Gość: lowca
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
17.03.04, 12:44
Ozenilem sie pare lat temu. Zone mam sliczna, bardzo atrakcyjna babke, za
ktora - jesli tylko mozna byloby - liczni koledzy ustawiliby sie w kolejce.
Bardzo ja lubie, a nwet powiem kocham, troszcze sie o nia, opiekuje. Ona
wzajemnie. Seks czesty i w moim (i jej takze - tak, tak lubimy ze soba
rozmawiac) udany. Staramy byc sie dla siebie atrakcyjni, dzielic wspolny czas
itd. czyli w zasadzie harmonia i dopasowanie, lecz...
instynkt lowcy budzi sie we mnie zawsze i wszedzie, gdy pojawimy sie w
miejscach gdzie sa mlode, ladne, usmiechniete, seksowne, zadbane,
zgrabne...Dosc latwo zauwazam te poszukujace "przygody", siedzace w przy
knajpianych stolikach, z zanudzajacymi je facetami, te patrzace w
sposob "rany, jak on nudzi, help wyrwij mnie stad - przystoiny nieznajomy"
Nie potrafie nie spojrzec, "spotkac sie wzrokiem", usmiechnac, itd. Gorzej
jak jestesmy razem, bo to przeciez bezczelne kokietowac inne w obecnosci swej
ukochanej.
Oczywiscie istnieje cala masa narzedzi i srodkow, aby polowanie zakonczyc
konsumpcja, tak sie na razie nie dzieje. Ale jak to z drapieznikami - koty
bawia sie z ofiara tak dlugo, az przekrocza pewien prog, wtedy zapala sie
lampka "zjesc ofiare".
To frustruje. Z jednej strony rozsadek, z drugiej czysta biologia...no i
ciekaw jestem czy ktos tez tak walczy i jak sobie radzi.