larusse
13.10.13, 12:14
Nie daje już rady ze swoim umysłem.
Zawsze miałam z nim problem, ale teraz to już szczyty szczytów. Nic nie pomaga. Problem, bo narzędzi nie mam żadnych, żeby coś "stworzyć" (źle wychowana): żeby pisać stylu nie mam, by malować-umiejętności, tańczyć nie umiem (o to mogę się nauczyć), śpiewać - brak mi głosu, wychowana byłam raczej na polityka, naukowca niż artystkę. Wybiegać próbuję, ale tylko wagę tracę (nie mam jej zbyt dużej). Każda noc zarwana. Zioła, prochy - nic nie działa (lekko na razie uderzam). W pracy już totalne dno (błąd na błędzie). Myślałam, że może by tak chłopa znaleźć, ale na nic mi on. Psuję sama wszystko: ci co mnie chcą to ja nie chce, potencjalnym zainteresowanym podkręcam emocje tak, że wysiadają, tych co ja chcę - oni nie chcą, a jak mimo wszystko pomóc próbują to ja pobita (dosłownie) wychodzę i tak źle i tak niedobrze. Jeden mundurowy może wytrwa (pewnie psychopata) - na samą myśl mi się beczeć chce... (sąsiadka-żona mundurowego niedawno z leczenia (szpitala jakiegoś) wyszła po załamaniu nerwowym).
Niewyrażona jestem najprawdopodobniej w innych sferach, tak do związku się iść nie da (udawać w ogóle nie umiem - żałuję przeogromnie:( ). Próbowałam otoczenie zmienić: wynajęłam pokój w samym środku miasta większego, miesiąc pomieszkałam myślałam, że odpocznę, towarzysko się rozerwę (wódka, piwo, mecze, koleżanki, spotkanie, książki, wystawy, imprezy), ale nic nie dało- jeszcze gorzej w sumie po (wtedy: o 4 nad ranem się po mieście z ludźmi gonię, jedno załamanie za drugim przeplatane chwilami przeogromnego szczęścia lub delikatnej radości), ciągle czegoś mało... Myślałam, żeby rzucić wszystko z końcem roku, do Afryki jechać czy Panamy na wolontariaty jakieś, ale boję się, że nic to nie da i w gorszym jeszcze stanie wrócę (jak z tego pokoju). Dodatkowo: były mnie po sądach ciąga, żeby się zobaczyć ze mną, ostatnią rzecz dopiero teraz zabiera... granic stawiać nie umiem, wiem. :( pokopane życie... przegrane...
Co robić?
Poprosić o prochy mocniejsze (najmocniejsze z mocnych) i swoje robić?
Tańczyć dalej afro? (uspokaja mnie i wycisza) czy taniec hawajski w grupie (mieszanej!)?
Rzucić wszystko w diabły i na Czarny Ląd jechać?
Studia jakieś artystyczne, żeby warsztat zdobyć?
Rzucić pracę niech rodzina utrzymuje i książki sobie czytać?
Męża brać byle jakiego i niech samo się układa?
Dziecko zrobić, żeby mieć zajęcie (straszna myśl sama, że dziecko, żeby się lepiej poczuć)
Nie ogarniam.
Idzie mi dwudziesty siódmy rok...:( (dodatkowy stres ten wiek)
A zapomniałabym: coś na kształt zabiegu tuningującego niedawno zrobiłam (tak dla siebie chciałam, żeby w końcu coś dla siebie tylko) i się oczywiście nie udało ("zdarza się" podobno-promil) i to mnie już doszczętnie dobiło.
Rekonwalescencja, kasa wywalona, efektu brak, uszczerbek lekki.
Upadałam.
I jeszcze to myślenie katastroficzne... Taki nawyk nie wiadomo skąd (wszyscy w rodzinie normalni pod tym względem).
Help.