larusse
16.12.12, 17:45
pracuję w środowisku gier biurowych,
podchodów-odchodów,
silni słabszych tłamszą. szm*t połowę. kupa dziadów.
zakładałam habit. głowa na dół, jeden kolega, jedna koleżanka.
rano pierwsza w pracy, pierwsza z pracy.
żyć się dało w miarę neutralnie.
cichutko.
po łąkach mogłam po pracy sobie chodzić.
muzea, wystawy, teatry.
kanta czy schultza w pracy sobie obczajałam.
poezją się upajałam.
taka sierota
(pilnowałam tylko, żeby usługi świadczyć ani źle, ani dobrze, a przeciętnie)
ale, że szwajcarii bez kasy czy pasji (świętego do pracy)
zachować się nie da.
przyszły drapieżniki,
trampolinę mi na plecach zamontować chciały
no i się sypnęło wszystko.
wyszło szydło z worka, że po głowie chodzić nie pozwalam sobie.
one cwane, bezczelne, sowiecka mentalność.
ja kulturę posiadam jakąś jeszcze.
słownie się wybronić stoicko potrafię
ale to na zewnątrz stoik, a w środku aż cała się trzęsę.
(z moralnego oburzenia)
jak się uagresywnić?
piłeczkę odbijać,
i żeby mnie to nie dotykało tak głęboko?
sztuki walki?
boks trenować?
wydziarać sobie obydwa ramiona?
kolczyk w nosie typu krowa?
walki ruskich psów obstawiać?
filmy jakieś???
na dresiarskie osiedla po nocy się zapuszczać z szalikiem i doświadczenia nabywać?
nie chcę się nerwicy dorobić, a ustąpić (i dać sobie twarz podeptać) nie ustąpię.
prędzej zginę.