slaw.ka
26.01.10, 13:41
Miałam "przyjaciela". Właściwie od razu wiedziałam, że o żadną
przyjaźń nie chodzi, że jest to "coś więcej". Początkowo jego
zainteresowanie pozwoliło mi się dowartościować jednakże bardzo
szybko rozsądek kazał z tej roli się wyplątać.
Próbowałam z relacji zrobić przyjaźń z dwóch generalnie powodów:
Raz.) takim jestem typem, że zawsze w każdym miejscu potrzebuję
zaufajnej osoby, w której w każdej sytuacji znalazłabym oparcie,
Dwa.) zależność służbowa zmuszała mnie do pewnego rodzaju uległości
(nie mówienia zbyt ostrego NIE).
Przyjaźń się nie powiodła czego się spodziewałam. Jednakże moja o
nią walka, a jego o te "coś więcej" tak niesamowicie poraniła
relację, że obecnie nie ma nawet koleżeństwa.
Okres walki z wiatrakami o "przyjaźń" i trwanie w tej relacji, która
co raz bardziej przypominała przeciąganie liny, odbierało mi
poczucie bezpieczeństwa i szacunku do samej siebie.
"Druga strona" próbowała wykorzystać wszelkie możliwe środki, żeby
postawić na swoim (może ze względu na zranioną dumę, nie wiem). W
pewnym momencie miałam wrażenie, że chodzi już tylko o to, żeby
postawić na swoim, a potem porzucić.
Nakręciła się sytuacja do tego stopnia, że pojawiło się we mnie
niskie poczucie wartości, odbierające umiejętność racjonalnego
myślenia, funkcjonowania z otaczającymi mnie ludźmi, chęć do życia i
walczenia o siebie.
Nie pomagają słowa: I czym się tu przejmować? Odwróć się i zapomnij.
Przecież niczego nie straciłaś, bo i tak relacja bardziej cię
dręczyła niż ci pomagała.
On nie dostając tego co chciał - po prostu się odwrócił, ja
zatrzymałam się, użalając się nad sobą i przypisując sobie winę za
zaistniałą sytuację.
Rozum każe odpuścić, emocje odbierają siłę do normalnego
funkcjonowania.
Jak się z tego wykopać?