ansekabanse
23.11.11, 09:41
witam,
piszę tu pierwszy raz,
mam nadzieje, że to forum jest właściwym miejscem na to co chcę napisać, podzielić się, posłuchać Waszego zdania...
choć z róznymi forami "gazetowymi" mam rózne doświadczenia, to mam nadzieję że tu będzie jednak inaczej...
otóz chciałabym napisać o swoich uczuciach, które są we mnie, a których do końca nie mogę w sobie zrozumieć i jakoś ich uporządkować.
Od 7 lat jestem w stałym związku, w tym od 5 mężatką, od 3 lat mamą...
myślę, że mogę powiedzieć, że dobrze układa nam się z mężem, kocham go, wiem, że on mnie też, choć wiadomo - jak to w małżeństwie - bywają lepsze i gorsze chwile...
od 10 lat mam przyjaciela. Tzn nie był on od razu moim przyjacielem, 10 lat temu poznaliśmy się, zakolegowaliśmy, zakumplowaliśmy i nasza znajomość w jakiś tam sposób się rozwijała, dojrzewała, aż myślę,ze można o niej powiedzieć, że to przyjaźń.
Kiedy poznałam K (wspomnianego przyjaciela) byłam w związku z inną osobą niż w tej chwili. Znajomość z nim nigdy nie przeszkadzała mi w tym związku, zawsze wiedziałam co czuję do swojego wówczas "chłopaka".
Jednakże co do mojej relacji z K...zawsze było w nim coś, co mnie do niego przyciągało. I jest nadal. Nie umiem tego nazwać. Jakaś tzw "chemia" może. Czasem odnosiłam wrażenie że może on ma podobne odczucia do moich. Nigdy nie poruszaliśmy między sobą tego tematu. Zresztą on też w tamtym czasie był w związku. Jego związek zakończył się niestety w bardzo nieprzyjemny sposób - jak sam twierdzi - rany liże do dziś, po drodze jeszcze kilka razy życie rzucało mu pod nogi potężne kłody. Zawsze mógł liczyć na moje wsparcie. Zresztą nie tylko moje, ma kilkoro sprawdzonych przyjaciół. Jakoś się z tego wszystkiego dźwignął.
Ja w międzyczasie zakończyłam swój poprzedni związek, związałam się z obecnym mężem. K z S (mąż mój) też się ze sobą zakolegowali i bardzo polubili. Staramy się widywać razem w miarę regularnie. Czasem widuję się też z K sama. Piszemy do siebie smsy, maile, czasem dzwonimy. BYwa ze w tych smsach czy mailach są jakieś teksty "na pograniczu" dwuznaczności.
I wciąż jest w nim COŚ takiego, co sprawia,że lubię być z nim, tzn w jego towarzystwie. Rozśmiesza mnie, lubi?ę z nim rozmawiać, spędzać czas. Ale wydaje mi się że te moje uczucia są oparte nie tylko na przyjaźni. Nie umiem tego nazwać Nie jest to miłość na pewno - kocham swojego męża. nie pociąga mnie też fizycznie. Chodzi bardziej o bycie obok, jakąś taką bliskość. Jest to COŚ, co sprawia, że po spotkaniu i jakimś dłuższym czasie z nim spędzonym siedzi mi w głowie, myslę o nim częściej, mam ochotę pisać mu smsy o wszystkich pierdołach i odczuwam coś w rodzaju tesknoty. Myślę, kiedy znow się spotkamy i jak wtedy będzie itp...
nigdy mu nie mówiłam o tych swoich odczuciach. On też nigdy nie powiedział mi wprost czy kiedykolwiek czuł do mnie coś wiecej niż ta nasza przyjaźń, czasem coś tam między wierszami można by było odczytać, czasem jego koledzy coś powiedzieli, ale na to wszystko też trzeba brać poprawkę, bo on ma taki sposób bycia, że często w rózny sposob sobie żartuje...
trochę mnie to wszystko męczy. Czuję cos w rodzaju wyrzutów sumienia wobec męża. Wolę np żeby nie wiedział o tych mailach czy smsach. Wie że smsujemy ze sobą, kontaktujemy się, ale bez szczegółów. Nie wiem jak mam to wszystko w sobie uporządkować i jak to w ogóle nazwac. Może nazwanie tego w jakiś sposób by mi jakoś pomogło? chciałabym też wiedzieć jak to wygląda z jego stromy, może to wszystko to tylko moja wyobraźnia...ale nie spytam go to o to, sama pierwsza ze swojej strony tez nigdy nic nie powiem...
co powinnam zrobić?
zerwanie kontaktu z K nie wchodzi w grę, bo zależy mi na naszej przyjaźni i spotkaniach.
czy ktoś w ogóle zrozumiał o co mi chodzi?