karolcia_78
24.04.02, 21:17
Co to takiego jest, slyszy sie, ze nad zwiazkiem trzeba
pracowac. Czy wystarczy do tego jedna osoba??
Mieszkamy razem od roku, zastanawiam sie, kiedy konczy
sie faza tzw. "docierania sie", a nadejdzie calkowita
tolerancja, zrozumienie.
Kiedy stwierdzacie, ze to nie ma sensu, bo nigdy sie
nie "dotrzecie" i to nie jest TO! Czasem nie mam juz
sily...
Zakochalam sie w Nim, bo byl...taki bezposredni,
swietne poczucie humoru, dusza towarzystwa - tak, to
mnie w Nim najbardziej ujelo, byl cudowny. Zmienilo
sie, odkad razem zamieszkalismy. Okazalo sie, ze moj
ukochany wesolkiem jest, ale raczej na pokaz, latwiej
mu to wychodzi w towarzystwie, zawsze sypnie jakims
dowcipem, smieszna historyjka, wszyscy Go lubia.
Natomiast w domu...jest wiecznie zmeczony, nic mu sie
nie chce. Wszystko ma podane przeze mnie na tacy.
Przychodzi z pracy, ma gotowy obiad i posprzatane
mieszkanie. Jemy obiad, siada przed komputerem i tak do
wieczora (nocy).
Co jakis czas ja wybucham, rozmawiamy, mowie mu, co
mnie rani i z czym sie zle czuje (zeby Go nie urazic,
nie obwiniam Go i nie oskarzam, przynajmniej staram
sie). Przez kilka dni jest dobrze, pozniej znowu to
samo. W weekendy prawie nigdy nic nie robimy razem, ja
ide gdzies z kolezankami, On albo przed komputerem,
albo sie uczy na egzamin, ktory ma nastepnego dnia...
Nie wiem jak dlugo jeszcze to wytrzymam.
Gdzie konczy sie milosc a zaczyna przyzwyczajenie?
Powoli sie wypalam.
Czy wogole taki zwiazek ma sens? Inaczej wyobrazam
sobie partnerstwo. Nie chce za pare lat obudzic sie z
reka w nocniku.
Wiem, ile ludzi tyle historii, ale - moze podzielicie
sie swoimi doswiadczeniam. Jak to w waszym wypadku
bylo, kiedy zorientowaliscie (lyscie) sie, ze milosci
juz nie ma...
Przepraszam za chaos.....