Dodaj do ulubionych

Problem nie do rozwiązania

23.04.20, 10:43
Witam!

Urodziłam się w jednej z tych rodzin, gdzie mama bardzo nie chciała mieć dzieci, a tacie było to obojętne. Od początku życia czułam się w tej rodzinie, jak takie zgniłe jajo, którego nikt nie chce. Inaczej było z moim bratem. Miałam wrażenie, że oboje jesteśmy niechciani, ale on jest zaakceptowany, a ja według swojej mamy nie powinnam istnieć. Mój brat był zabawny, był duszą towarzystwa, nie przejmował się porażkami, więc cała rodzina go zawsze lubiła. Ja natomiast starałam się być doskonałą uczennicą, bo w tym kierunku miałam talent. I ogólnie starałam się być "grzeczna", taka, żeby nikt nie mógł mi nic zarzucić, bo moja mama często wpadała w szał i wtedy godzinami musiałam stać i milczeć słuchając o tym, że jestem nikim i że jestem beznadziejna. Nigdy nie mogłam przewidzieć, za co tym razem mi się oberwie, więc starałam się zachowywać najciszej jak to możliwe, tak, jakbym nie istniała.

Na samym początku nie miałam żadnych problemów w relacjach z rówieśnikami, właściwie wszystko było w porządku. Jednak z czasem było gorzej. W okolicach gimnazjum nabawiłam się fobii społecznej, bałam się wychodzić z domu, bałam się przechodzić obok obcych na ulicy, bałam się ludzi. Myślałam o sobie, że umiem się tylko uczyć, ale nikt mnie nie lubi.

W liceum było podobnie. Nie umiałam nawiązać żadnych relacji. Nawet jeśli w gimnazjum czy liceum z kimś rozmawiałam, to kiedy tylko szkoła się skończyła nieliczne kontakty urwały się.

Na studiach bardzo z tym walczyłam, byłam na dwóch terapiach. I było trochę lepiej, miałam jakichś znajomych. Ale ludzie odchodzą, jakby się mną nudzą. Ciągle mam wrażenie, że wypracowałam sobie jakieś sposoby na to, żeby jakby sztucznie ludzi przyciągać do siebie. Mam jakieś poczucie humoru, jakieś ciekawe opowieści o swoim życiu i innych rzeczach. I mam wrażenie, że dopóki jestem nowością, dopóki umiem kogoś zabawić rozmową, dopóki się poznajemy ludzie chcą mojego towarzystwa, ale jak już nastąpi ten etap, że nie mam niczego fascynującego do opowiedzenia oni odchodzą. Jestem jak taka wydmuszka - kolorowa i pomalowana z zewnątrz, więc można się poprzyglądać przez chwilę, ale tam w środku nic nie ma.

Mam wrażenie, że im jestem starsza tym jest gorzej. Bo mam coraz więcej bolesnych doświadczeń z ludźmi i coraz mniej naturalnych okazji do tego, żeby kogoś poznać. W pracy jestem jedyną osobą w swoim zespole, która z nikim nie rozmawia na przerwach. Jem obiad sama.

Mam wrażenie, że gdzie nie pójdę nigdzie mnie nie chcą. Nieważne, czy się staram być miła, czy nie, czy wykazuję inicjatywę, czy nie itd. Dla mamy byłam zgniłym jajkiem, na które patrzyła z obrzydzeniem nieważne co zrobiło i mając prawie 30 lat dalej nim jestem. Nieważne, co zrobię.

Kiedyś walczyłam obsesyjnie o to, żeby mieć więcej znajomych, teraz chciałabym po prostu nie czuć się bezwartościowa. Ale jak tylko kolejna osoba przestaje się odzywać, jak tylko ktoś mi pokazuje, że mnie nie lubi, jak tylko ktoś na mnie znów patrzy z obrzydzeniem natychmiast pojawiają mi się w głowie myśli "jestem bezwartościowa", "jestem do niczego", "nie powinnam istnieć". Nawet nie bardzo wiem, jak inaczej miałabym na takie sytuacje reagować. Jakie inne myśli powinny mi się pojawić w głowie?

Poza tym mam wieczne kompleksy na temat swojego charakteru, tego, kim jestem. Jako nastolatka byłam bardzo wybuchowa, potem intensywnie nad sobą pracowałam i zmieniłam się, ale dalej jestem jedną z tych osób, które łatwo denerwują się w dyskusjach, kiedy jest wymiana poglądów itd. Czuję się beznadziejna. Wszystkie kobiety ciągle narzekają na swój wygląd, a ze mną to było tak, że ludzie do mnie podchodzili, komplementowali albo mój wygląd albo intelekt (choć jestem naprawdę przeciętnie wyglądającą osobą, może inteligentną, ale jest cała masa takich osób, żaden ze mnie geniusz), a potem zajmowali się przyjaźnią z kim innym. Komplementy oczywiście są miłe i je doceniam, ale to jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że problem nie tkwi ani w moim wyglądzie, ani w głupocie, tylko we mnie, w tym, kim jestem.

Niestety krążą mi po głowie myśli o samobójstwie, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym żyć, skoro jestem nikim w oczach innych ludzi. Przez długie okresy czuję się dobrze, a potem nagle to we mnie uderza i tak od 30 lat. Nie wiem, co z tym zrobić. Jak mam czuć się wartościowym człowiekiem? Na czym mam oprzeć niby to poczucie wartości, skoro zewsząd dostaję dowody na to, że jestem bezwartościowa? Psychoterapeuci mam wrażenie chcieli, żebym się podbudowała tym, że przecież tu mnie zaprosili, przecież ta osoba chce mnie zobaczyć, przecież mam tego znajomego. Ale to nie działa, bo związki się zmieniają, ludzie odchodzą. Nie da się oprzeć na czymś, co z definicji jest chwiejne i zawsze może przyjść okres samotności.
Obserwuj wątek
    • afq Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 11:37
      nikt w dziecinstwie nie pomógł zbudowac samooceny
      dzis patrzysz przez takie a nie inne okulary na siebie

      zawsze wypatrzysz cos co jawic ci sie bedzie jako potwierdzenie twoich przekonan o sobie samej
      ludzie cie komplementują, twoj wygląd, twoj intelekt
      ale jesli przeniosą swoje zainteresowanie na kogos innego.. to tamte ich slowa juz nie istnieją
      tymczasem ludzie nie sa stali w swoich zainteresowaniach i to w zaden sposob ciebie nie definiuje
      potrzebujesz dowodow ze strony innych osob,
      sama to wiesz
      ale to nie oni cie okreslają, tylko ty sama
      a okreslasz tak jak okreslasz, sama to piszesz

      nawet kiedy piszesz o terapeutach.. "Psychoterapeuci mam wrażenie chcieli, żebym się podbudowała tym, że przecież tu mnie zaprosili, przecież ta osoba chce mnie zobaczyć"
      nie.. nie tego chcieli. to nie tak ze mialas sie ogrzac w ich jasniejącym blasku, to nie oni siebie stawiali w takim miejscu a ciebie w takim

      myslalas o powrocie na terapie?
      moze psychiatra? czasem to kwestia prostej farmakoterapii

      uwierz mi, swoje zycie da sie odczarowac i warto powalczyc
      4 lata temu miałem ostatnia próbe a dzis zasypiam z mysla jakie to zycie zajebiste jest
      tak, wiem co myslisz.. ja wtedy tez bym pomyslal "co ty tam..." gdyby mi ktos to pisał
      • lilavati777 Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 12:41
        Nie rozumiem co to znaczy ze powinnam okreslic sama siebie. Mozesz rozwinac?

        Myslalam o powrocie na psychoterapie, ale jak sie teraz zapisze to bede musiala czekac jakies 10 miesiecy. Lekow sie boje.

        Widze ze niektorzy ludzie, jak na przyklad moj brat, zawsze przyciagaja do siebie innych, bo sa fajni. Moj brat moze nawet byc niemily a i tak do niego lgna. Mi sie obrywa za kazde zle slowo, chocby wypowiedziane nieumyslnie.
        • yadaxad Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 13:00
          Ty myślisz, że ci się obrywa, a dlatego że jesteś grzeczną dziewczynką. A grzeczne dziewczynki nigdy nie są dość grzeczne. Ludzie lubią tych, którzy sami się lubią, a raczej chcą być lubieni bardziej niż samolubienie. Na pewno jesteś wiele warta, tylko potrzebujesz terapii, która zdejmie z ciebie pokłady, pod którymi cię zagrzebano. Nie oceniasz siebie, tylko- to- właśnie. Tak, to jest nie wiele warte, ale to nie ty. To to czym jesteś przysypana i trzeba to wyrzucić, a nie dać zadławić.
          • lilavati777 Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 19:22
            yadaxad napisał(a):

            > A grzeczne dziewczynki nigdy nie są dość grzeczne.

            Bardzo trafnie ujęte. Święta prawda, nigdy nie pomyślałam o tym w ten sposób. Zapiszę sobie to jako sentencję. Dziś sobie spisałam swoje negatywne myśli i sama się trochę zdziwiłam, bo nie wszystkich byłam świadoma. Będę teraz spokojnie rozkminiać, jak je zmienić.
            • yadaxad Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 20:01
              Jeszcze sobie poklikaj w necie, nie koniecznie pod siebie, ale tak o ludziach , psychice , relacjach. Zawsze tam zobaczysz "obrazki", które psycholog też ci podsunie, ale za kasę. Potrzebna terapia jest ok, ale trzeba coś wiedzieć o sobie, by z niej skorzystać.
            • lumeria Re: Problem nie do rozwiązania 26.04.20, 16:44
              Wygląda na to, ze jesteś nauczona być zewnątrz-sterowną. Czyli szukasz kontaktu, aprobaty, informacji od innych. Wydaje się, ze to co inni o Tobie powiedzą jest dla Ciebie ważniejsze niż co Ty sama uważasz.

              Bo podejrzewam, ze wbito Ci do głowy, ze musisz zabiegać o aprobatę, ale nigdy jej nie dostaniesz. :(

              Po co żyć? Po to, by rano sie zbudzić i poczuć jak rozkosznie jest leżeć w ciepłych podusiach. :) Powąchać kwiatki. Zjeść ulubione danie. Zrobić coś, co sprawia Tobie przyjemność (wiesz co to takiego w ogóle jest?). By iść na spacer. By poczuć energie własnego ciała. By oglądnąć fajny film na Netflixie. By poleżeć w aromatycznej kąpieli.

              Do tych zajęć nie potrzeba ani aprobaty ani udziału innych ludzi. Tu można zacząć - co sama lubisz? Co dzisiaj możesz zrobić przyjemnego dla siebie samej? :)

        • afq Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 13:08
          lilavati777 napisał(a):

          > Nie rozumiem co to znaczy ze powinnam okreslic sama siebie. Mozesz rozwinac?

          najkrócej rzecz ujmując chodzi o uzyskanie swiadomosci o swojej wartości
          i nie chodzi tu o pogadanie sobie o tym ze jestem mądra fajna i ładna
          i o mowienie sobie tego rano przed lustrem bo i na takie "metody" mozna trafic
          tylko o poznanie siebie rzeczywiscie, o zaakceptowanie swoich zalet i wad
          zrozumieniu ze ideałem nikt nie jest i ja tez nie musze ale tez ze mam zalety, talenty itd niektore moze nawet wyjątkowe
          o nabranie wiedzy o sobie i pogodzeniu sie z nia
          bo to czasem nawet ze swoimi przymiotami trzeba sie pogodzic :-)
          to proces
          mi to dała terapia
          najpierw dotarło do mnie ze ojciec stawial wymagania a nie za bardzo chwalil
          na koncu zrozumialem ze dawal to co umial a nie umial na pewno wszystkiego bo sam mial wielkie deficyty
          a to kim jestem i co umiem ma swoja wartość i nie trzeba zeby on to wyrazal
          po drodze mialem wielki wkurw na niego i nie tylko na niego
          dlugo by pisac i nie o to chodzi
          kazdy ma swoj plecaczek do rozpakowania
          ale nie zrobi sie tego w bezsenną noc, samemu czy nie

          terapia
          odwaga w niej
          szczerość, otwartość
          cierpliwość
          duzo łez

          ale jak to mówią, to przed świtem jest najciemniej
            • afq Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 14:28
              lilavati777 napisał(a):

              > Jeśli powtarzanie sobie, że jestem mądra, fajna i ładna nie działa, to co można
              > sobie powtarzać? Bo chyba przydałoby się czymś jakby zastąpić te złe myśli, pr
              > awda?

              nie chodzi o zastepowanie jednych słow innymi slowami
              chodzi o zbudowanie swojego poczucia
              wtedy niczego sobie nie musisz mowic
              to dlatego nie jest to prosta decyzja tylko dlugi proces
        • astroblaster Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 13:47
          A ja od siebie tylko tyle, żebyś nie szukała ani winy ani winnych. Ani w sobie ani w innych.

          Zmierzam do tego, że Twoja dygresja o 10-miesięcznym oczekiwaniu na terapię jest padaką. Czyli co? Teraz leżeć, czekać i pachnieć, ewentualnie gnić w maraźmie?

          Zainwestuj w siebie. Czas i hajs.

          Znajdź terapeutę; prywatna terapia 1:1
          Ewentualnie (a może lepiej) prywatna terapia grupowa (400zł na miesiąc i sesje co tydzień po 3h). Na grupowej dobór osób nie jest przypadkowy, bo nic takie nie jest. 7-12 osób i dwóch terapeutów i nauczysz się socjalizacji, afirmacji życia, walidacji procesów. Zobaczysz co i jak mają inni. Zwiążesz się z nimi ale tylko tam; nie w życiu. Będziesz brała udział w psychodramach (swoich i innych uczestników). Wszystko z terapeutami-moderatorami przepracujecie. Przez 1-2 miesiące wszystko będzie bizarro a potem langsame Fahrt voraus a potem tylko do przodu. Będziecie wspólnie płakać, śmiać się i rzygać. Żyć pełnią życia. 3-5lat. Sama określisz escape. I zdziwisz się często jak inni mają albo zdziwi Cię co inni mają albo jak kurwa mogą mieć?

          Im dłużej Ci to opisuję, tym bardziej uważam, że jest tu uszyte na miarę dla Ciebie.

          Ciesz się też i raduj, że nie jesteś borderem. Cud, że się uchowałaś przy takim chowie.

          Just fucking do it

          Działaj Mała

          Rób coś, ogarniaj i nie gadaj, że kasy nie masz.

          Lepsza inwestycja Ci się nie przytrafi
          • lilavati777 Re: Problem nie do rozwiązania 23.04.20, 14:13
            astroblaster napisał(a):

            >
            > Zmierzam do tego, że Twoja dygresja o 10-miesięcznym oczekiwaniu na terapię jes
            > t padaką. Czyli co? Teraz leżeć, czekać i pachnieć, ewentualnie gnić w maraźmie
            > ?

            Nie napisałam tego. Napisałam tylko, że nie mogę pójść na terapię teraz zaraz. Nie stać mnie. Sprawdzałam sobie terapię na NFZ, która mnie interesowała i powiedzieli mi, że tyle trwa okres oczekiwania. Nie mogę sobie pozwolić na wydatek rzędu 400 zł miesięcznie.
    • jan_stereo Re: Problem nie do rozwiązania 25.05.20, 12:04
      lilavati777 napisał(a):


      > Niestety krążą mi po głowie myśli o samobójstwie, bo nie widzę powodu, dla którego miałabym żyć, skoro jestem nikim w oczach innych ludzi. Jak mam czuć się wartościowym człowiekiem? Na czym mam oprzeć niby to poczucie wartości, skoro zewsząd dostaję dowody na to, że jestem bezwartościowa?

      Ludzie w takich momentach albo zakladaja rodzine zeby miec dzieci, ktore dadza im poczucie sensu albo sprawiaja sobie kota lub psa, taki pies na 100% dostrzeze w Tobie zalety na ktore linni udzie sa slepi.

      Jak Ci teraz powiem ze wydajesz sie byc 'wartosciowa' (na pewno nie mniej niz statystyczny moj znajomy) to bedzie Ci lepiej ? Watpie.

      Zapewne potrzeba bycia postrzeganym jako ktos niezbedny dla zycia innych potrafi dawac nam samym poczucie sensu, ale tak nie musi byc. Ja przykladowo nie mam w sobie zupelnie tej potrzeby, jestem osoba mocno wsobna i musze sie zmuszac intelektualnie do podtrzymywania ukladow rodzinnych i przyjacielskich z ktorych nie wyciagam zbyt daleko idacych wnioskow ani nie buduje na nich podwalin dla mojej egzystencji bo to sa jednak zupelnie osobni ludzie, inne byty umyslowe, choc byc moze bardzo uzyteczne.

      ps. Taki Jezus ponoc byl strasznie wartosciowy, a zawiesili go na krzyzu, wiec wartosciowoscia wlasna bym sie tak strasznie nie nakrecal ;')
      • astroblaster Re: Problem nie do rozwiązania 25.05.20, 12:24
        Taki Jezus nie wiadomo czy był.
        Za to Piłat jest postacią historyczną.

        Janku, czasami się z Tobą w pełni zgadzam.
        Ja jestem towarzysko-wsobny. W sensie z Rodziną i otoczeniem ma identycznie. Owo zaś otoczenie nie odpuszcza i zabiega.

        Ale może to tylko mój urok psychopaty. Tak to działa.

        Z myślami samobójczymi nie ma żartów. Niektórzy twierdzą, że jest coś takiego jak gen samobójcy. Jak ma to zrobić to zrobi. A ci którzy o tym nawijają, tylko manipulują otoczeniem, but U never know.
        Bywają nieudane próby pozorowanych samobójstw. Jeb jeb i przypadkowo po gościuwie. Szkoda, ale bywa.

        Jakkolwiek nie należy lekceważyć. Jak są myśli to BIEGIEM to terapeuty i psychiatry (w sensie nie kiedy w chwilach słabości zaświta taka myśl, bo taka zaświtała nam wszystkim kiedyś; jeżeli jesteśmy wobec siebie szczerzy. Kiedy myśl staje się wiodąca lub przewlekła).

        A jak reagować jako otoczenie?
        -nie dać się wciągać. Odciąć się
        -ewentualnie (albo jak najbardziej) powiadomić służby (pogotowie, policja straż pożarna). To jest dobry tester i doskonałe -najczęściej- zamknięcie/odcięcie (się lub wątku).

        Ale tak poza tym to trochę bzdurzysz Janie a to grząski teren. Niektórzy biorą sobie wpisy bardzo do siebie. Bądź roztropniejszy może nieco (haha przyganiał jak to mówią. That’s right)
      • lilavati777 Re: Problem nie do rozwiązania 22.06.20, 19:50
        Twoja odpowiedz jest bardzo trafna. Chyba nawet założę osobny wątek na temat podobny do tego, ale trochę bardziej precyzyjny.

        Wiem, że jeśli kogoś otacza tabun znajomych i przyjaciół, a do tego jeszcze ma on dobry związek to nie czyni go fajnym człowiekiem. Ludzie popularni niejednokrotnie wcale nie są dobrzy.
        Ale nie umiem wyobrazić sobie wartościowej osoby, która nie ma żadnych przyjaciół. Nie dlatego, że nie chce, tylko dlatego, że ludzie omijają ją szerokim łukiem. Znałam takich ludzi i oni zawsze byli szarzy, niesympatyczni, wybuchowi albo skrajnie nieśmiali.
        Mogłabym być głupia, brzydka, biedna itd. i te rzeczy pewnie byłyby problemem, ale nie uczyniłyby mnie głęboko nieszczęśliwą. Za to brak relacji międzyludzkich już tak. Dla mnie osoba omijana przez innych = osoba bezwartościowa. Chociaż sama nawet nie rozumiem, co to w ogóle dla mnie znaczy "wartościowy".

        A Jezus? Nawet On miał swoich 12 apostołów. Większość zwiała, kiedy Go krzyżowali (Jan został), ale potem ci sami ludzie oddali życie za wiarę w Niego.
    • mooimeisje Re: Problem nie do rozwiązania 31.05.20, 02:03
      W zyciu to chyba tak w ogole jest, ze ludzie przychodza a potem odchodza. Chyba na prawde niewielu zostaje na cale zycie. Nawet wlasne dziecko kiedys odejdzie.
      Dziecinstwo mialas fatalne, az sie prosi o przepracowanie.
      Co do ludzi, to poznawaj ich wiecej. Im wiecej ludzi dookola to wieksza szansa, ze paru bedzie rezonowac z toba na dluzej.
      Moze sie myle, ale wydaje mi sie, ze teraz jest latwiej dotrzec do wiekszej ilosci ludzi, internet otwiera droge na caly swiat. Miliony ludzi do poznania.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka