kimonabike
20.07.12, 11:47
„Terapeutyzowałam” się od czasów studenckich, przeanalizowałam się na wylot przy asyście różnych specjalistów, a i tak najskuteczniejszy w moim konkretnym przypadku okazał się ten, który najlepiej przytulał.
Pomógł mi poczuć, że moja racjonalne, analityczne podejście do siebie jako do „problemu” to ucieczka od głębokiego, nabytego w dzieciństwie wstydu przed posiadaniem jednej z ważniejszych ludzkich potrzeb – potrzeby kontaktu fizycznego (nieseksualnego dodam, bo z takim kłopotu nie było).
Okropnie się usztywniałam, granica dotyku w relacjach przyjacielskich była dla mnie nieprzekraczalna, a w naszej kulturze mechanicznych pocałunków w policzek dość łatwo przychodziło mi funkcjonować jak gdyby nigdy nic. Tu gdzie jestem teraz ludzie przytulają się często na powitanie, pożegnanie i nie są to mechaniczne gesty, ale często dość wzruszające.
A jak jest u Was z niezobowiązującym dotykiem? Potraficie w naturalny sposób kogoś niekoniecznie najbliższego przytulić, poklepać po ramieniu, pogłaskać po głowie? Wyrazić w ten sposób ciepłe uczucia? Wyczuć, kiedy jest na to czas, kiedy nie (granice drugiej osoby, poziom kontaktu)?
Ja mam tak, że zbiera mi się na płacz, kiedy widzę rodziców, którzy nie potrafią (to bardzo widać) okazywać w ten sposób uczuć nawet małym dzieciom. Taka nieudolność rodziców sieje ogromne spustoszenie w psychice potomstwa, bo jak małe dziecko może się w inny sposób dowiedzieć, że jest kochane.
Dodam, że nie jestem jeszcze ekspertem, ale ćwiczenie tej nowej umiejętności jest bardzo przyjemne i... terapeutyczne wobec większości innych problemów.