie tę
      pustkę długi rząd topoli. Spodziewać możnaby się drogi, nad którą rozsiadły się
      drzewa, tymczasem, kiedy podjeżdżamy bliżej okazuje się, że żadnej drogi nie
      ma, a topole po prostu przecinają równym rzędem, puste pole. Wiele już miejsc
      po dawnych wsiach widziałem, czasem tylko płaskie miejsca po domach, czasem
      tylko drzewa owocowe, gdzieś w środku lasu - ale takie, w którym nawet drogę
      zaorano widzę po raz pierwszy. Nie mam przedwojennych map, żeby zlokalizować
      jaka dokładnie wieś się tutaj mieściła. Takich, które w całości wysiedlono i
      zaorano po PGR-owskie pola w najbliższej okolicy było conajmniej kilka. Zresztą
      być może kiedyś sięgała tu sama Wierzbica, do której dojeżdżamy. Przed wojną
      była to w końcu spora, bo ponad półtora tysiąca mieszkańców licząca, wieś. Z
      łatwością można zlokalizować to, co dziś po wsi pozostało. W bliższej kępie
      drzew odnajdujemy greckokatolicki cmentarz, w drugiej, widocznej w odległości
      niespełna kilometra najprawdopodobniej znajduje się dwór.
      Nekropolia, zgodnie z przewidywaniami, odsłania przed nami rzędy nagrobków
      bruśnieńskich. W większości są to kamienne krzyże różnych kształtów, które
      trochę się nam już zdążyły opatrzeć i ciekaw jestem jak daleko jeszcze
      przyjdzie nam jechać na północ, żeby przestać je spotykać, ale pośród nagrobków
      trafia się też kilka pięknych rzeźb. Szczególnie zachwyca jeden z pomników,
      znajdujący się gdzieś po środku cmentarza. Przedstawia jakąś młodą dziewczynę,
      klęczącą u stóp krzyża, z twarzą uniesioną do góry i ramionami obejmującymi
      krzyż. Czas obszedł się z posągiem okrutnie: jedno ramię odpadło – pozostały
      jedynie palce, kurczowo uczepione krzyża, twarz zeszpeciły odpryski kamienia,
      fałdy sukni, tu i ówdzie się wygładziły... Jak długo jeszcze podobne dzieła
      będą niszczały? Tak wiele wojen zabrało nam tak liczne ślady kultury
      materialnej a teraz i te, które pozostały, pomału odchodzą w niepamięć...
      W innej części cmentarza odnajdujemy jeszcze jedną ciekawostkę, tyle, że
      bardziej współczesną – nagrobek-pomnik z czarnego kamienia. Na nim napis: „U
      barotbi za wolju Ukrainy w sieli Wierbica z riznych cziastji UPA zaginuło ponad
      100 osib. Wicznaja im pamiat’ ” Pomnik zdobią dwa znaki tryzuba. Pod pomnikiem
      kwiaty z szarfami w narodowych barwach Ukrainy. Ogarnia mnie ciekawość – jak
      wyglądać mogą teraz cmentarze po drugiej stronie granicy... To raptem kilometr
      stąd, gdyby nie drzewa, to pewnie byłoby widać kopułę cerkwi w Poddębicach. Tam
      pewnie można znaleźć niejeden grób żołnierzy polskich. Przez te tereny
      przecież przez kilka gorących, choć jesienno-zimowych miesięcy, na przełomie
      1918 i 1919 roku, przebiegał front wojny o Galicję Wschodnią. Tu między innymi
      walczył legendarny zagończyk Leopold Lis-Kula i nie mniej sławny Władysław
      Belina-Prażmowski.
      Jeśli na tym cmentarzu są kwatery ukraińskich żołnierzy z tamtej wojny, to
      niewykluczone, że po drugiej stronie granicy spoczywają żołnierze polscy. Czy
      na ich grobach też ktoś kładzie kwiaty? Trzeba będzie to kiedyś sprawdzić.
      A tymczasem kierujemy się w stronę drugiej dużej kępy drzew. Jak się okazuje
      jest to dawny park dworski, który mimo zaniedbań i zniszczeń ciągle przedstawia
      się pięknie, czego nie można niestety powiedzieć o samym budynku wierzbickiego
      dworu. Przez wiele lat wykorzystywany był jako siedziba utworzonego tu PGR-u. W
      tym celu musiano go odbudować, bo wcześniej został spalony przez jedną z sotni
      UPA. Obecnie, białe niegdyś mury, pomazane są wulgarnymi napisami i rysunkami a
      liczne ślady kolorowego szkła, pochodzącego ze smacznych siarkowych win
      krajowej, bez wątpienia produkcji, znaczą miejsca niejednej libacji... Dobrze,
      że nie muszą na te zniszczenia patrzeć dawni właściciele majątku – Lityńscy,
      których szczątki spoczywają być może kilkaset metrów stąd – w krytej blaszaną
      kopuła kaplicy grobowej. Chociaż, przecież i tam spokoju nie zaznali, bo
      budynek kaplicy był przez wiele lat wykorzystywany przez PGR w charakterze
      magazynu. Podobnie zresztą jak drewniana dziewiętnastowieczna cerkiew, której
      ściany, przeżarte przez nawozy sztuczne, zawaliły się zupełnie jakieś dziesięć
      lat temu...
    • ralston Wędrują ludzie, granice, wędrują obrazy i kościoły 01.10.03, 17:04
      Z Wierzbicy wracamy do Machnowa i stamtąd kierujemy się drogą na północny
      wschód. Przemierzamy szosą kilkunastokilometrowy, dość monotonny, płaski
      odcinek, mijając po drodze nie istniejącą już wieś Nowosiółki Przednie, która,
      podobnie jak leżące o dwa kilometry na zachód Nowosiółki Kardynalskie została
      całkowicie wysiedlona i zniszczona. Przejeżdżamy też bez zatrzymywania się
      przez Dyniska Nowe i Dyniska Stare. W tych pierwszych widać jedynie kilka PGR-
      owskich zabudowań, w tych drugich kiedyś można było obejrzeć piękną drewnianą
      cerkiew z początku XIX w., użytkowaną po wojnie jako kościół katolicki.
      Niestety spłonęła pod koniec lat 80-tych i w jej miejscu wybudowano murowany
      kościół. Docieramy do Tarnoszyna, po to, żeby nie zobaczyć innej pięknej
      drewnianej cerkwi. Ta na szczęście nie spłonęła ani nie została rozebrana na
      materiały budowlane. Oglądaliśmy ją przed wyjazdem na wyprawę, na lubelskim
      Sławinie, gdzie stoi dziś jako jeden z eksponatów tamtejszego skansenu, służąc
      jednocześnie lokalnej społeczności unickiej. Cerkiewka ma bardzo ciekawą
      historię, bo przeniesienie do Lublina to nie pierwsza jej migracja. Wybudowana
      została w II poł. XVIII w. w Uhrynowie k. Sokala. Jej ówczesnym patronem był
      św. Mikołaj Cudotwórca. Kiedy jednak uhrynowscy grekokatolicy ufundowali sobie
      nową, murowaną cerkiew, starą sprzedali parafii w Ulhówku k. Tomaszowa
      Lubelskiego. Wówczas to została przeniesiona do Tarnoszyna, jako cerkiew
      filialna ulhowskiej parafii i zmieniła wezwanie na Narodzenia NMP. Tutejszym
      grekokatolikom służyła jednak niespełna pół wieku. Pod koniec wojny Tarnoszyn
      stał się miejscem krwawych porachunków. Najpierw w marcu 1944 roku UPA
      wymordowała 84 Polaków i spaliła część wsi i plebanię. Reszta polskich
      mieszkańców uciekła pod osłoną dwóch plutonów AK. Niedługo potem w Wielki
      Piątek UPA spaliła kościół. Z pogorzeliska ocalał tylko nadpalony, drewniany
      krzyż. W latach 1946-47 ludność ukraińska została siłą wysiedlona w ramach
      akcji Wisła. Powracający do Tarnoszyna katolicy przejęli cerkiew i służyła ona
      jako kościół, aż do początku lat 60-tych, kiedy to stanęła we wsi nowa
      świątynia katolicka. Opuszczona drewniana cerkiewka pomału niszczała. Nie
      omijały jej akty wandalizmu i liczne kradzieże. Dwukrotnie ktoś podkładał ogień
      i dwukrotnie mieszkańcy wsi ratowali budynek. W 1994 roku pozbawioną
      praktycznie wyposażenia cerkiew, przeniesiono do Lublina i zrekonstruowano w
      Muzeum Wsi Lubelskiej.
      Kościół okazuje się być zamknięty na głucho. Oglądamy więc tylko ustawiony po
      lewej stronie od wejścia, częściowo zwęglony krzyż, pochodzący ze starego
      kościoła. Nie zobaczymy więc obrazu Matki Boskiej Bełskiej, który jest kopią
      jasnogórskiej ikony. Podobno kiedy w 1384 r. Władysław Opolczyk, przekazywał
      obraz paulinom w Częstochowie, nakazał wykonać jego wierną kopię i tę umieścił
      w zamkowym kościele w Bełzie. To niestety, tylko legenda, bo wiadomo, że obraz
      Matki Boskiej Bełskiej został namalowany dopiero w XIX w., ale rzeczywiście
      cieszył się tam dużą czcią aż do 1951 roku. Wtedy na skutek korekty granic to
      senne miasteczko, jedno z najstarszych na Rusi Czerwonej, będące miejscem
      akcji „Skrzypka na dachu”, znalazło się w granicach ZSRR. Polscy mieszkańcy
      Bełza, repatriowani na zachód, zabrali ze sobą cudowny obraz, który ostatecznie
      trafił do Tarnoszyna
      • ralston Re: Wędrują ludzie, granice, wędrują obrazy i koś 01.10.03, 17:19
        A w tej wędrującej cerkwi, jakieś trzy lata temu brała ślub moja koleżanka ze
        studiów. Wyszła za mąż za greckokatolickiego diakona.
    • ralston Wertepami... 02.10.03, 11:21
      Po kilku kilometrach niezbyt wytężonej jazdy docieramy do Szczepiatyna. To
      nieduża dzisiaj wioseczka, o rodowodzie sięgającym conajmniej XV wieku. Dziś
      mniejsza od Tarnoszyna, ale kiedyś musiała mieć większe niż Tarnoszyn
      znaczenie, bo wcześniej już była wsią cerkiewną. Kiedyś Przed wojną była
      zamieszkana przez ludność mieszaną, z przewagą Ukraińców. W czasie ofensywy
      UPA, obliczonej na likwidację ludności polskiej na tym terenie, większości
      Polaków udało się ze wsi uciec. Pozostało tylko kilka osób w podeszłym wieku.
      Te w liczbie 16, zostały zamordowane przez nacjonalistów ukraińskich a ich domy
      spalono. Rusinów wysiedlono w latach 1946-47. Została po nich spora, murowana
      cerkiew p.w. Św. Trójcy. Dziś służy jako kościół katolicki, będący filią
      parafii w Tarnoszynie. Cerkiew architektonicznie przypomina te, które
      oglądaliśmy w Korniach czy w Siedliskach. I podobnie jak w przypadku tamtych,
      cerkwi towarzyszy drewniana dzwonnica, tu z końca XIX wieku (1890), bardzo
      charakterystyczna, przykryta cebulastym hełmem. Sama cerkiew została wybudowana
      w 1910 lub 1913 roku na miejscu starszej, drewnianej. Wewnątrz kościoła, który
      jest na szczęście otwarty, odnajdujemy fragmenty ikonstasu, podzielone i
      umieszczone w trzech bocznych ołtarzach.
      Następny punkt na planie naszego wypadu to Korczmin. Tam kiedyś stała,
      najstarsza i najpiękniejsza cerkiew w tym regionie, według przewodnika –
      obecnie rozebrana i złożona pod zadaszeniem w celu rekonstrukcji. Postanawiamy
      zbadać w jakim stanie się znajduje. Powstaje jednak spór co do sposobu dotarcia
      do Korczmina. Prowadzą tam dwie drogi – jedna asfaltowa, wiedzie dookoła i jest
      prawie dwa razy dłuższa od prowadzącej prosto drogi gruntowej. Ostatecznie
      Mariusz, który preferuje asfalt wybiera trasę dłuższą, ja biorę drogę terenową.
      Z pobieżnych obliczeń wychodzi mi, że nawet jeśli będę jechał tylko 12 km/h to
      i tak powinienem być pierwszy a do tej pory na najtrudniejszych terenowych
      odcinkach nie schodziłem raczej poniżej tej prędkości. Rzucam więc
      jeszcze „będę czekał na ciebie pod cerkwią!” i ruszam spokojnie polną drogą. Ta
      na początku lekko piaszczysta, zaraz jednak twardnieje i obiecuje sprawną i w
      miarę szybką jazdę. Do czasu. Po chwili pojawiają się głębokie na conajmniej
      pół metra koleiny wyjeżdżone przez ciągniki rolnicze i trzeba nieco zwolnić.
      Pomimo to, przednie koło zsuwa mi się nieoczekiwanie po zeschniętej ziemi
      prosto w koleinę, następuje gwałtowne zatrzymanie roweru i efektowny lot nad
      kierownicą. Sedziowie muszą jednak odjąć punkty za lądowanie, bo nie było
      telemarku, tylko podparcie prawą ręką i grzmotnięcie barkiem o stwardniałą
      ziemię. Zrywam się natychmiast na nogi i obmacuję ramię - wygląda na to, że
      kości całe, ale boli pierońsko i nie bardzo mogę podnieść prawą rękę do góry –
      na szczęście jak siedzę na rowerze – ręce pozostają opuszczone... Oglądam teraz
      rower – amortyzator złagodził trochę efekt uderzenia i koło wygląda dalej na
      okrągłe. Można jechać dalej. Do czasu. Niecały kilometr, licząc od miejsca
      upadku wjeżdżam w las. Koleiny na szczęście znikły, za to pojawiła się
      przeszkoda nie do pokonania – zwalone w poprzek drogi drzewa, poprzeplatane
      dodatkowo gęstymi krzakami tarniny. Ani przeskoczyć, ani objechać! Szukam na
      mapie innej drogi i odnajduję kawałek dalej, na południe – w stronę granicy.
      Kiedy ostatecznie przejeżdżam mostek na Rzeczycy i dojeżdżam na miejsce –
      najpierw odkrywam, że cerkiew która miała być w postaci klocków do
      samodzielnego montażu, stoi jak najbardziej, wznosząc się dumnie nad okolicą, a
      potem odkrywam Mariusza siedzącego na stercie świeżych desek pod
      cerkwią. „Czekam od siedmiu minut” – oznajmia.
    • ralston Korczmin 03.10.03, 16:35
      Cerkiew, jak na „zdemontowaną i złożoną pod zadaszeniem” prezentuje się
      niezwykle okazale. Renowacja jeszcze nie jest zakończona, ale cała, bryła
      świątyni jest gotowa i przykryta dachem, kopułę pokrywa gont. Brakuje jeszcze
      okapów, tzn. są belki konstrukcyjne, na których będą się opierać, nie ma
      jedynie ich zadaszenia. Wewnątrz brakuje również podłogi, ciągle nie ma okien i
      drzwi, ale unoszący się wokół zapach świeżego drewna i zmieszane z piaskiem
      trociny mówią o tym, że coś się tu dzieje i że prace są cały czas prowadzone.
      Tabliczka przed cerkwią informuje, że jest to najstarsza drewniana cerkiew na
      lubelszczyźnie i że pierwsza wzmianka o niej pochodzi z 1531 roku.
      Prawdopodobnie jednak te zapisy dotyczyły innej, starszej świątyni, bo zarówno
      przewodnik jak i inne źródła podają rok budowy 1658. Cerkiew otrzymała wezwanie
      Objawienia Chrystusa i obecnie znajduje się pod opieką parafii
      greckokatolickiej w Lublinie (tej samej, która użytkuje cerkiew z Tarnoszyna).
      W korczmińskiej cerkwi umieszczona była cenna XVII wieczna ikona Matki Bożej z
      Dzieciątkiem, czczona jako cudowna. Po wysiedleniach z 1947, roku przez kilka
      lat cerkiew była użytkowana przez miejscowych katolików jako kościół, potem
      pozostawiona samej sobie, niszczała przez kilkadziesiąt lat. Ikonę jednak
      przeniesiono do kościoła w Machnówku a obecnie podobno jest poddawana zabiegom
      konserwacyjnym gdzieś w Krakowie. Może za kilka lat powróci do Korczmina?
      Siedząc na deskach przed częściowo obudowaną jeszcze rusztowaniami cerkwią
      pochrupuję jakiegoś wafelka i uruchamiam wyobraźnię. Pięknie tu będzie wyglądać
      jak dokończą remont, teren zostanie uporządkowany, trawa wypielęgnowana, tylko,
      czy kiedyś sama cerkiew zatętni jeszcze życiem? Czy będzie z niej kiedyś
      dobiegał jeszcze śpiew, czy zawisną na ścianach ikony, czy dym kadzideł
      wzniesie się jeszcze wysoko pod kopułę?
      Rozmyślania przerywa warkot motocykla. Pod cerkiew zajeżdża dwoje, ubranych w
      czarne skóry ludzi. On – wysoki, szczupły, szpakowaty brunet, ona – rude,
      długie włosy, ładna twarz i bardzo miły, ciepły uśmiech. Oboje w wieku koło
      czterdziestki. Kiedy dostrzegają rozłożone na deskach przewodnik i mapy,
      zaczynają się śmiać i wyciągają swoje – identyczne, tylko starsze wydania.
      Rozmawiamy sobie chwilę o tym, co ogladaliśmy podczas ostatnich wypadów i
      przekazujemy wskazówki, jak dotrzeć do różnych ciekawych, choć nie zawsze
      dobrze na mapach oznaczonych, miejsc. Okazuje się, że małżeństwo wybiera się w
      strony, w których byliśmy dwa tygodnie wcześniej. Pani nosi panieńskie nazwisko
      Bürnbach, identyczne jak jeden z brusnieńskich mistrzów, który tworzył jeszcze
      na początku XX wieku i ma nadzieje odnaleźć kogoś spokrewnionego w Brusnie lub
      Polance Horynieckiej. Pakujemy się na rowery i rzucamy im „do zobaczenia” bo
      okazuje się, że podobnie jak my, na następny etap podróży wybrali Budynin.
    • ralston Budynin 06.10.03, 18:45
      Przejeżdżamy przez Machnówek, odprowadzani wzrokiem przez grupkę zaciekawionych
      dzieci. Nie zatrzymując się, mijamy niewielki kościółek z początku ubiegłego
      wieku, odbudowany już po wojnie, po tym jak w 1944 roku został spalony przez
      UPA i dojeżdżamy do Budynina. Wieś jest spora, mniej więcej w jej środku między
      drzewami można dostrzec trzy kryte blachą kopuły. Przykrywaja one pokaźnej
      wielkości budowlę z pociemniałego drewna. Jest to unicka cerkiew p.w.
      Niepokalanego Poczęcia NMP (inne źródła mówią że Opieki Matki Bożej) z 1887
      roku. O tyle różna od dotychczas oglądanych, że wszystkie trzy części, tzn.
      nawa, babiniec i prezbiterium są równej wysokości. Nad drzwiami znajduje się
      charakterystyczna galeryjka. Wejścia do cerkwi pilnuje Św. Florian – w postaci
      barwnego, polichromowanego posągu – leje kamienną wodę, z kamiennego dzbana na
      kamienny cokół. Leje tak już od ponad stu lat. Niejedno w tym czasie oglądał...
      Cerkiew dziś służy jako kościół katolicki, bedący filią parafii w Machnówku.
      Chociaż przed wojną znakomitą większość mieszkańców stanowili Rusini, niewielu
      ich dziś można tu spotkać, podobnie jak i w całej okolicy. Akcja Wisła zrobiła
      swoje... Niestety nie udaje się nam zajrzeć do środka, drzwi są zamknięte na
      głucho. Szkoda, bo w przeciwieństwie do wielu innych, w tej cerkwi zachował się
      ikonostas i XIX wieczne polichromie.
      Wykorzystujemy szeroką drewnianą ławę w cieniu starych drzew do przyrządzenia
      późnego obiadu. Niby nic wielkiego – kanapki z wędliną, papryką i pomidorami,
      do tego herbata i kawa – ale znakomicie przywraca nadwerężone siły i poprawia
      humor. Nie ma to jak gorący Darjeeling wypijany w tak zacnym otoczeniu, w
      zapachu starego drewna, przy chylącym się juz ku ziemi słońcu, które mówi
      niestety, że większość drogi powrotnej odbywać się bedzie w ciemnościach...
      Zanim wszystkie kanapki znikają ze stołu, warkot motocykla oznajmia przybycie
      naszych znajomych spod cerkwi w Korczminie. I rzeczywiście chwilę później
      parkują swego choppera tuż przy naszych jednośladach. Czy wy nie macie czasem
      motorków w tych swoich rowerach? – pytają podejrzliwie, widząc, że już
      zdążyliśmy obejrzeć cerkiew i zaparzyć herbatę. Nie dają się jednak namówić na
      kanapki ani nic ciepłego do picia. Wobec czego pakujemy to co zostało do sakw i
      obieramy kierunek powrotny. Jazda wzdłuż granicy, ma to do siebie, że powrót
      trudno ułożyć inaczej, jak swoim własnym śladem, zwłaszcza jeśli wcześniej
      jechało się po łuku. Teraz najprościej byłoby ściąć ten łuk po cięciwie, ale
      niestety po drodze jest Ukraina... Pozostaje mozolne i bardzo monotonne
      pedałowanie przez kilkadziesiąt kilometrów. Jazda po płaskim, pozbawionym
      wzniesień terenie, wykańcza Mariusza. Musimy stopniowo zwalniać do chwilami
      zaledwie 12-14 km/h. Coraz bardziej dokucza mi stłuczony bark. Mijamy wsie o
      nieoświetlonych ulicach w skąpych tylko strużkach świateł, padających z okien
      domów. W kilku z nich, bardziej słychać niż widać z powodu gęstniejącej
      ciemności, grupki młodzieży korzystającej z ostatnich chwil wakacji. W trzeciej
      godzinie jazdy na tym fatalnie podziurawionym odcinku między Machnowem i
      Korniami Mariusz łapie gumę w tylnym kole. Przejeżdża spory kawałek, zanim
      odkrywa, że przyczyną szczególnie ciężkiej jazdy nie jest piach, tylko przebita
      dętka. Niestety nie ma zapasu, więc morduje się jadąc na flaku. Tempo spada
      teraz do 6-8 km/h i dużo czasu upływa zanim docieramy do jakiejś cywilizacji.
      Tu zostawiam Mariusza, sam jadę do Siedlisk po samochód. To już na szczęście
      niedaleko. Mimo, że już dobrze po dziesiątej wieczór, sklep przy którym
      zostawiliśmy auto jest jeszcze czynny. Na schodkach przed wejściem, dwóch
      panów, którym dobrze już kurzy się z głów, dopija kolejne tego dnia piwo.
      Kupuję i ja coś do picia dla siebie i Mariusza. Z olbrzymim trudem udaje mi się
      załadować rower na dach toyoty. Wsiadam i jadę do Korni. Po drodze używam lewej
      ręki do zmiany biegów, prawą nie daję już rady. Mariusza znajduję już przy
      drodze Tomaszów – Hrebenne. Do Lublina poprowadzi on. Deszcz zaczyna bębnić o
      szyby samochodu, droga rozmywa się, ból gdzieś odpływa, przed oczyma przesuwają
      się twarze: ruda spod cerkwi, Mariusz, jakiś nieznany batiuszka z długą brodą,
      wreszcie Jola... Budzę się już w Lublinie.
    • ralston Re: Kotlina Pobuża 06.10.03, 18:47
      I to już koniec tego wątku Mili Państwo. Przepraszam za przynudzanie. Na
      następne odcinki Polski Egzotycznej zapraszam na wiosnę. No chyba, żeby się
      jeszcze jakiś ładny jesienny weekend zdarzył ;)
      • aand Re: Kotlina Pobuża 06.10.03, 18:59
        Jest taki piekny przewodnik "Polska Egzotyczna" - juz wiem kto go napisal.
        Ralston!
        • ralston Re: Kotlina Pobuża 06.10.03, 19:38
          aand napisał:

          > Jest taki piekny przewodnik "Polska Egzotyczna" - juz wiem kto go napisal.
          > Ralston!

          Niestety, a właściwie stety :) napisał go Grzegorz Rąkowski. I głównie z niego
          korzystałem w trakcie wypadów roztoczańsko-pobużańskich. Ale udało mi się parę
          ciekawostek do tego, co w przewodniku opisane dorzucić...
          • aand Re: Kotlina Pobuża 06.10.03, 19:49
            Ralsie, o ile wiem trzeciego tomu wciaz nie sfinalizowal. Masz szanse (i
            talent :)
            • chatka_ Re: Kotlina Pobuża 07.10.03, 00:19
              D z i e k u j e m y ! Fajnie ze Ci sie chcialo nam o tym wszytkim opowiedziec!
              ( i ze wybrac Ci sie chcialo w taaaaaka! trase :)
              • ralston Re: Kotlina Pobuża 07.10.03, 09:19
                chatka_ napisała:

                > D z i e k u j e m y ! Fajnie ze Ci sie chcialo nam o tym wszytkim
                opowiedziec!
                > ( i ze wybrac Ci sie chcialo w taaaaaka! trase :)

                A jak mogłoby się nie chcieć wybrać w trasę? Teraz na miejscu nie mogę
                usiedzieć - tak by mi się chciało gdzieś znowu jechać... Ciągle liczę na jakiś
                jesienny weekend z ładną pogodą.
            • ralston Re: Kotlina Pobuża 07.10.03, 09:18
              aand napisał:

              > Ralsie, o ile wiem trzeciego tomu wciaz nie sfinalizowal. Masz szanse (i
              > talent :)

              Z tym talentem nie przesadzajmy. Przeczytałem całość wczoraj pierwszy raz i
              stwierdziłem, że strasznie to ciężko się czyta i chwilami nudne jest po prostu.
              Ładnie i ciekawie pisać to chyba jednak trudniejsze niż mi się zdawało. A co do
              trzeciego tomu, to czekam na niego z wielką niecierpliwością. Dlaczego? Bo
              obejmie te tereny, które mnie najbardziej do tej pory interesowały - moje
              ukochane Pogórze Przemyskie. Ciekaw jestem gdzie ja jeszcze nie dotarłem a
              czego nie udało się zobaczyc i zbadać Rąkowskiemu...
              • anka1 Re: Kotlina Pobuża 07.10.03, 18:13
                Rals nie napisales co z reka ! wszystko w porzadku ?
                • ralston Re: Kotlina Pobuża 07.10.03, 18:16
                  Ręce: sztuk dwie. Obie sprawne.
                  Bark jeszcze chwilami dokucza, ale prześwietlenie wykluczyło złamanie.
                  Powinienem iść na USG ale mam daleko i mi się nie chce.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka