omega_x
11.02.14, 13:25
Mam niemal 40 lat. Od 20 lat mieszkam poza rodzinnym domem i tyle samo czasu utrzymuję się sama, zwyczajnie - jestem samodzielna. Z moim mężem poznałam się 7 lat temu, w tym czasie miałam już własne mieszkanie i dobrą pracę, więc kiedy 5 lat temu wzięliśmy ślub wprowadził się do mnie. Miał wówczas 28 lat i nigdy wcześniej nie pracował - przeprowadził się do mnie od rodziców, którzy go utrzymywali i po skończeniu przez niego studiów przyjęli z powrotem. Dziwnie to wyglądało, no ale cóż - miłość jest ślepa itd.itp. Krótko po wspólnym zamieszkaniu okazało się, że jestem w ciąży. Mąż oczywiście miał szukać pracy. Podobno nic odpowiedniego nie mógł znaleźć - ok. Minęło trochę czasu, urodziło się dziecko, poszłam na macierzyński. On nadal siedział ze mną w domu. Po macierzyńskim wzięłam kilka miesięcy urlopu wychowawczego - czyli niepłatnego, On nadal twierdził, że ofert pracy nie ma. Utrzymywaliśmy się z moich oszczędności oraz z pieniędzy otrzymanych na ślubie. Postanowiłam Mu pomóc, przejrzałam gdzie do tej pory wysyłał cv - okazało się, że na same kierownicze stanowiska!!!! Ok, wzięłam, przetłumaczyłam Mu, że najpierw trzeba mieć jakieś doświadczenie, a On w tym wieku nie ma żadnego i to na pewno ew. pracodawców może dziwić. Pomogłam wybrać oferty, wydrukowaliśmy cv, miał porozwozić. Dalej rozwodzić się nad szczególami nie będę, o tym jak wyglądało jego funkcjonowanie w domu też nie, w każdym razie sytuacja skończyła się tak, że urlop mi się skończył, musiałam wrócić do pracy. Ponieważ mąż nie pracował, został w domu z dzieckiem, a w tym czasie miał szukać pracy, a gdy to nastąpi dziecko miał iść do żłobka/przedszkola. Przepracowałam 2 lata - nadal nic. Ani pracy, ani zainteresowania czy mam pieniądze na rachunki, ani pomocy w domu - kiedy ja wracałam z roboty, przekazywał dziecko w moje ręce i do późnej nocy internet, tv i mecze piłki nożnej. Rozstaliśmy się. Mąż wróćił do rodziców. Ja zapisałam dziecko do przedszkola i mieszkając sama pracowałam dalej. Żadne z nas nie złożyło wniosku o rozwód, ale sytuacja ciekawa między nami nie była. Po przesiedzeniu kilku miesięcy u rodziców, mąż stwierdził, że wyjeżdża za granicę, bo jak ma robić fizycznie będąc magistrem, to woli poza krajem. Ok, mnie to już nie interesowało, jego wybór. Wyjechał. Przysyłał co miesiąc 400 zł na dziecko, ok. Co prawda za samo przedszkole płaciłam więcej, bo państwowe się nie należało skoro nie mogłam przedstawić zaświadczenia o tym, że oboje rodzice pracują. Ok. nic nie mówiłam. Po roku podczas odwiedzin u dziecka, zaproponował mi próbę zejścia się ale tam - za granicą. Długo myślałam, bardzo długo, postanowiłam dać mu szansę, uznałam, że tam będziemy zdani na niego (ja nie znam nawet języka) i stanie na wysokości zadania, stanie się tą przysłowiową głową rodziny. Z żalem zostawiłam mieszkanie, złożyłam wypowiedzenie, wyjechałam. Szybko okazało się, że mąż jest zwyczajną niedojdą życiową, nie zna się na niczym, żadne przepisy go nie interesują i w ogóle jest niesamodzielny. Okazało się, że narobił więcej problemów i długów niż porafi zarobić, że pożyczył samochód koledze znanemu kilka dni i teraz musi za niego zapłacić mandaty, że podpisał jakąś umowę bez czytania i ma coś do zapłacenia, że nie rozliczył się z urzędem skarbowym i ma do zapłacenia dużą karę (w polsce rozliczałam go ja, a wcześniej rodzice :)). Cóż, siadłam zaczęłam czytać o funkcjonowaniu państwa i tutejszych urzędów, zaczęłam intensywnie uczyć się języka i kierować męża w celu rozwiązania problemów, bo te wszystkie kary i mandaty, które do tej pory przez jego ignorancję spadają na nas do tej pory powodują, że momentami nie wiadomo co do garnka włożyć. Jestem tu siedem miesięcy, nie pracuję, siedzę z dzieckiem, bo zwyczajnie nie zapracowałabym na niankę. Szukam drobnych robótek na czarno, zeby choć trochę podreperować budżet. I teraz sedno sprawy - okazało się, że Mąż chcąc wyciągnąc nas z bagna chciał pożyczyć pieniądze od młodszej siostry - bardziej zaradnej niż on. Akurat spałam z dzieckiem, kiedy rozmawiali na skype i przebudziłam się już nie wiem czy to dobrze czy źle, że usłyszałam. Jego siostrę widziałam raz w życiu i słaby mamy kontakt, mąż również, bo od lat mieszka na innym kontynencie w ogóle. A usłyszałam krzyk jego siostry, że co ja sobie wyobrażam, żeby siedzieć w domu, że podobno powiedziałam, że utrzymywałam go w polsce i teraz przez 3 lata to ja nie będę pracować za to, że utrzymywałam jego, że nie mam prawa wypominać mu utrzymywania w polsce, bo przecież na to się umówiliśmy, że on siedzi w domu, a ja pracuję, że ją to wku...a, że teraz siedzę w domu, że jestem nierobem i jak mi się coś nie podoba to mam się pakować i spie...ć do polski. Przy tym już wstałam, powiedziałam, że dziękuję za dobre rady i trzasnęłam komputerem, bo mnie telepało ze złości. Mąż przyznał się, że tak powiedział rodzicom - że tak się umówiliśmy w polsce, że nie musi pracować i że mamy tutaj problemy finansowe, bo ja siedzę na jego utrzymaniu. Stwierdził, że głupio mu się przyznać, że sobie nie radzi i zwalił winę na mnie, mówiąc jaka jestem nieporadna. Zażądałam, żeby to wszystko odkręcił i powiedziałam, że jeśli nie to pakuję się z dzieckiem i wyjeżdżam. Nosiło mnie z nerwów i przykrości, ba, dalej nosi. Na drugi dzień połączył się na skype z rodzicami, którzy już zostali poinformowani o tym, że bezczelnie potraktowałam ich córkę wyłączając komputer. Mąż powiedział, że czuję się urażona i chcę wracać i , że ja uważam, że nie zaśłużyłam na te słowa jego siostry. Oto co odpisał jego ojciec:
- niech wraca, nikt jej na kolanach prosił nie będzie, niech ma świadomość ze rozpieprza ten związek
- zapytaj jej co ma w ogóle do zaoferowania, bo dotychczasowa mizeria działa wstecz
- zastanów sie jak potraktowała TWOJA SIOSTRE, w naszych oczach straciła wiele, są pewne normy zachowania, które przekroczyła!
Wku...łam się jeszcze bardziej. Wytłumaczyłam mu jak się czuję w tej sytuacji, jak się czuję kiedy on w tej chwili nie jest za mną, że od mojej rodziny, mimo, że 3 lata nie pracował, nie otrzymał żadnego złego słowa, nawet pytania o to dlaczego właściwie nie pracuje... itp itd. Ze łzami w oczach poleciał po kwiaty, obiecał, że sytuację wyprostuje, ze powie, aby nie wypowiadano się na mój temat,a tym bardziej nie wydzierano. Wieczorem zasiadł do komputera...
- tato, źle oceniliście E., opowiadałem wam co innego niż jest.
teść - przestań, bo się porzygam.
- wszystkie problemy finansowe to moja wina.
teść - NIE!!!!
- owszem tak.
teść - nie, ty wszystko zrobiłeś dobrze, zrobiłeś wszystko żeby uratowac ten związek, nie martw się, jesteś super, podziwiam cię. Twoja zona niech roztoczy refleksję nad swoim zachowaniem, oglądasz olimpIadę?
... i rozmowa potoczyła się na inny temat.
Po tym rzucił się do mnie, że jeśli wyjadę, to żebym pamiętała, że będę winna rozpadowi i że nie mam prawa kazać mu zeby coś rodzicom mowił, to jego sprawa co opowiada.
Dałam mu dzisiaj ostatnią szansę na to, on uważa, że już wczoraj załatwił sprawę i stanął za mną murem, a tak w ogóle to on chamem nie będzie, a jego siostra i rodzice mają prawo do wyrazania opinii, że on jest nauczony szacunku i nawet jesli tak naprawdę uważa, że są wobec mnie nie fair, to sobie to pomyśli, ale przykrości im robić nie będzie, bo jest kulturalny.
Szczerze nie wyobrazam sobie poprawnych stosunków z jego rodziną ani z nim w tej sytuacji, on twierdzi, że jestem zawzięta, może i jestem, ale chcę mieć wreszcie męża, a nie tchórza i synka swoich rodziców. Powiedziałam ze jeśli tego nie wyprostuje to będzie jeszcze gorzej między nami, bo zadra sama po kościach się nie rozejdzie. Nie mam już do niego szacunku, więc jak żyć?
Jak to wygląda z zewnątrz?